środa, 11 października 2017

Nie wyprzedzaj!


        

                                                   Barnett Newman, "Eucldian Abbys" 1946-1947



Przede wszystkim żadnego dziekana i żadnej dziekan nie można wyprzedzać na korytarzu. Gdyby jakaś asystentka lub inna osoba wyszła przed szereg - nawet potykając się o stopień czy idąc do sklepu po drugie śniadanie - mogłaby zostać posądzona o to, że niebezpiecznie i samopas zbliża się w stronę rektoratu, a zatem źródła uczelnianej władzy.

                                 Znowelizowana ustawa o relacjach na uczelanich wyższych, paragraf 3, punkt 1.


Było bardzo wcześnie rano, gdy pod biurem rektora zgromadziła się grupa zaaferowanych postaci, ponadto rozżalona, że nikt się nimi jeszcze nie zajmuje. Jedna przez drugą, głośno wypowiadały różne kwestie. Byli to członkowie i członkinie Państwowej Rewizji Akredytacyjnej. 
       - No wiecie państwo co! Skandal! - jedna z nich poprawiła białą perukę.
       - Tak mnie jeszcze nie potraktowano, odkąd wysiadłam z pociągu.... - druga podniosła czarny pieprzyk, który upadł na korytarz uczelni artystycznej i wtoczył się prosto pod biurko kanclerza. O 4.30 mocowała go przed lustrem, żeby dobrze wypaść w składzie oceniającego turnee.
      - Że też mi nikt jeszcze kawy nie podał... - odchrząknął jedyny pan w tym zacnym gronie osób pełniących tak ważne funkcje, że mniej lub bardziej dyskretnie musiały one o ich wadze często przypominać otoczeniu.
      Na przeciw takiemu towarzystwu po chwili wyszła inna grupa postaci. Byli to reprezentanci ocenianego wydziału. W kolejności jak stanęli od kierowniczki komisji: dziekan, profesor i kierownik katedry, adiunkt i może ktoś jeszcze, kto jednak nie dawał o sobie znać w atmosferze ogólnego dymu emocjonalnego na tle wizyty gości.
      Ale zaraz. Była to chyba asystentka dziekańska. Dziewczyna, wydawałoby się, jakaś niewyraźna na twarzy. Blada, choć być może tak właśnie wygląda ktoś, kto w zamian za pieniądze stara się nie przekraczać ram zakreślonych przez definicję funkcji budującej status i wizerunek przełożonej. Choć była tak blisko ciała władzy, brakowało jej rumieńców i jakiegoś takiego glamur. Zamiast tego pojawiała się i znikała jak bycie samo, właśnie jako osoba, nie do końca obecna i przytomna. 
      - Dzień dobry! Przepraszamy państwa, ale już całuję policzek pani ze stolicy województwa x! Widziałem znakomity obraz pani pędzla w galerii, na wystawie indywidualnej w ....gdzie to było...ach, oczywiście, że w Soho. Składał się bodajże z płótna, przez które przebijał kryształ, prawda? To bardzo interesująca i współczesna koncepcja. Proszę mi tylko przypomnieć jaki tytuł nosiła ta praca?
      - "Policzek sinobrodego". To na cześć mojego męża, profesora ASP w Przesławiu. Jak to miło, że jednak ktoś mnie tu w końcu zauważył przez pryzmat mojej sztuki, a nie tylko tej doprawdy okropnej funkcji. Tfu tfu, jak to ciężko oceniać innych. Chyba się z panem profesorem zamienię!
      Ponieważ dziekan sama chciała już czym prędzej zabrać głos przed zgromadzoną publicznością, a nie miała na podorędziu "swojej sztuki", ucieła moment na komplementy i zapoznawcze krygowanie się. Dziwna to była dla niej sytuacja, w której nagle były dwa centra - ona i szefowa Komisji Rewizji Akredytacyjnej, a zarazem do całej sprawy trzeba było podjeść uważnie i nieco ekscentrycznie...co zresztą ostatecznie potwierdziłoby autorytet jej centrum, tak jak potwierdzało zatrudnienie asystentki.
       - To może przejdźmy już do biura rektora i tam omówimy porządek Państwa wizytacji, a potem, ponieważ jestem tu dziekan, ja sobie pójdę korytarzem  prosto, a wy tamtędy, a moja kochana asystentka, poznajcie się państwo, w odpowiednim czasie przyjmie was w biurze dziekańskim i udostępni całą dokumentację.
        Co za obrót sprawy. Co za ambiwalentna sytuacja! Jak renifer na norweskim bezdrożu asystentka dziekańska stanęła w efekcie tych słów w rozkroku. Nie wiedziała czy ma asystować w prologomenie obrad akredytacyjnych czy może już lepiej mentalnie zacząć proces parzenia kawy dla wszystkich. Jeśli zostanie między wrony, być może już nie będzie kochana. Co robić? A państwo na pewno będą udawać, że wcale nie mają żadnych wymagań, a tymczasem w rzeczywistości okaże się, że jeden chce czarną, drugi białą, a tamta z cukrem, najlepiej pół łyżeczki. Naprawdę zrobi się bałagan niemalże podobny tornado z okolic ksero sprzed kilku dni....
          Świeże wspomnienie ożyło. Jakość kształcenia, siatki, tabele, wszystko razy trzy, podzielić przez pięć, osobno i razem, dwustronnie i na zapas, już czasem nawet nie wiadomo było jak...i po co...O, ale tu jakaś kartka wypadła z kolejności kserowania na ziemię i cały misterny porządek wizerunku Wieży Babel dla Rewizji Akredytacyjnej nagle runął. W zasadzie będzie nie do odtworzenia, bo ponadto zaciął się papier w drukarce, a tu kolejka pań przecież czeka do drukowania. Teraz, kiedy to wszystko wyszło, że musi być razy dwa podzielić przez pięć i w osobnych teczkach, na teraz, a oni już idą tu. W tej sytuacji - patrząc pod pewnym kątem bezpiecznej - nawet jeśli schrzani zadanie, na pewno nikogo nie wyprzedzi.
         Śnieg ostro sypał. Nie było zmiłuj się. Trzeba iść pod wiatr z budynku do budynku. Nie można w takiej sytuacji zawrócić i powiedzieć, że babcia złamała nogę, albo ciocia dostała nagły krwotok. O nie! Rada nie rada, wizytacja nie wizytacja, babcia musiała być na chodzie, tak jak ciocia i wszyscy święci musieli być zdrowi. Obecność obowiązkowa musi być łaską, kiedy dzieją się rzeczy, którym przypisywana jest arbitralnie najwyższa moc życiodajna. No, i w końcu asystentka dziekańska...jeśli ona myśli i czuje inaczej, jeśli ona zamiast wyprzedzania woli jednak raczej się wycofać, to jest jest podwójnie męczennicą pańską.  
      A nie zapowiadało się na to. Bo wszystko zaczęło się od kuriozalnego ogłoszenia. 
"Uczelnia artystyczna szuka osoby w rodzaju mebla. Najlepiej takiego lekkiego, jak z Ikei, który w razie potrzeby można przesunąć z jednego miejsca w drugie - tam, gdzie akurat rozgrywa się akcja. Ale i wygodnego. Miękkiego, amortyzującego emocje z wyższego szczebla władzy. W zamian oferujemy okazje 'obcowania z ciekawymi osobami'".
     Zgłosiła się, bo myślała, że chodzi o jakiś performans. Że w dziekancie sernik Azja i jabłecznik Afryka, a pod biurkiem ciekawa książka. Tymczasem nie. Pomyłka. Jeden dziekan kazał do siebie mówić "per panie profesorze", waląc po imieniu do swojej asystentki, inny proponował przejście na "ty". W rzeczywistości nie miało to jednak większego znaczenia, bo relacja zależności i tak wyłaziła na wierzch w strukturze obowiązków. Oczywista sprawa, więc można było ewentualnie jakiś puder partnerstwa na to wszystko położyć, tyle, że spływał po policzkach.
      Idą, właśnie stamtąd wracają. Emanują namaszeniem samego pana rektora. Cóż ja im wobec tego drippingu władzy mogę zaoferować? Przecież i tak nie zdołają przejrzeć wszystkich teczek... a zresztą nie mam najważniejszej teczki. Została w rektoracie. Jak na kredens Violka przystało zapomniałam! Co teraz? Jak odwrócić ich uwagę od meritum?
      - Proszę państwa, całuję rączki. Oto na ścianie u nas w dziekanacie widzicie obraz pod znaczącym tytułem  "Nie wyprzedzaj!". Co państwo myślą, żeby o nim chwilę porozmawiać na koniec państwa wizyty? Jest to obraz namalowany farbami olejnymi. Okej. To prawda. Przedstawia dwie białe linię, jedną ciągłą, drugą przerywaną  na czarnym tle. No dobrze. A ta linia po prawej stronie to linia namalowana w stylu Waltera de Marii, tego co przebywał  na pustyni...chociaż w przeciwieństwie do jego linii ta tu jest permanentna, a nie czasowa. Nie ruszysz jej. A ta po lewej to linia Lyotardowska, nieciągła, zakłócająca porządek reprezentacji. Takie rozgonione linie nie-linie malował też Barnett Newman, nazywając je zipami.
     - Ale my chcemy teczkę....Dlaczego pani asystentka stara się nas oszukać i mówi o obrazie, który jednoznacznie nawiązuje do braku w mojżeszowych tablicach?
     Późnym wieczorem członkowie i członkinie PRA nacisnęli guzik, żeby windą zjechać prosto na parter i wydostać się z uczelni. W okienku było widać ich rozgrzane twarze.
     

wtorek, 10 października 2017

Pierwszy i ostatni dzień w pracy przeżyty we śnie konającego podmiotu, który wkrótce odrodzi się niczym Feniks z popiołów





Façade of the British Museum (źródło: Wikipedia)

W noc poprzedzającą pierwszy dzień w roli asystentki na jednym z wydziałów uczelni wyższej, Ksantypie przyśniło się, że spóźniła się do pracy. Ot, byłaby to klasyka przypadku, gdyby nie pointa, zapowiadająca w zasadzie finalny akcent współpracy.
We śnie miejsce jej zatrudnienia nie było jednak tym samym, co w rzeczywistości –  zamiast administracyjnego pionu uczelni, samo British Museum otworzyło przed nią swoje horyzontalne podwoje! Cóż za awans, cóż za inwersja, pomyślała, pod kołdrą przebierając nogami, starając się nie spóźnić do pracy,  która w ukrytej krasie przepowiedziała jej się w nocnej marze, zmieniającej imiona i nazwiska postaci.
 Dla pracowniczki administracji, instytucja charakteryzująca się majestatyczną architekturą, naśladującą klasyczne greckie świątynie, zaprojektowaną w 1823 roku przez Sir Roberta Smirke, wcale nie jawiła się przyjaźnie. Był to wielki gmach, do którego prowadziło wiele rozłożystych schodów, zachęcających do tego by usiąść na którymś ze stopni, rozejrzeć się dookoła, a niech tam, zjeść fasolkę i jajko sadzone na boczku.
Zagadała do któregoś z gentelmentów.
- Można odnieść wrażenie, ist’t it, że schody zostały stworzone po to, sir, aby wchodziły po nich święte krowy, rozciągając czasoprzestrzeń sympatycznego pastwiska w monotonną nieskończoność kontemplacyjnego modus operandi dżdżystego, brytyjskiego poranka…
Ów gentelman uchylił kapelusz i ruchem splatającym ze sobą porządek dnia i nocy, pod wpływem którego kołdra Ksantypy zsunęła się z łóżka, wskazał niechybnie na drugie tylne drzwi muzeum. Były one przeznaczone dla pracowników administracji przebywających na zarobkowej emigracji. Trzeba jednak zaznaczyć, że we śnie głównej bohaterki droga do muzeum dla wszystkich pracowników administracji była tylko jedna – przez bramki, które zamontowali Brytyjczycy, aby kontrolować czas wejścia i wyjścia pracowników.
Narastającą świadomość poślizgu czasowego podkręcał w myślach Kasantypy fakt, że musiała jeszcze zostawić zmoknięty płaszcz w szatni u Breksitowego! Tego gentelmena przejrzała na wylot jeszcze zanim go poznała osobiście. Można powiedzieć, że miała moment iluminacji, gdy na back yardzie zapaliła skręta. Baran nie powie nic wprost, ale znajdzie sposób, aby grzecznie matacząc i plącząc się w zeznaniach, odesłać ją do Polski.
Ale w zasadzie, uszami wyobraźni już dawno była na miejscu.  Już to wszystko słyszała i wiedziała. Jakby jaskółki wysłane w jej kierunku zza biurka któregoś z działów muzeum (nie mogła zdradzić którego), słyszała znajomo brzmiące zdania. Jakby z ojczyzny sprzed lat, kiedy były jeszcze mityczne zimy stulecia. Zlały się one w jedną kałużę drogi do pracy z przeszkodami, całkowicie zaspakajając jej ciekawość poznawczą:
„Zimą, idąc do pracy, nie lubię chlapy, ale jak jest mróz, jakieś trzydzieści stopni i jest sucho, to możesz wyjść i się opatulić, możesz żyć, coś się dzieje, nie jesteś jakaś taka uwięziona, jak w domu…”.
Wyimaginowany głos z administracji bił jednak z wnętrza głowy Ksantypy, pełnej lęków przed codziennością. Tak bardzo pragnęła unikać stereotypów, a one same osadzały się na torcie jej rzeczywistości. A zatem emancypacja od pozorów wyzwolenia miała już miejsce. Miała już także miejsce zarobkowa emigracja. „Co dalej?” pytała idąc z deszczu pod rynnę wielkiego gmachu.
Właśnie wtedy, gdy Ksantypa przekraczała bramkę – gdy piknęło dla zmokłego wisielca jej ciała zielone światło – w kieszeni jej płaszcza zadzwonił telefon od szefowej działu, w którym znalazła zatrudnienie.
Dzwonek zapowiedział zwięzłą konwersację na temat stanu ducha przełożonej i podwładnej, która wkrótce wyświetli jakiś fragment wydającej jej polecenia służbowe w czołówce sennych widziadeł z serii ciała biegnącego ociężale w przestrzeni stawiającej opór w każdym calu; przestrzeni oporu, którą po ripoście – odnoszącej się w sposób symboliczny przede wszystkim do pozytywnych aspektów obecności Muzułmanów w UK –  trudno będzie przebić nawet rozpędzonemu odrzutowcowi.
 „Damit!” zaklęła Ksantypa, widząc na wyświetlaczu „Hermina K.”
 Jeśli odbierze w tej chwili komórkę to szanse, że usiądzie przed monitorem komputera w biurze punktualnie o dziewiątej, w zasadzie spadają do zera. Między innymi z tego typu „albo-albo” składać się będzie jej praca (tak miała zapisane w obowiązkach).  A do tego przełożona chodzi bardzo późno spać, więc się wymieniają. Doprawdy to alternatywa. Była jakaś piąta nad ranem, Hermina K., wypiwszy swój fajf oklok ti z dwunastogodzinnym opóźnieniem, faktycznie dopiero się kładła, lecz ona Ksantypa, była na standbay’u; właśnie wstawała i serce jej waliło w piersi jak młot. W zasadzie czekała na tę rozmowę.
- Gdzie są moje kapcie, Ksantypa? – usłyszała całkiem przytomny, stanowczy, wcale  niezaspany głos.
A ponieważ dziewczyna wiedziała, że jej szefowa w calutkim muzeum słynie z tolerancji
otwartości na różne kultury, odparła aforystycznie, a może nieco dziwacznie.

- Góra sama nie przyjdzie do Mahometa, Milady.

sobota, 28 stycznia 2017

SKOK NA PERUKĘ




Peruka została ukradziona i ukryta hen wysoko w chmurach. Osobą odpowiedzialną za ten poważny czyn była Barbarella, królowa galaktyki. To, że zrobiła to właśnie ona mogło wyjść na jaw jedynie pod warunkiem, że poszukujący peruki wzbiłby się w niebo i zanurkował  w obłokach, a zatem też był chociaż w pewnym stopniu Barbarellą.

Powiadam „poszkodowany”, a w zasadzie to, co działo się przed atmosferą ziemską, w miejscu gdzie obecnie znajdowała się nasza bohaterka i gdzie dotarło narratorskie oko, było zbyt gęste, żeby jeszcze można nazywać rzeczy po starym imieniu. Trudno było również dostrzec czy to mężczyzna czy kobieta. W filmie Vadima, w materii kontaktów Barbarelli z mieszkańcami kosmosu, było wiele niejednoznaczności i jedno ważne niedopowiedzenie związane z postacią Wielkiego Tyrana – kobiety, która chciała uwieść naszą bohaterkę, lecz ta wolała niewidomego, skrzydlatego anioła! Sztuczne włosy były długie, czarne i kędzierzawe.

Choć czyn był w zasadzie nieklasyfikowanym przestępstwem, o jego bezmiernej powadze decydowały emocje i stan ducha Barbarelli, która post factum stała się kotłowaniną myśli o nim w chmurach. Patrząc z perspektywy miejsca zdarzenia – Ziemi – wyglądało na to, że zadręczała się czymś, co zajęło jej zaledwie sekundę i przyszło z największą lekkością. Nie pamięta nawet dokładnie jak do tego doszło, ale oto tu i teraz że się stało urasta do rangi wielkiego wyrzutu sumienia, który maglowany jest w imadle białego pierza, szarego puchu i ich wzajemnych układów.

Aż w pewnym momencie sama wybuchła śmiechem, jak przy koszmarze sennym, który dla tych, którzy go nie przeżyli może być zabawny. Co miało wyjść na jaw?! Metafizyczny skok na perukę?! To, że jej już nie było na głowie ziemskiej? Pfi! Wielka mi strata.


Gdy wyrzuty sumienia zostały uspokojone bardziej frywolnym nastawieniem, Barbarella wystrzeliła jeszcze wyżej. Choć było tam strasznie zimno, a jej skafander kosmiczny miał spore wycięcie na plecach, wytwarzała ciepło, które równoważyło temperaturę w kosmosie, stanowiącym jej podwórko. Przekręciła się dwa razy w czarnych przestworzach, gdzie błyskały gwiazdy, a słońce stawało się coraz mniej historyczne i parła już tylko na wprost, ze śmiertelną prędkością. Ponieważ cielesny atrybut przestał jej być potrzebny, była teraz paradoksalnym ucieleśnieniem podboju, a wszystkie rzekome przewinienia stawały się coraz mniejsze. Leciała łysa i abstrakcyjna. Białe koło na czarnym tle. Mała kula naprzeciwko wielkiej. I jeszcze drobina smutku wyrzeczenia. Za chwilę zderzy się ze słońcem. Będzie Barbarellą naleśnikiem. Emergency!

niedziela, 17 stycznia 2016

"Kolonizacja"


"Kolonizacja" to obraz, który ma dwie autorki- obie amatorki malarstwa. Rok temu, kiedy powstawał, nie wiele sensownych rzeczy byłabym w stanie na jego temat powiedzieć. Powstawał po omacku, dostał intuicyjny tytuł, właściwie był elementem erotycznej gry. Na etapie produkcji, widocznym na pierwszej ilustracji, brakuje jeszcze mostka łączącego dwie wyraźnie od siebie oddzielone pod względem koloru i wyrazu części płaszczyzny płótna. wkrótce pod mostkiem umieszczony został napis mający dosłowny podtekst, który zainspirował jego tytuł. Napis brzmi: "go and fuck".

Dziś jednak, kiedy nad relacją pożądania zawisła chmura pytajników, obraz nabrał dla mnie szczególnego wyrazu i znaczenia. Uderzające stało się dla mnie to, że malowałam część, z której emocjonalnym wyrazem moja konstrukcja psychiczna  w zasadzie się nie identyfikuję. Przedstawia ona jeden z symboli haitańskiego voodoo, spod którego wyłania się totemiczna twarz zimnej kobiecej bogini. Oba elementy umieszczone są na białym tle z niebieskimi pociągnięciami pędzla. Chłodna w tonach barwnych część obrazu reprezentuje założony dystans ukazanej postaci. Jej symboliczny atrybut z najeżonymi czterema ramionami dziś wydaje się mieć wartość ofensywno-defensywną.

Ciekawe jest to, że płomienie trawiące lewą, utrzymaną w bardzo ciepłych kolorach, część obrazu - malowaną przez współautorkę, zatrzymują się niemalże dokładnie w jego połowie. A są one jakby z piekła rodem... jakby ktoś wyrwał bestii wszystkie zęby i wrzucił je do kotła, a one z niego trzaskały i wylatywały poza obszar rondla niczym prażona kukurydza! Ale reprezentacji zębów tam właściwie nie ma. Jest ona naddatkiem projekcji, czymś na wyrost, co jest mi właściwie. A jednak jawi się fantastycznie w tych płomieniach, które nie są w stanie przedrzeć się na nie swoją połowę. Na tej połowie mieściło się natomiast przedstawienie jakby ołtarzyka z czarną postacią ukazaną w ruchu, skierowaną w prawą stronę, której wartość symboliczną - z podstawowej dla tego prymitywistycznego dzieła perspektywy biograficznej - określiłabym jako dążenie.

Jest to zatem obraz, którego przedmiot oraz tytuł określiły się i zaktualizowały w szczególnych okolicznościach życiowych określonych przez upływ czasu i wspólne życie. Chociaż dziś nie wisi on już na "mojej" ścianie, myślę o nim intensywnie. O tych dwóch nieprzejednanych połówkach, których dostęp do siebie został pewnie zbyt wąsko zdefiniowany, żeby nie mógł zostać utracony... O ograniczeniach odwiecznej międzyludzkiej gry miłosnej w ciepło-zimno. Ale także ewentualnych warunkach przemiany tego, co zostało ukazane jako nieprzejednane - pożądania - w coś bardziej dojrzałego. Nawet jeśli ceną za to miałaby być utrata części własnego terytorium, własnego komfortu życiowego i psychicznego, a także własnego iluzorycznego spokoju.

Wówczas mechanizm kolonizacyjny, równoważony przez mechanizm obronny, musiałby zostać zastąpiony czymś zupełnie innym, a czarny kontr podreślający oddzielność dwóch terytoriów, skruszeć.



Ale równie dobrze obraz ten może być obrazem pewnego niezmiennego status quo. Portretem sztywnego podziału, braku elastyczności i niemożliwości zmiany. Wówczas, z mojej perspektywy, byłby to obraz, który spełniłby się doskonale w funkcji wiedzy wizualnej z zakresu szóstego zmysłu co do początku i końca, które są kluczowymi etapami tak ważnych biograficznych wydarzeń, jak związki między ludźmi, między kobietą i kobietą, kobietą i mężczyzną itd. Zastanawiający jednak w takim wypadku i pełen wypieranej niezgody na rozpad, pozostaje element empatyczny obrazu, tj. sytuacja "wymiany stornami" podczas jego tworzenia. Może świadczyć ona o głęboko ukrytym "drugim dnie" tego, co znaczeniowo rozpoznajemy jako "gorące" i jako "zimne" - o ich nieodwołalnej komplementarności ponad obojętnością.

Ten obraz pozostaje jednak dla mnie zagadką.

                                                                                                W chmurze pytajników z poważaniem.

piątek, 15 stycznia 2016

Z PIASKU POWSTAŁAŚ W PIASEK SIĘ OBRÓCISZ


RzeźbĘ pt.: "Włosy z piasku" wykonałam na plaży. Mniej więcej miesiąc po tym jak zaszczepiłam się na tężec & błonicę, którzy tym samym stali się współautorami mojej pracy. Podobnie jak niewidocznego gołym okiem nurzańca, którego nocą nachodzi potrzeba rozkoszy na ludzkiej twarzy, naszło mnie, żeby pogrzebać w piasku.  Nic nie knułam zawczasu. Chcę również powiedzieć, że nie tak ważne kto zrobił, ważne że powstała ta efemeryczna rzeźba z dostępem do wszystkich, którzy mają wi-fi, albo zasysają net przez kabel. A także to: vivat posthumanizm i nadmorskie okoliczności, które również rozpraszały antropocentryczny mroczek duszy spragnionej światła, sprzyjając pracy o piętnastej pięćdziesiąt w styczniu.

Gdy zatem fale szyły białe kołdry, chmury jechały swoje sound cloudy, wiatr ciachał w piasku całe kawałki dźwięków na coś w stylu szybujące pomiędzy sosnami na wydmach na-na-na, a te ukryte przed historią pajęczaki ponadto uwijały się na brwiach, rzęsach i włosach tej, która tylko przyniosła glinę na plażę - ach to było coś! Uniesienie jakieś pomieszane z potrzebą zaznaczenia granicy piaskowego bytu oraz tego, którym ja za chwilę się stanę.

Ważna sprawa, żeby ten modelunek był osobny i wynikał z jakiejś umiejętności. A ponieważ de facto nie potrafię rzeźbić, to postanowiłam zacząć od podpisu pracy: "Z piasku powstałaś, w piasek się obrócisz", albo prościej, a też w temacie "C'mon!"

Rety. Przyznała się, że nie potrafi rzeźbić, tylko pisać. To mało. A i ta zdolność kuleje, bo to wszystko literatura dawno temu już poznała. Pochyl głowę. Nie bądź taka skromna. Najlepiej żeby to w ogóle nie była literatura, tylko coś młodego, najlepiej dwudziestoletniego, płci męskiej, jakiś Istagram. Sweterki w romby już nie takie modne, ale gimnazjalny wygląd - tak. Świadoma, spiętrzona pobytem na plaży refleksja, co się układa w figurę rebeliantki przeciw skrajnie egocentrycznym tendencjom, to się nie sprzedaje wśród ludzi. To się samo ośmiesza jako wkład niezrozumiały. Starzeje się budując obraz jakiegoś doświadczenia. Nikt nie będzie chciał  w to wnikać. Nikt nie będzie mógł. Bardzo życiowa sprawa. Nic pod słońcem nowego.

Niemniej jednak upatrzyłam już sobie tę rzeźbę na plaży i zamiast koła garncarskiego mam słowo nagie, bez wizualnego wsparcia z Istagramu. Widzę to tak. Kręcimy. Popiersie zwrócone na północ, reszta wedle swoich kierunków i rozmiarów. Ja dłutem wykonuje żłobkowanie wzdłuż całej powierzchni głowy i twarzy. Włosy mają być długie, sięgające aż do ramion, żeby dużo znużonych wyjałowioną energią nużeńców tej, która bije na alarm na plaży znalazło swój nieśmiertelny dom. Długo się sypać. Potem wracać w garść. Tej różnorodności i dynamiki poruszenia całego ustroju nigdy dość przed uzyskaniem tego stanu, o którym tyle  się niedawno pisało. Ten stan topowy i pożądany, no wiecie, że jest spokój i równowaga.

Trzeba zatem nabrać w garść pisaku  i pac na głowę. Jest i wiatr. Najlepiej żeby ktoś wyłączył już kamerę i schował aparat. Już nawet dokumentacja nie jest potrzebna. I co ważniejsze, dizajn odpada. To wszystko są jednak sprawy kulturowe. A czy są jakikolwiek inne? Przychodzi moment, że odczuwalne jest każde ziarenko piasku, które składa się na jeden z tysiąca kosmyków. Chodź, chodź. Wydaje mi się, że mam to kadrowanie bez poprawki. Ale męka z tą świadomością pielęgnowanej tęsknoty za życiem bez sztucznej wrażliwości.


sobota, 14 lutego 2015

Dziesiąta fala feminizmu




Kręgosłup Ziemi drży, kiedy po trzeciej fali feminizmu naciąga dziesiąta – fala miłości –potykając się o czasoprzestrzeń historii. Żeby nie było nudno, pędzi reprodukując sama siebie w trzech postaciach: dziewczynka-kobieta-staruszka. Wszystkie odsłony i przetasowania jej oblicza są wspaniałe i pogrążone w samozachwycie nad klarownością ukrytej przed oczami zwolenników i zwolenniczek zwanego Bogiem siłą rozspójnionej struktury - klarownością powracającej więzi między jedną-lecz-nie-tą- samą-Sobą.

Nie po raz pierwszy strumieniami przetacza od jednej do drugiej strony niepokojące widoki, rozwarstwienia terenu, drażniące, niepisane wypełnianie godzin, kolejnych dni i wieków. Świat staje się giętki, gdy obleka go miłość. Świat staje się cierpki, gdy znajduje się w jej cieniu. Wzbierają jej piersi, że za chwilę ich nie ma. Wahają się ramiona sięgające powietrza. Nie odchodzi cała od przytwierdzenia, lecz odradza warunki swej niesławnej kariery. Wy też powinniście znać swoje, bo jeśli kiedyś w was uderzy, to przynajmniej jedno ucho będzie wtedy duże jak bak autobusu.