sobota, 28 stycznia 2017

SKOK NA PERUKĘ




Peruka została ukradziona i ukryta hen wysoko w chmurach. Osobą odpowiedzialną za ten poważny czyn była Barbarella, królowa galaktyki. To, że zrobiła to właśnie ona mogło wyjść na jaw jedynie pod warunkiem, że poszukujący peruki wzbiłby się w niebo i zanurkował  w obłokach, a zatem też był chociaż w pewnym stopniu Barbarellą.

Powiadam „poszkodowany”, a w zasadzie to, co działo się przed atmosferą ziemską, w miejscu gdzie obecnie znajdowała się nasza bohaterka i gdzie dotarło narratorskie oko, było zbyt gęste, żeby jeszcze można nazywać rzeczy po starym imieniu. Trudno było również dostrzec czy to mężczyzna czy kobieta. W filmie Vadima, w materii kontaktów Barbarelli z mieszkańcami kosmosu, było wiele niejednoznaczności i jedno ważne niedopowiedzenie związane z postacią Wielkiego Tyrana – kobiety, która chciała uwieść naszą bohaterkę, lecz ta wolała niewidomego, skrzydlatego anioła! Sztuczne włosy były długie, czarne i kędzierzawe.

Choć czyn był w zasadzie nieklasyfikowanym przestępstwem, o jego bezmiernej powadze decydowały emocje i stan ducha Barbarelli, która post factum stała się kotłowaniną myśli o nim w chmurach. Patrząc z perspektywy miejsca zdarzenia – Ziemi – wyglądało na to, że zadręczała się czymś, co zajęło jej zaledwie sekundę i przyszło z największą lekkością. Nie pamięta nawet dokładnie jak do tego doszło, ale oto tu i teraz że się stało urasta do rangi wielkiego wyrzutu sumienia, który maglowany jest w imadle białego pierza, szarego puchu i ich wzajemnych układów.

Aż w pewnym momencie sama wybuchła śmiechem, jak przy koszmarze sennym, który dla tych, którzy go nie przeżyli może być zabawny. Co miało wyjść na jaw?! Metafizyczny skok na perukę?! To, że jej już nie było na głowie ziemskiej? Pfi! Wielka mi strata.


Gdy wyrzuty sumienia zostały uspokojone bardziej frywolnym nastawieniem, Barbarella wystrzeliła jeszcze wyżej. Choć było tam strasznie zimno, a jej skafander kosmiczny miał spore wycięcie na plecach, wytwarzała ciepło, które równoważyło temperaturę w kosmosie, stanowiącym jej podwórko. Przekręciła się dwa razy w czarnych przestworzach, gdzie błyskały gwiazdy, a słońce stawało się coraz mniej historyczne i parła już tylko na wprost, ze śmiertelną prędkością. Ponieważ cielesny atrybut przestał jej być potrzebny, była teraz paradoksalnym ucieleśnieniem podboju, a wszystkie rzekome przewinienia stawały się coraz mniejsze. Leciała łysa i abstrakcyjna. Białe koło na czarnym tle. Mała kula naprzeciwko wielkiej. I jeszcze drobina smutku wyrzeczenia. Za chwilę zderzy się ze słońcem. Będzie Barbarellą naleśnikiem. Emergency!

niedziela, 17 stycznia 2016

"Kolonizacja"


"Kolonizacja" to obraz, który ma dwie autorki- obie amatorki malarstwa. Rok temu, kiedy powstawał, nie wiele sensownych rzeczy byłabym w stanie na jego temat powiedzieć. Powstawał po omacku, dostał intuicyjny tytuł, właściwie był elementem erotycznej gry. Na etapie produkcji, widocznym na pierwszej ilustracji, brakuje jeszcze mostka łączącego dwie wyraźnie od siebie oddzielone pod względem koloru i wyrazu części płaszczyzny płótna. wkrótce pod mostkiem umieszczony został napis mający dosłowny podtekst, który zainspirował jego tytuł. Napis brzmi: "go and fuck".

Dziś jednak, kiedy nad relacją pożądania zawisła chmura pytajników, obraz nabrał dla mnie szczególnego wyrazu i znaczenia. Uderzające stało się dla mnie to, że malowałam część, z której emocjonalnym wyrazem moja konstrukcja psychiczna  w zasadzie się nie identyfikuję. Przedstawia ona jeden z symboli haitańskiego voodoo, spod którego wyłania się totemiczna twarz zimnej kobiecej bogini. Oba elementy umieszczone są na białym tle z niebieskimi pociągnięciami pędzla. Chłodna w tonach barwnych część obrazu reprezentuje założony dystans ukazanej postaci. Jej symboliczny atrybut z najeżonymi czterema ramionami dziś wydaje się mieć wartość ofensywno-defensywną.

Ciekawe jest to, że płomienie trawiące lewą, utrzymaną w bardzo ciepłych kolorach, część obrazu - malowaną przez współautorkę, zatrzymują się niemalże dokładnie w jego połowie. A są one jakby z piekła rodem... jakby ktoś wyrwał bestii wszystkie zęby i wrzucił je do kotła, a one z niego trzaskały i wylatywały poza obszar rondla niczym prażona kukurydza! Ale reprezentacji zębów tam właściwie nie ma. Jest ona naddatkiem projekcji, czymś na wyrost, co jest mi właściwie. A jednak jawi się fantastycznie w tych płomieniach, które nie są w stanie przedrzeć się na nie swoją połowę. Na tej połowie mieściło się natomiast przedstawienie jakby ołtarzyka z czarną postacią ukazaną w ruchu, skierowaną w prawą stronę, której wartość symboliczną - z podstawowej dla tego prymitywistycznego dzieła perspektywy biograficznej - określiłabym jako dążenie.

Jest to zatem obraz, którego przedmiot oraz tytuł określiły się i zaktualizowały w szczególnych okolicznościach życiowych określonych przez upływ czasu i wspólne życie. Chociaż dziś nie wisi on już na "mojej" ścianie, myślę o nim intensywnie. O tych dwóch nieprzejednanych połówkach, których dostęp do siebie został pewnie zbyt wąsko zdefiniowany, żeby nie mógł zostać utracony... O ograniczeniach odwiecznej międzyludzkiej gry miłosnej w ciepło-zimno. Ale także ewentualnych warunkach przemiany tego, co zostało ukazane jako nieprzejednane - pożądania - w coś bardziej dojrzałego. Nawet jeśli ceną za to miałaby być utrata części własnego terytorium, własnego komfortu życiowego i psychicznego, a także własnego iluzorycznego spokoju.

Wówczas mechanizm kolonizacyjny, równoważony przez mechanizm obronny, musiałby zostać zastąpiony czymś zupełnie innym, a czarny kontr podreślający oddzielność dwóch terytoriów, skruszeć.



Ale równie dobrze obraz ten może być obrazem pewnego niezmiennego status quo. Portretem sztywnego podziału, braku elastyczności i niemożliwości zmiany. Wówczas, z mojej perspektywy, byłby to obraz, który spełniłby się doskonale w funkcji wiedzy wizualnej z zakresu szóstego zmysłu co do początku i końca, które są kluczowymi etapami tak ważnych biograficznych wydarzeń, jak związki między ludźmi, między kobietą i kobietą, kobietą i mężczyzną itd. Zastanawiający jednak w takim wypadku i pełen wypieranej niezgody na rozpad, pozostaje element empatyczny obrazu, tj. sytuacja "wymiany stornami" podczas jego tworzenia. Może świadczyć ona o głęboko ukrytym "drugim dnie" tego, co znaczeniowo rozpoznajemy jako "gorące" i jako "zimne" - o ich nieodwołalnej komplementarności ponad obojętnością.

Ten obraz pozostaje jednak dla mnie zagadką.

                                                                                                W chmurze pytajników z poważaniem.

piątek, 15 stycznia 2016

Z PIASKU POWSTAŁAŚ W PIASEK SIĘ OBRÓCISZ


RzeźbĘ pt.: "Włosy z piasku" wykonałam na plaży. Mniej więcej miesiąc po tym jak zaszczepiłam się na tężec & błonicę, którzy tym samym stali się współautorami mojej pracy. Podobnie jak niewidocznego gołym okiem nurzańca, którego nocą nachodzi potrzeba rozkoszy na ludzkiej twarzy, naszło mnie, żeby pogrzebać w piasku.  Nic nie knułam zawczasu. Chcę również powiedzieć, że nie tak ważne kto zrobił, ważne że powstała ta efemeryczna rzeźba z dostępem do wszystkich, którzy mają wi-fi, albo zasysają net przez kabel. A także to: vivat posthumanizm i nadmorskie okoliczności, które również rozpraszały antropocentryczny mroczek duszy spragnionej światła, sprzyjając pracy o piętnastej pięćdziesiąt w styczniu.

Gdy zatem fale szyły białe kołdry, chmury jechały swoje sound cloudy, wiatr ciachał w piasku całe kawałki dźwięków na coś w stylu szybujące pomiędzy sosnami na wydmach na-na-na, a te ukryte przed historią pajęczaki ponadto uwijały się na brwiach, rzęsach i włosach tej, która tylko przyniosła glinę na plażę - ach to było coś! Uniesienie jakieś pomieszane z potrzebą zaznaczenia granicy piaskowego bytu oraz tego, którym ja za chwilę się stanę.

Ważna sprawa, żeby ten modelunek był osobny i wynikał z jakiejś umiejętności. A ponieważ de facto nie potrafię rzeźbić, to postanowiłam zacząć od podpisu pracy: "Z piasku powstałaś, w piasek się obrócisz", albo prościej, a też w temacie "C'mon!"

Rety. Przyznała się, że nie potrafi rzeźbić, tylko pisać. To mało. A i ta zdolność kuleje, bo to wszystko literatura dawno temu już poznała. Pochyl głowę. Nie bądź taka skromna. Najlepiej żeby to w ogóle nie była literatura, tylko coś młodego, najlepiej dwudziestoletniego, płci męskiej, jakiś Istagram. Sweterki w romby już nie takie modne, ale gimnazjalny wygląd - tak. Świadoma, spiętrzona pobytem na plaży refleksja, co się układa w figurę rebeliantki przeciw skrajnie egocentrycznym tendencjom, to się nie sprzedaje wśród ludzi. To się samo ośmiesza jako wkład niezrozumiały. Starzeje się budując obraz jakiegoś doświadczenia. Nikt nie będzie chciał  w to wnikać. Nikt nie będzie mógł. Bardzo życiowa sprawa. Nic pod słońcem nowego.

Niemniej jednak upatrzyłam już sobie tę rzeźbę na plaży i zamiast koła garncarskiego mam słowo nagie, bez wizualnego wsparcia z Istagramu. Widzę to tak. Kręcimy. Popiersie zwrócone na północ, reszta wedle swoich kierunków i rozmiarów. Ja dłutem wykonuje żłobkowanie wzdłuż całej powierzchni głowy i twarzy. Włosy mają być długie, sięgające aż do ramion, żeby dużo znużonych wyjałowioną energią nużeńców tej, która bije na alarm na plaży znalazło swój nieśmiertelny dom. Długo się sypać. Potem wracać w garść. Tej różnorodności i dynamiki poruszenia całego ustroju nigdy dość przed uzyskaniem tego stanu, o którym tyle  się niedawno pisało. Ten stan topowy i pożądany, no wiecie, że jest spokój i równowaga.

Trzeba zatem nabrać w garść pisaku  i pac na głowę. Jest i wiatr. Najlepiej żeby ktoś wyłączył już kamerę i schował aparat. Już nawet dokumentacja nie jest potrzebna. I co ważniejsze, dizajn odpada. To wszystko są jednak sprawy kulturowe. A czy są jakikolwiek inne? Przychodzi moment, że odczuwalne jest każde ziarenko piasku, które składa się na jeden z tysiąca kosmyków. Chodź, chodź. Wydaje mi się, że mam to kadrowanie bez poprawki. Ale męka z tą świadomością pielęgnowanej tęsknoty za życiem bez sztucznej wrażliwości.


sobota, 14 lutego 2015

Dziesiąta fala feminizmu




Kręgosłup Ziemi drży, kiedy po trzeciej fali feminizmu naciąga dziesiąta – fala miłości –potykając się o czasoprzestrzeń historii. Żeby nie było nudno, pędzi reprodukując sama siebie w trzech postaciach: dziewczynka-kobieta-staruszka. Wszystkie odsłony i przetasowania jej oblicza są wspaniałe i pogrążone w samozachwycie nad klarownością ukrytej przed oczami zwolenników i zwolenniczek zwanego Bogiem siłą rozspójnionej struktury - klarownością powracającej więzi między jedną-lecz-nie-tą- samą-Sobą.

Nie po raz pierwszy strumieniami przetacza od jednej do drugiej strony niepokojące widoki, rozwarstwienia terenu, drażniące, niepisane wypełnianie godzin, kolejnych dni i wieków. Świat staje się giętki, gdy obleka go miłość. Świat staje się cierpki, gdy znajduje się w jej cieniu. Wzbierają jej piersi, że za chwilę ich nie ma. Wahają się ramiona sięgające powietrza. Nie odchodzi cała od przytwierdzenia, lecz odradza warunki swej niesławnej kariery. Wy też powinniście znać swoje, bo jeśli kiedyś w was uderzy, to przynajmniej jedno ucho będzie wtedy duże jak bak autobusu.

środa, 21 stycznia 2015

O WSTAWIENNICTWO DO HILDEGARDY

 Pisze kartka, że nieczynne, ale walę i dupa...
 Nie wiem czy mnie wysłyszy..
Skończyłam wczoraj dwudziesta pierwsza coś
tak testuję co u kogo można zjeść
który pies jest leniwy, zje a potem przez 5h stoi
a ja już swoje wyciągnęłam
też suka potrafiła ze mną spać do nie wiadomo której
Że ja zawsze sprzątałam jak coś upadło to podnosiłam
czy wszystko się ulatnia jak śnieg?
Trochę popadało w nocy, wiesz
Wczoraj był wernisaż wystawy o włosie
ale co ja bym bardzo chciała to sierść
mińska kawałek ale jestem grymaśna
jednak nie zawsze chcę jeść

Przepraszam, ktoś do mnie dzwoni,
To chyba Hildegarda:
Halo, co tam, cha cha cha cha
No gdzie! W kolejce, Stocznia chyba, yhm,
ale gdzie ty jesteś? Gdzie na górnym?
Na górze, acha.

Mówiła, że jechała innym środkiem transportu
i mówi, że nie stanie koło KFC.
Nie ma sensu się tak spieszyć
Wiesz co nie wiem jak to tam było
Jeszcze przecież na początku jeden autobus jeździł ,
ale ona się nie zabrała. Tak jak mówiłyśmy,
że trzeba było coś tam rezerwować,
ale ona nie chciała. Jakiś szok.
Ale mówi, że doprowadzi mnie tam, gdzie mam dojść.
No i amen


niedziela, 18 stycznia 2015

PUZZLE HENRIETTY



W przededniu wyprowadzki z rodzinnego domu do własnego mieszkania miało miejsce zajście niemal cyrkowe, częściowo wynikające z faktu utracenia przez Henriettę czujności - wystarczającego jednak, aby narazić ją na niebezpieczeństwo cielesnego nadużycia ze strony dawnej znajomej. Około trzeciej nad ranem tamta zaproponowała jej nocleg w przestronnej kawalerce. Wydawało się to do przyjęcia po tym, jak wraz z kilkoma koleżankami kobieta postanowiła wyjść do centrum na parę drinków i poszaleć na parkiecie. Był czas karnawału, z automatu pozwalający niektórym osobom rezygnować z potrzeby wyrzekania się, jakby ten okres w ciągu roku dodawał im niespotykanej w innych okolicznościach  odwagi do drażnienia się z ich poukrywanymi na co dzień demonami oraz do żądania wszystkiego na raz.

Nie podejrzewała, gdy w znikającej ciemności poranka na chwilę podniosła głowę znad poduszki, że nachyli się nad nią głodna wrażeń twarz, a obca dłoń w sposób odrażający zacznie szpachlować ją po policzku. Zwalisty brzuch tamtej całkiem blisko jej brzucha...Krótko ostrzyżone, farbowane włosy o zapachu nikotyny na linii jej wzroku, który ze wszystkich sił odmawiał dalszego ładowania tego widoku. Potwór, który kołysał się nad nią, tam i z powrotem, niczym trącona niechcący stara lampa od lat ciężko zwisająca nad stołem, zastawił na jej ciało sidła. Tkwiła więc w półmrocznym areszcie pragnień obcej kobiety, wyznaczanym czterema nieustępliwymi punktami jej kończyn, rozstawionych po bokach jej ciała. Zła na siebie, że dwie godziny temu nie wsiadła w taksówkę do domu, dając się skusić ofertą niespodzianie przyznającą tak szczególną rolę orkiestrze zniekształcającej dźwięki odwzajemnionej potrzeby miłości.

Całe to uwięzienie było przez Henriettę odczuwane po wielokroć, ponieważ wyprowadzka była tak naprawdę na tym etapie jej życia jedynie płonną nadzieją, która osiadła na dnie materii koszmarnego snu, poprzedzającego zajście nacechowane tak ordynarną przemocą. Zabrakło jej przy tym w tamtym momencie siły do zaprotestowania. Wobec błyskającego uśmiechu biesa w pidżamie w granatowe serduszka leżała przymuszona i podporządkowana, rozłożona na łopatki niczym rozskrzydlony motyl na wystawie rozzuchwalonych koneserów.

Sen miał jednak również to do siebie, że rozciągnął w przestrzeń metaforyczną czas uporczywego przesiadywania w czytelniach, które miały tę przewagę nad jej obecnym miejscem zamieszkania, że były w znacznym stopniu anonimowe. Nie zmuszały do odkrywania przed nikim tajemnic własnego serca. A jednocześnie, przechwytując dowolną książkę z regału, mogła zaszyć się pośród studentów i studentek, których motywacje przypuszczalnie mogły być niekiedy zbliżone do jej - wydostać się gdzieś, przedostać do innego wymiaru silnikiem własnego intelektu, mocą wyobraźni, która szybując traciła cierpliwość do kwestii dających się ująć w sposób literalny i uchwytny dla byle ciułacza wiedzy. Następnego dnia ten sam sen nawoził jednak zakończenia przewrażliwionych nerwów Henrietty łudzącą wiarą, że materialne w upragnionym kształcie może nie przyjść...

Nie pozwalając nikomu przysiąść się do zajętego przez siebie stolika, ani obdarzyć swej osoby skrótowym choćby zainteresowaniem w drodze do regularnie rozstawionych metalowych półek, kobieta miała po prostu ochotę iść się wyrzygać. Uderzyć z buta do kibla i rozluźnić w ten sposób kumulowane od tygodni napięcie, którego w efekcie doznanej przykrości nie sposób już było utrzymać na poziomie umożliwiającym znośne funkcjonowanie pośród ludzi, a nawet całego społeczeństwa. Konspiracją XXI wieku była bowiem nauka uprawiana na własny koszt, wymagająca w jej przypadku rezygnacji z podstawowych udogodnień, a w tym z własnego lokum, wytwarzająca myśli, że rychło, gdy tylko złoży w całość wszystkie elementy aroganckiej teorii swej rozprawy, coś się zmieni, a następne dni wreszcie ułożą się w mniej niespokojną konfigurację.



Nie będąc jedną ze szlochających starych panien, złożyła lekki ukłon nad zlewem, sprawnie i zamaszyście na raz wypuszczając z ust grudki, które do połowy wypełniły jego komorę. Były one delikatne, zrobione jakby z opłatków, a ich poszarpane kształty upodabniały je do puzzli. Tak wiele ich jednak zwymiotowała, że żadna z bibliotekarek, które przyszły z pomocą, nie byłby w stanie nic sensowego wywróżyć z fragmentów ciała w masowym środku przekazu wody. Henrietta natomiast wiedziała, że oto są jej puzzle, możliwie pełne zeznanie na ten dzień, małe co nieco w formie okruszków, które tkwiły w jej gardle. Uruchomione zostały tym dręczącym wspomnieniem karnawałowej nocy, podczas której niedopuszczalne rzeczy miały miejsce. Zapakowała się w autobus i wróciła na chatę, rezygnując w drodze powrotnej z części przywilejów języka polskiego.