niedziela, 12 listopada 2017

wykład naukowy pt.: "Ugrupowanie artystyczne"







Hiacynta Bukiet
Szanowni Państwo,


Oto jest mój wykład naukowy, a głowa to ręka, jak można by powiedzieć, podążając za myślą Jacquesa Derridy, czytanego przez Gilles Deleuze’a. Wykład będzie nie tylko długi jak bagietka, ale także treściwy i, co rzadkość, życiowy. Jego drugie dno stanowi pytanie: „Czemu ja zawsze muszę być ze swoją myślą i logiką gdzieś po środku?”, ale do tego ukrytego wymiaru treści wykładu pozwalam sobie dochodzić stopniowo, między wierszami, splatając cichą i nieśmiałą myśl z nieliteralnym językiem, co zawsze było zresztą zgodne z moim zamożnym marzeniem o nauce i wyobrażeniem siebie jako badaczki, która o świecie mówi w sposób niedosłowny.   

Z uwagi na ograniczoną objętość tego wystąpienia, przejdę teraz do zasadniczej części wykładu, a pozostałe kwestie może przesuńmy na inną, oryginalną okoliczność. Ponieważ mówiąc do Państwa, chciałam jeszcze jakoś  zaznaczyć swoją osobę, która ma dziś do opowiedzenia coś na temat przepięknego ugrupowania artystycznego, pozwolę sobie teraz wysmarkać nos [smarknięcie, głowa odchylona na bok]. O, katar zniknął, lub mówiąc filozoficznie, nie istnieje już – przynajmniej w fazie lustra. Jak Państwo zapewne wiedzą, ugrupowanie artystyczne, będące dla mnie od jakiegoś czasu tekstem i kontekstem, stwarza nam tu całkiem ciekawą metaforę z deficytem dyskursu wysuwającym się na pierwszy plan. Takie oto właśnie dialektyczne napięcie jawię Państwu z arcyciekawej perspektywy biograficznej, żeby wręcz nie powiedzieć transludzkiej, bo czyż naznaczenie przeziębieniem nie jest sytuacją zaciskającą usta pomiędzy myślą a jej wypowiedzeniem? (In-between)? [długa, znacząca, pauza stanowiąca pointę]


Można mnie obserwować jak wygłaszam wykład jutro o godzinie 16.00 w Świecie Zabawek. Wersja dla ubogich tego samego wykładu, odczytana bez udziału mojej osoby – co jest dla mnie straszne – będzie miała miejsce za tydzień na działkach leśnych o tej samej porze. Mam nadzieję, że nie zabraknie na nim tych z Państwa, którzy z jakichś względów nie pojawią się w Świecie Zabawek. 

wtorek, 24 października 2017

NIECH ZATKANY NOS NIGDY NIE DOPROWADZI DO TEGO, ŻE PRZYTRAFI SIĘ TOBIE COŚ ZŁEGO.





                                                Anna Królikiewicz, Super/Natural, 2017



Była to chęć do podróży, nic więcej, ale przyszła jak atak, urastała w namiętność i halucynację. Pragnienie jego stało się wizją, wyobraźnia, nieuspokojona jeszcze po godzinach pracy, tworzyła sobie wzór dla wszystkich cudów i straszliwości różnorodnych krajów, które starał się sobie naraz przedstawić: widział krajobraz, tropikalną okolicę bagnistą pod pokrytym gęstymi oparami niebem, wilgotną, bujną i potworną, rodzaj dziewiczej prapuszczy, pełnej wysep, mokradeł i szlam niosących żył wodnych; widział, jak z jurnych gąszczy paproci, jak z podłoża tłustej, napęczniałej, awanturniczo kwitnącej roślinności sterczały w pobliżu i w dali włochate pnie palm(...) widział między sękatymi trzcinami bambusowych kęp lśniące świeczki czyhającego tygrysa-i czuł, że serce bije mu z przerażenia i zagadkowego pożądania. Potem widzenie znikło i potrząsnąwszy głową podjął Aschenbach znowu swoją wędrówkę wzdłuż parkanów nagrobkowej wytwórni.

                      T. Mann, Śmierć w Wenecji, przeł. L. Staff



O 7.30 Turbobiurwa podpisała kadrową listę obecności, a w chwilę potem nacisnęła klawisz "Enter", aby zalogować się do gry komputerowej "Dekanat". Była to najnowsza przygodówka azjatyckiej firmy, której przedstawicieli uniwersytet gościł niedawno z wielką pompą w lokalnym klubie Go Tropicana na Starym Rynku. W ramach imprezy pokazywana była wersja demo, która wzbudziła falę raczej entuzjastycznych opinii wśród wykładowców piastujących zarazem kierownicze funkcje na uniwersytecie.  
         Nie zabrakło jednak również głosów krytycznych. Chociaż zachwycano się poziomem grafiki wersji testowej, a także jej wielopoziomową strukturą, osnutą na kanwie fabuły, w której dominowały wątki rozpoznawania i eliminowania przeciwników oraz tworzenia tymczasowych sojuszy w celu zdobycia najwyższej władzy na uczelni, to wskazywano zarazem, że niektóre levele są tak trudne, że prawie niemożliwe do przejścia. Sporadyczne głosy, dotyczące bardziej fundamentalnych zastrzeżeń, wymagały specjalnej oprawy.     
        Podczas wspólnego odurzenia oparami zamówionej sziszy prodziekan jednego z wydziałów posadziła sobie na kolanach młodszą od siebie dziewczynę z hawajskimi kwiatkami wpiętymi w uwodzicielsko rozpuszczone włosy. Teraz Tańcząca z Wilkami, bo tak mówili rektorzy o najbardziej ponętnej kobiecie na uczelni, mogła zwrócić uwagę mężczyzn na kwestie etyczną. Aura emancypacji miała pomóc jej w polemice z azjatycką propozycją rozrywki dla wybranych przedstawicieli uczelni. Według niej gra zbyt mocno polegała na indywidualnych treściach generowanych przez umysły poszczególnych graczy. Choć pociągający, taki rodzaj skorelowania z neuroprzekaźnikami w mózgach uczestników zabawy mógł przecież, jak argumentowała przy jednym głębszym, okazać się  zgubny dla całej szkoły (sic!). 
          Dziś był pierwszy dzień, w którym grę miały przetestować wszystkie asystentki dziekańskie. Wybrano je w tym celu, ponieważ z całej administracji tylko im nie został jeszcze przypisany wiodący system technologiczny. A ponadto Ministerstwo miało w rękawie trzy podstawowe karty: kategorię A, B i C oraz stosowne do nich dotacje. Asystentki okresowo wprowadzały co prawda różne dane do systemu teleinformatycznego POL-on, ale opiekunki dziekanatów jednoznacznie wypowiedziały się na ten temat: "Ale to nie to samo co Verbis!" To zrozumiałe, że nikt nie chciał być królikiem doświadczalnym, a wirtualny dziekanat stanowił jedynie alibi.
        Niemalże natychmiast po zatwierdzeniu uczestnictwa w grze, Turbobiurwa znalazła się w gęstym lesie, który wraz z kolejnym krokiem coraz bardziej przypominał puszczę. Rosły tam drzewa splątane gałęziami i krzaki, których korony przypominały złowrogie bombiny, przez które trudno byłby się komukolkwiek przedrzeć. Część drzew była jednak wyrąbana w pień, a gdzieniegdzie dyndały martwe korony uczepione bambusowych pali. Wiatr musiał je przywiać tu z innej części puszczy, współtworząc trudności. Nadziane na pale porażały mrocznym urokiem, którego naoczne odczucie było tak dojmujące, że w pewnym momencie Turbobiurwa upuściła klucz od swojego biura na ściółkę. Schylając się po niego, by po omacku dłonią wygrzebać przedmiot z mchu, intuicyjnie czuła jednak, że nie było już prostego powrotu do wrót reala, a za chwilę do gry włączone zostaną pozostałe zmysły.
        Podnosząc głowę ujrzała przed sobą wielką, szarą ścianę utworzoną z worków, ustawionych modularnie jeden na drugim niczym okop. Z krawędzi złączeń wyrastały grzyby, których wysyp oraz ziemisty zapach podpiwniczenia stanowił barierę nie do przebicia. Mimo tego asystentka pochyliła się do jednej z kęp, traktując główki nieznanego gatunku lekko i prawie z ufnością, trochę jak mikrofony umocowane w minimalistycznej pracy.
          - Hop, hop. Jest tam kto?
          - O rety! Turbobiurwa. Ty też tu jesteś? Jak to dobrze, bo akurat mam do ciebie sprawę…
          Był to głos kierowniczki jednostki, w której asystowała. Ciekawe, co ona tu robiła. Przecież miała dziś załatwiać sprawy najwyższej wagi. Takie sprawy, które spychają wszystkie inne sprawy na margines uwagi, pokazując ich minimalne rozmiary, a zarazem ukorzenienie w hierarchii wyżej postawionych spraw. Bez rozpoznania optyki, w jakiej były urabiane, te pomniejsze sprawy miały w nozdrzach asystentek wykazywać działanie poppersów, przedłużających przyjemność służenia w jednej słusznej sprawie – grze o rektorski tron. Jeśli któraś z nas doznała orgazmu z powodu zadowolenia szefa lub szefowej, to znak, że cel został osiągnięty. My dziekani byliśmy o jeden krok bliżej tronu i o jeden dalej od przepaści, którą tak łatwo napotkać w level hard, a zatem przedostatnim poziomie, który jednak nierozerwalnie splatał się z pierwszym. Przywiązaliśmy do siebie najlepszą z asystentek – tę część nas samych, która była kiedyś, ale teraz już jej nie ma; teraz musi znać swoje miejsce w szeregu, aby plan zadziałał. Grzyby, umocowane do ściany, nie ziemi, przypominały o tym Turbobiurwie z całą mocą swego intensywnego aromatu.
         - Słucham, milady, co to za sprawa?
         - Otóż nos mi się zapchał i nie mogę oddychać.
         - Ale jak to?! Cały nos?
         - Nie, w zasadzie to jedna trzecia nosa.
         Mimo, że dzieliła je ta straszliwa, organiczna ściana, Tubrobiurwa nie miała wątpliwości, że chemiczne stężenie grzybnych wyziewów służy iluminacji, pozwalając przewiercać na wylot każde wypowiedziane słowo, a nawet myśl. Na wprowadzeniu supernaturalnego polegała przecież ta gra. Takie hasło widniało na opakowaniu, które informatyk zostawił na biurku. Nie widząc szefowej, wiedziała, że ona może czuć dokładnie tak samo. „Nigdy nie przenikniesz moich myśli” pomyślała świadoma, że myśl ta natychmiast wyświetli się w głowie jej przełożonej. „A że ty nigdy nie przenikniesz moich, to nigdy się nie dowiesz, co jest prawdziwym powodem tego, że  nie przejdziesz do następnego poziomu, hihi” i, jak można się domyśleć, ta konstelacja słów natychmiast stała się czytelna dla Turbobiurwy, która chcąc jakoś pomóc szefowej postanowiła obejść ścianę innym sposobem - po to, żeby w ostatecznym rozrachunku znaleźć wyjście z gry komputerowej, która generowała tak męczącą rzeczywistość.
        - Aha, to musisz wziąć patyczek do ucha.
        - Ale jak to, co ty mówisz, Turbobiurwa?! Pracujesz już tu ósmy rok. Powinnaś wiedzieć, że patyczków do ucha nie wkłada się do nosa. To zasada numer jeden, tak samo ważna jak ta o pocałunkach. Całuje się każdego łaskawcę: w nogę, w rękę, bez wstydu i poczucia winy. Jakoś trudno mi uwierzyć, że tego nie czujesz. Że trzeba cię tak z każdej strony uświadamiać.
        - Nieprawda. Jeśli mogę coś doradzić, to włóż patyczek do zatkanej dziurki i przetkaj wreszcie komorę.
       - A co to mi pomoże?
       - Przejdziesz do następnego poziomu, omijając trzy między-poziomy, wymagające długich marketingowych postów na fejsie i postojów na schodach do rektoratu na pełnym bezdechu, a nie takim jedna trzecia.
      - Radzisz?
      - Pewka. Tylko musisz poruszać patyczkiem kilka razy, w  górę i w dół, a potem jakby dookoła niczym magiczną różdżką.
      - No może spróbuję… A ty nie masz problemów z oddychaniem w tej gęstwie?
      - Skąd, oddycham pełną piersią. I raz i dwa, wdech i wydech, choć, choć trochę za bardzo śmierdzi ta grzybnia.
       Szefowa należała do osób stanowczych i decyzyjnych. Gdyby chciała rozwalić ścianę, żeby przejść, zrobiłaby to nawet patyczkiem do ucha. Znalazłaby sposób, aby przy okazji wytrącić karty z rąk ministerstwa, aby rozsypały się po marmurowej podłodze. Ale istniało ryzyko, że bez odetkanego nosa cały plan mógł runąć, lub przynajmniej jakaś jego część się nie powieść. A tego przecież nie chciał nikt. Ani ona ani jej podwładna. Bo co to za frajda jak się komuś coś nie udaje. Mając to na uwadze, szefowa postanowiła zrobić pauzę, aby zająć się swoim nosem. Ponieważ w tej chwili zatrzymanie gry przez wypowiedzenie magicznego słowa "dekanat" było jedynym gwarantem, aby rozpoczęła normalne oddychanie, gwałtownie wyciągnęła z kości ogonowej respirator dla elektronicznego gadżetu.
        W tym samym czasie Turbobiurwie pojawił się komunikat na ekranie „fix error 0x0345fg”. Była godzina 15.30 i ani minuty więcej. Gra komputerowa samoistnie wylogowała użytkowników po czasie ich pracy. Powinna jeszcze napisać jednostronnicowy raport z dnia testowego gry, stwierdzając ile fikcyjnych postaci napotkała na swej drodze, jaka była sceneria gry, jakie emocje jej towarzyszyły. Kopia raportu miała zostać przekazana do Urzędu Miasta, który częściowo zasponsorował formę odrealnienia pracowników uczelni wyższej, stosując się do zalecenia Ministerstwa Zdrowia, wskazującego na krytyczne położenie wielu polskich dydaktyków funkcjonujących w ramach instytucji nauki. A ponieważ naprawdę było już późno, rozpoczęła jedynie rozprawkę:

        Gustaw von Aschebach stracił życie z powodu wybuchu epidemii cholery, ale tak naprawdę wszyscy wiemy, że poniósł śmierć za jakiś ideał. W jego przypadku był to ideał piękna. Oddał się jemu bez reszty. I to była wartościowa śmierć...

sobota, 14 października 2017

SCHYŁEK ALMODOVAROWSKI IMPERIUM FEMINISTYCZNEGO W NARKOTYCZNYCH OPARACH UCZELNI ARTYSTYCZNEJ

        
                                      kadr z filmu Podpalaczka (1984) na podstawie powieści Stephena Kinga.


Chociaż od dawna zanosiło się na zamknięcie uczelni niejednym szlabanem, nic nie wskazywało na to, że stanie się to akurat tego dnia, w którym najpierw profesor Haj Skromność przyszła odebrać swoje delegacje, a następnie Pani Rektor na narkotycznym głodzie władzy zostawiła swoje ukochane dziecko pod opiekę paniom z administracji.
          Delegacji było bardzo wiele i wiele zachodu było z ich przygotowaniem. Profesor Skromność koordynowała jednak cały ten proces znaczną koncentracją na własnych wyjazdach służbowych.
           - Za tydzień będę w Nowej Hucie z odczytem, a za półtorej tygodnia w Bejrucie na spędzie akademików. Dziś jednak Dubrownik – w  inwentaryzacyjnym stylu Haj Skromność wymieniała swoje destynacje jedna po drugiej, utrwalając w pamięci własnej i innych przyszłe zasługi na rzecz rozwoju i upowszechniania nauki.
           „Serdecznie pozdrawiam z posiedzenia jury 192 konkursu na najlepszy obraz w Bratysławie” niekiedy zdarzało się jej również dyskretnie wspomnieć w korespondencji służbowej o aktualnym miejscu swojego pobytu. Panie z administracji, odpowiedzialne  za jego formalne przygotowanie, mogły dzięki temu spać spokojnie, ponieważ nawet jeśli wniosek na delegację zaginąłby w kotłowaninie papierów, można go jeszcze raz wypisać korzystając z kanału upowszechniania, który wynalazła profesor Haj Skromność. Cokolwiek byś nie wpisała, siostro, w wyszukiwarkę poczty, i tak wyskoczy. Piła, Kobylina, Heidelberg a nawet Barcelona…Profesor ta była już zdaje się wszędzie, za punkt odbicia dla autostrady swej naukowej kariery mając przy tym niestety spękany glob uczelni.
         Maile od Haj Skromność rezonowały bowiem z apokaliptycznym  Zeitgeist miejsca jej afiliacji. Nie może dziać się dobrze w nauce, jeśli w administracyjnym sektorze trwają migracje i przesunięcia, a  z dnia na dzień można było otrzymać zupełnie nowy zakres obowiązków i znaleźć się w innym niż dotychczas miejscu. Tyle, że o takich pełnych przygód podróżach w bliskie i dalekie, mniej lub bardziej znane terytoria zawodowe, głośno się nie rozmawiało. Bo przecież nawet jeśli chcesz, nie odpowiesz Haj Skromności „a ja, a ja, a ja to wczoraj odbyłam podróż w głąb własnej psychiki a jutro jadę do granic jej wytrzymałości, zabierając ze sobą męża, dzieciaki i zobowiązania kredytowe”.
         Kolejny wyjazd pani profesor odbywał się zatem w pełnej napięcia zmilczanej atmosferze schyłku, którego dopełnienia nikt się jednak nie spodziewał akurat tego dnia.
         Działo się zresztą w administracji o wiele więcej niż w trakcie naukowej kwerendy. Tam gromadzenie wiedzy, tu utrata gruntu pod nogami; tam dociążenie ideą dla dobra opracowywanego naukowego tekstu, tu komasowanie zadań ponad miarę; tam dbałość o spójność wykluwającej się koncepcji, tu troska o więzi; o to, by pracowite panie nie stały się dla siebie nawzajem wrogami. Zatruta strzała władzy leciała prosto przez narcystyczny indywidualizm i osobiste ambicje, uderzając w kolektywne wysiłki ocalenia pewnej niewidocznej zbiorowości.
          W odpowiedzi na maile od profesor Skromność, pracowniczki wysyłały emotikona z zaczerwienionym policzkiem i machającą łapką. Umówiły się, że będzie on uniwersalnym symbolem pozdrowienia w sytuacji kryzysu. Taki emotikon mógł być przecież wysłany z każdego gorącego miejsca, jakie można sobie wyobrazić na ziemi, stanowiąc adekwatną odpowiedź na kosmopolityzm wdzierający się z nieświadomą siłą w  apokaliptyczny mikroklimat lokalnej rzeczywistości władzy kobiet, które trzy lata temu zdetronizowały skorumpowanych mężczyzn na rektorskich i dziekańskich stołkach.

            Pani Rektor, która przyszła następnie, miała jednak własne zdanie na temat podróży. Jej ulubione powiedzenie, gruntujące w świecie uczelnianych obowiązków, brzmiało: „Zejdźcie wszyscy wreszcie na ziemię!”. Przy czym wpadło jej tego dnia do głowy, aby odbierając towar z Ekwadoru,  podrzucić paniom z dziekanatu pod opiekę dziecko, które bynajmniej nie pochodziło z ziemskiego porządku.
          Dziecko Rosemary. Tak nazywałyśmy jej rozkapryszoną córeczkę, która choć po czterdziestce, nadal jeździła w wózku dla dzieci, rosnąc na przyszłą dziekan. W efekcie tego szalonego pomysłu, w dniu, w  którym profesor Skromność zapowiedziała również, że za dwa lata pojedzie reprezentować uczelnię na olimpiadzie mądrości w Hagia Sofia, wszystkim nam w administracji ciarki przeszły po plecach z obawy przed wplątaniem się w delikatną sprawę prywatną Pani Rektor bez ryzyka nie tylko już utraty i tak niepewnego zatrudnienia, ale także bycia posądzoną o współudział w jakiejś tajemniczej, kryminalnej domenie. A tu jeszcze trzeba było z wyprzedzeniem przybić piątkę Haj Skromność.
Ale po kolei. Być może dlatego, ze Pani Rektor rzadko u nas bywała, z wielkim zaskoczeniem spojrzała na zastany widok. Oto wszystkie od kilku tygodni siedziałyśmy w podpiwniczeniu budynku, który od czasu toczących się gwałtownych zmian przypominał dom Ushera.  Zareagowała zdumieniem, gdy zamiast wielu mniejszych biur zastała tu jedną dużą przestrzeń przypominająca magazyn. Można się było domyśleć, że stały w niej już nie dwa, lecz sześćdziesiąt dwa biurka w większości przypadków nieznanych jej z imienia i nazwiska osób, co do losu których podjęła w przeciągu ostatniego czasu tak radykalne decyzje. Bo trzeba rzeczy nazwać po imieniu: wepchnęła nas wszystkie do jednego wora, zapominając o tym, że część z nas opiekuje się dziekanatami, inna część przewodami, jeszcze inna zajmuje się sprawami socjalnymi studentów itd. Odnosimy niekiedy wrażenie, że cały ten bałagan powstał po to, abyśmy się między sobą zwaśniły i przymknęły oko na Ekwador.
Panią Rektor zaskoczyło również to, że służbowa korespondencja wszystkich pracowników administracji była wyświetlana na wielkich monitorach, podwieszonych na suficie na minitorach, gdyż pieniądze zostały już tylko na takie, nie do końca dopasowane do wagi ekranów. Zostały one ustawione wedle czterech stron świata, tak żeby każdy przebywający w wielkim biurze, niezależnie od miejsca i kąta patrzenia, mógł się zapoznać z treścią maili pozostałych pracowników. Zdziwiło to bardzo Panią Rektor, ponieważ tak naprawdę zależało jej tylko na niewielkim ograniczeniu dostępu pracowniczek administracji do fejsbuka w trakcie godzin pracy, a nie na inwigilacji na taką skalę. Z jakiegoś powodu, znanego jedynie osobnom piastującym władcze stanowiska, wpadło jej to do głowy po jednej z bib z przedstawicielami Urzędu Miasta, którzy opowiadali dykteryjki o małych przedsiębiorcach okradanych przez własnych pracowników.
Na jednym z monitorów widać było pozdrowienia od Haj Skromność, na innym pozostały jednak niepożądane informacje, że na skrzynkę pocztową Pani Rektor  nie można się zalogować, a widoczne mogą być jedynie powiadomienia o przychodzących do niej wiadomościach. Wydawało jej się tylko, że była jedyną osobą w całym podpiwniczeniu, która wiedziała, że jej dzisiejsza korespondencja dotyczyła odbioru niewielkich, ale bardzo kosztownych przesyłek. Miała swój sekret, ale ludzie czują sekrety. Ludzie chcą wiedzieć, co tak naprawdę ich dręczy. Co tak naprawdę jest przechowywane w piwnicy i dlaczego Pani Rektor chciała jak najszybciej pozbyć się dziecka.
Jednak dla zachowania pozorów w kraju, w którym dzieje się nasza historia, Pani Rektor podeszła ze wzruszeniem do jednego z biurek pracowniczek administracji. Hipnotyzująca zmiana, jaka zaszła w trakcie ostatnich tygodni, dotyczyła kolejnej jej fantazji: umieszczenia na blatach starej i nowej klawiatury komputera.
„Zresztą” pomyślała na rosnącym głodzie, „ograniczyłam się, bo w zasadzie wszystko, co stoi na biurkach mogłoby być podwójne –  kubek na długopisy, zszywacz. Stare i nowe wyposażenie, wszystko razem, przy tym niech stare zepchnięte będzie nieco na bok, by wyglądało filmowo, jak po mafijnych przeszukaniach. To jest czad. Tego na uczelni nie dokonał jeszcze żaden facet, a i Haj Skromność powinna tu być i mi pogratulować. Niech zapamiętają, że im urządziłam biurka na bogato!”.
- Dlaczego za tamtą panią stoi kanclerz? - zapytała Pani Rektor czule i stanowczo. Niby ni stąd ni zowąd, a w zasadzie to w konsekwencji nagłego obrotu głową. - Czy pan, -Panie kanclerzu, przypieczętował już delegację profesor Haj Skromność? – tu zmieniła tonację. Mimo wielkiej siostrzanej atencji, jaką darzyła tę profesor, nie była pewna czy jej się podoba czy nie, że ta profesor jest taką globtroterką. Ostatecznie jednak wyczuła korzyść i ustosunkowała się pozytywnie, bo przecież miała coś ugrać na jej wyjeździe - Bardzo mi zależy na tym, żeby nasza kochana profesor dotarła do Chorwacji i odebrała stamtąd dla mnie ważną paczuszkę, taki pakiet rektorski od rektorów z tamtejszych uczelni dla rektorów uczelni tutejszych.
 Sądząc po zachowaniu Pani Rektor nie do końca była ona zorientowana we wpływie własnych decyzji na stan ducha pracowniczek administracji. Zwłaszcza obce były jej niuanse przestrzennej organizacji pracy osób zatrudnionych na uczelni w tym sektorze. Sądząc, że kanclerz, który ostatnio zajęty jest staniem za plecami pracowniczek, będzie zajmował się delegacją Haj Skromność, jakby zupełnie straciła kontakt z ulubioną przez nią w aforyzmie ziemią. To dlatego właśnie w powietrzu unosiły się szekspirowskie uczucia, których Pani Rektor nie chciała jednak dopuszczać do swojej świadomości.
  A co to była za przewrotna świadomość i zarazem nie skora do przyjęcia, że losy uczelni mogą potoczyć się w trybie najbardziej przewrotnego obrotu, najlepiej pokazuje jej pytanie:
   - Czy widziały panie może jak ptaszki dziś skakały przez kałuże? Mówiłam do nich: Uważajcie ptaszki na przeszkody. Bo co dla nas, to nie dla was. Takie kałuże! Takie buty!
    Głęboka miłość wyznawana z pozycji szalonej siły wyższej stanowiła filtr, przez który nie docierało, że wkrótce potrzebna będzie kałuża na miarę ptaszka-wyfruwajka, jakim była jej niżej postawiona współpracowniczka i przyjaciółka.
 - Niech się utrzymuje na powierzchni materialnego bytu jak jej matka, bez której ta uczelnia wali się i pali! – a wypowiadając zaklęcie, które biło z obu jej skroni, Pani Rektor pchnęła wózek z dzieckiem niczym sondę prosto w głąb podziemnego korytarza.

Żadna z nas nie mogła nawet wypisać delegacji na okazję spaceru po mieście z dzieckiem Pani Rektor. Być może w oporze przed podjęciem się zadania opieki brał udział szósty zmysł. Perspektywa przerwania rytmu dłużących się godzin urzędowania w taki sposób obarczona była zbyt dużym ryzykiem oraz budziła sporo etycznych wątpliwości. 
Najpierw, w obliczu tak wielkiego wyzwania, pomyślałyśmy, że lepiej będzie postawić wózek przy ksero i zająć się najbardziej podstawowymi obowiązkami, pozwalającymi nie tracić z oczu bachora: przygotowywaniem pism wewnętrznych i zewnętrznych, przekierowaniem ich do kolejnych działów, zbieraniem podpisów, mnożeniem kopii oraz potwierdzaniem ze zgodnością z oryginałem. Dziecko Rosemary szybko jednak zaczęło nudzić się jako pasywny widz żmudnego powstawania biurokratycznej geografii.
           - "kaplica" przez duże K! – krzyknęło. - Tam mnie wieźcie, ale najpierw podjedźcie do jednego z waszych komputerów.
              Jej wózek przypominał lektykę. Ledwie mogła z niego wyciągnąć palec wskazujący, którym na zakurzonej obudowie komputera zaczęła rysować linię genealogiczną ludzi sukcesu. Przesuwając opuszkiem z góry na dół, tłumaczyła nam cierpliwie:
         - Tam jesteście wy, a tu my. Tuśmy kogoś pominęli, tam umniejszyli, tu przymknęliśmy oko dla swojej korzyści, ale tam z kolei w zasadzie nie mieliśmy wyboru. Ciach prach. W zasadzie nie było w tym jakieś szczególnie przemyślanej strategii, tylko czyste działanie przez grubą skórę. Zero empatii. Tylko zimna krew.
            Rzuciłyśmy monetę. Wypadło na mnie.

           Pchając wózek widziałam na ulicach miasta świeże ślady strajków i protestów, jakie odbywały się w kraju w obronie zagrożonych praw kobiet i demokracji. Obok biura znienawidzonej przez liczne kobiety partii rządzącej walały się zniszczone przez ich oponentów transparenty. Starałam się czytać napisane na nich strzępy haseł dotyczące jedności i solidarności kobiet, lecz przeszkadzała mi w tym czarna czapa konstrukcji wózka, ograniczająca pole mojej percepcji. A jednak żywo mnie to wszystko interesowało i starałam się nie sprowadzić spaceru do ostrożności, by nie najechać na krawężnik czy płot. Wózek był przy tym ciężki. Momentami czułam wręcz jakbym pchała przez miasto kilkadziesiąt kilo kartofli, a nie ludzką osobę. Najbardziej rozpraszające było jednak to, że Dziecko Rosemary ani nie płakało ani nie kwiliło, a w zasadzie od jakiegoś czasu nie dawało żadnych oznak życia. Zupełnie jakby zamarło w otoczeniu, które było mu obce, albo przynajmniej je krępowało.
           Powróciłam zatem z wózkiem w okolice uczelni, bo chyba to miejsce miała na myśli córka Pani Rektor, krzycząc „kaplica przez duże K”. Tam jednak panowała trwoga. Ludzie w popłochu wybiegali z budynku: studenci, wykładowcy, administracja.
            Niespodzianie wybuchł pożar. Wózek zadrżał u podstaw, a gdy na zewnątrz robiło się coraz groźniej i temperatura rosła, przebywająca w nim kobieta wysunęła już nie tylko palec wskazujący, ale również głowę. Nagle kółka zostały zablokowane. Nie mogłam wycofać wózka.
- Cześć Haj Skromność! – zawołało Dziecko Rosemary widząc stojącą w jednej części portyku  uczelni płonącą figurę przyjaciółki jej matki.
- Jestem w Kongo! – krzyczała profesor.
- A powinnaś być teraz w Dubrowniku! – odparło Dziecko Rosemary rezolutnie. – Oszukałaś moją matkę, boska żmijo! Wyłudziłaś pieniądze od uczelni na prywatny performans.
- Płonę, płonę, płonę. Suck twoją mać, a moją przyjaciółkę. Suck! – krzyczała Haj Skromność, kiedy ruja ognia trawiła już nie tylko jej dłonie, ale również włosy i piersi.
- Czy pamiętałaś, aby zabrać z naszego kościoła wiedzy i władzy swoje rzeczy? Już więcej nie będziesz tu nauczać. Nie myśl sobie. Wszystko powiem Pani Rektor i ona cię zwolni.
- Nie ma co wracać do przeszłości. Co było to było. Co będzie to będzie. Spójrz lepiej na moje nadpalone dłonie, dziewczynko. Teraz one przejmą tu ster.
 Pod wpływem temperatury stosu sławy, który rozpaliła Haj Skromność, głos Dziecka Rosemary zaczął topnieć i okazało się, że pod sweterkiem ukryty został głośnik, przez który wypowiadała się Pani Rektor we własnej osobie.
- Miałaś dostarczyć nam wszystkim koks władzy, a tymczasem gdzie jesteś? Mówię do ciebie z piwnicy większej niż portyk!
Nie był to już głos dorosłej córki,  lecz głos matki ukrytej w córce, skarlałej w ciałku rozbisurmanionej dwulatki, która żywo reagowała na pożar. Dziecko Rosemary klaskało w dłonie i nie sposób było odciągnąć ją od tego spektaklu.
- Pani Patrycjo – nieśmiało jednak przerwałam jej w pewnej chwili tę apokaliptyczną ucztę – czy mogłaby mi pani podpisać delegację, bo chcę już iść do domu. Czas mojej pracy skończył się w zasadzie godzinę temu.
- No dobrze, idź, ale jakie ja mam tu wpisać źródło finansowania, kiedy przyjechała straż pożarna i jeden po drugim stawiają szlabany dookoła szkoły, której zaraz nie będzie?
- Może bijące źródło rywalizacji o sławę, potęgę i władzę?
- Ok, niech będzie.



środa, 11 października 2017

Nie wyprzedzaj!


        

                                                   Barnett Newman, "Eucldian Abbys" 1946-1947



Przede wszystkim żadnego dziekana i żadnej dziekan nie można wyprzedzać na korytarzu. Gdyby jakaś asystentka lub inna osoba wyszła przed szereg - nawet potykając się o stopień czy idąc do sklepu po drugie śniadanie - mogłaby zostać posądzona o to, że niebezpiecznie i samopas zbliża się w stronę rektoratu, a zatem źródła uczelnianej władzy.

                                 Znowelizowana ustawa o relacjach na uczelanich wyższych, paragraf 3, punkt 1.


Było bardzo wcześnie rano, gdy pod biurem rektora zgromadziła się grupa zaaferowanych postaci, ponadto rozżalona, że nikt się nimi jeszcze nie zajmuje. Jedna przez drugą, głośno wypowiadały różne kwestie. Byli to członkowie i członkinie Państwowej Rewizji Akredytacyjnej. 
       - No wiecie państwo co! Skandal! - jedna z nich poprawiła białą perukę.
       - Tak mnie jeszcze nie potraktowano, odkąd wysiadłam z pociągu.... - druga podniosła czarny pieprzyk, który upadł na korytarz uczelni artystycznej i wtoczył się prosto pod biurko kanclerza. O 4.30 mocowała go przed lustrem, żeby dobrze wypaść w składzie oceniającego turnee.
      - Że też mi nikt jeszcze kawy nie podał... - odchrząknął jedyny pan w tym zacnym gronie osób pełniących tak ważne funkcje, że mniej lub bardziej dyskretnie musiały one o ich wadze często przypominać otoczeniu.
      Na przeciw takiemu towarzystwu po chwili wyszła inna grupa postaci. Byli to reprezentanci ocenianego wydziału. W kolejności jak stanęli od kierowniczki komisji: dziekan, profesor i kierownik katedry, adiunkt i może ktoś jeszcze, kto jednak nie dawał o sobie znać w atmosferze ogólnego dymu emocjonalnego na tle wizyty gości.
      Ale zaraz. Była to chyba asystentka dziekańska. Dziewczyna, wydawałoby się, jakaś niewyraźna na twarzy. Blada, choć być może tak właśnie wygląda ktoś, kto w zamian za pieniądze stara się nie przekraczać ram zakreślonych przez definicję funkcji budującej status i wizerunek przełożonej. Choć była tak blisko ciała władzy, brakowało jej rumieńców i jakiegoś takiego glamur. Zamiast tego pojawiała się i znikała jak bycie samo, właśnie jako osoba, nie do końca obecna i przytomna. 
      - Dzień dobry! Przepraszamy państwa, ale już całuję policzek pani ze stolicy województwa x! Widziałem znakomity obraz pani pędzla w galerii, na wystawie indywidualnej w ....gdzie to było...ach, oczywiście, że w Soho. Składał się bodajże z płótna, przez które przebijał kryształ, prawda? To bardzo interesująca i współczesna koncepcja. Proszę mi tylko przypomnieć jaki tytuł nosiła ta praca?
      - "Policzek sinobrodego". To na cześć mojego męża, profesora ASP w Przesławiu. Jak to miło, że jednak ktoś mnie tu w końcu zauważył przez pryzmat mojej sztuki, a nie tylko tej doprawdy okropnej funkcji. Tfu tfu, jak to ciężko oceniać innych. Chyba się z panem profesorem zamienię!
      Ponieważ dziekan sama chciała już czym prędzej zabrać głos przed zgromadzoną publicznością, a nie miała na podorędziu "swojej sztuki", ucieła moment na komplementy i zapoznawcze krygowanie się. Dziwna to była dla niej sytuacja, w której nagle były dwa centra - ona i szefowa Komisji Rewizji Akredytacyjnej, a zarazem do całej sprawy trzeba było podjeść uważnie i nieco ekscentrycznie...co zresztą ostatecznie potwierdziłoby autorytet jej centrum, tak jak potwierdzało zatrudnienie asystentki.
       - To może przejdźmy już do biura rektora i tam omówimy porządek Państwa wizytacji, a potem, ponieważ jestem tu dziekan, ja sobie pójdę korytarzem  prosto, a wy tamtędy, a moja kochana asystentka, poznajcie się państwo, w odpowiednim czasie przyjmie was w biurze dziekańskim i udostępni całą dokumentację.
        Co za obrót sprawy. Co za ambiwalentna sytuacja! Jak renifer na norweskim bezdrożu asystentka dziekańska stanęła w efekcie tych słów w rozkroku. Nie wiedziała czy ma asystować w prologomenie obrad akredytacyjnych czy może już lepiej mentalnie zacząć proces parzenia kawy dla wszystkich. Jeśli zostanie między wrony, być może już nie będzie kochana. Co robić? A państwo na pewno będą udawać, że wcale nie mają żadnych wymagań, a tymczasem w rzeczywistości okaże się, że jeden chce czarną, drugi białą, a tamta z cukrem, najlepiej pół łyżeczki. Naprawdę zrobi się bałagan niemalże podobny tornado z okolic ksero sprzed kilku dni....
          Świeże wspomnienie ożyło. Jakość kształcenia, siatki, tabele, wszystko razy trzy, podzielić przez pięć, osobno i razem, dwustronnie i na zapas, już czasem nawet nie wiadomo było jak...i po co...O, ale tu jakaś kartka wypadła z kolejności kserowania na ziemię i cały misterny porządek wizerunku Wieży Babel dla Rewizji Akredytacyjnej nagle runął. W zasadzie będzie nie do odtworzenia, bo ponadto zaciął się papier w drukarce, a tu kolejka pań przecież czeka do drukowania. Teraz, kiedy to wszystko wyszło, że musi być razy dwa podzielić przez pięć i w osobnych teczkach, na teraz, a oni już idą tu. W tej sytuacji - patrząc pod pewnym kątem bezpiecznej - nawet jeśli schrzani zadanie, na pewno nikogo nie wyprzedzi.
         Śnieg ostro sypał. Nie było zmiłuj się. Trzeba iść pod wiatr z budynku do budynku. Nie można w takiej sytuacji zawrócić i powiedzieć, że babcia złamała nogę, albo ciocia dostała nagły krwotok. O nie! Rada nie rada, wizytacja nie wizytacja, babcia musiała być na chodzie, tak jak ciocia i wszyscy święci musieli być zdrowi. Obecność obowiązkowa musi być łaską, kiedy dzieją się rzeczy, którym przypisywana jest arbitralnie najwyższa moc życiodajna. No, i w końcu asystentka dziekańska...jeśli ona myśli i czuje inaczej, jeśli ona zamiast wyprzedzania woli jednak raczej się wycofać, to jest jest podwójnie męczennicą pańską.  
      A nie zapowiadało się na to. Bo wszystko zaczęło się od kuriozalnego ogłoszenia. 
"Uczelnia artystyczna szuka osoby w rodzaju mebla. Najlepiej takiego lekkiego, jak z Ikei, który w razie potrzeby można przesunąć z jednego miejsca w drugie - tam, gdzie akurat rozgrywa się akcja. Ale i wygodnego. Miękkiego, amortyzującego emocje z wyższego szczebla władzy. W zamian oferujemy okazje 'obcowania z ciekawymi osobami'".
     Zgłosiła się, bo myślała, że chodzi o jakiś performans. Że w dziekancie sernik Azja i jabłecznik Afryka, a pod biurkiem ciekawa książka. Tymczasem nie. Pomyłka. Jeden dziekan kazał do siebie mówić "per panie profesorze", waląc po imieniu do swojej asystentki, inny proponował przejście na "ty". W rzeczywistości nie miało to jednak większego znaczenia, bo relacja zależności i tak wyłaziła na wierzch w strukturze obowiązków. Oczywista sprawa, więc można było ewentualnie jakiś puder partnerstwa na to wszystko położyć, tyle, że spływał po policzkach.
      Idą, właśnie stamtąd wracają. Emanują namaszeniem samego pana rektora. Cóż ja im wobec tego drippingu władzy mogę zaoferować? Przecież i tak nie zdołają przejrzeć wszystkich teczek... a zresztą nie mam najważniejszej teczki. Została w rektoracie. Jak na kredens Violka przystało zapomniałam! Co teraz? Jak odwrócić ich uwagę od meritum?
      - Proszę państwa, całuję rączki. Oto na ścianie u nas w dziekanacie widzicie obraz pod znaczącym tytułem  "Nie wyprzedzaj!". Co państwo myślą, żeby o nim chwilę porozmawiać na koniec państwa wizyty? Jest to obraz namalowany farbami olejnymi. Okej. To prawda. Przedstawia dwie białe linię, jedną ciągłą, drugą przerywaną  na czarnym tle. No dobrze. A ta linia po prawej stronie to linia namalowana w stylu Waltera de Marii, tego co przebywał  na pustyni...chociaż w przeciwieństwie do jego linii ta tu jest permanentna, a nie czasowa. Nie ruszysz jej. A ta po lewej to linia Lyotardowska, nieciągła, zakłócająca porządek reprezentacji. Takie rozgonione linie nie-linie malował też Barnett Newman, nazywając je zipami.
     - Ale my chcemy teczkę....Dlaczego pani asystentka stara się nas oszukać i mówi o obrazie, który jednoznacznie nawiązuje do braku w mojżeszowych tablicach?
     Późnym wieczorem członkowie i członkinie PRA nacisnęli guzik, żeby windą zjechać prosto na parter i wydostać się z uczelni. W okienku było widać ich rozgrzane twarze.
     

wtorek, 10 października 2017

Pierwszy i ostatni dzień w pracy przeżyty we śnie konającego podmiotu, który wkrótce odrodzi się niczym Feniks z popiołów





Façade of the British Museum (źródło: Wikipedia)

W noc poprzedzającą pierwszy dzień w roli asystentki na jednym z wydziałów uczelni wyższej, Ksantypie przyśniło się, że spóźniła się do pracy. Ot, byłaby to klasyka przypadku, gdyby nie pointa, zapowiadająca w zasadzie finalny akcent współpracy.
We śnie miejsce jej zatrudnienia nie było jednak tym samym, co w rzeczywistości –  zamiast administracyjnego pionu uczelni, samo British Museum otworzyło przed nią swoje horyzontalne podwoje! Cóż za awans, cóż za inwersja, pomyślała, pod kołdrą przebierając nogami, starając się nie spóźnić do pracy,  która w ukrytej krasie przepowiedziała jej się w nocnej marze, zmieniającej imiona i nazwiska postaci.
 Dla pracowniczki administracji, instytucja charakteryzująca się majestatyczną architekturą, naśladującą klasyczne greckie świątynie, zaprojektowaną w 1823 roku przez Sir Roberta Smirke, wcale nie jawiła się przyjaźnie. Był to wielki gmach, do którego prowadziło wiele rozłożystych schodów, zachęcających do tego by usiąść na którymś ze stopni, rozejrzeć się dookoła, a niech tam, zjeść fasolkę i jajko sadzone na boczku.
Zagadała do któregoś z gentelmentów.
- Można odnieść wrażenie, ist’t it, że schody zostały stworzone po to, sir, aby wchodziły po nich święte krowy, rozciągając czasoprzestrzeń sympatycznego pastwiska w monotonną nieskończoność kontemplacyjnego modus operandi dżdżystego, brytyjskiego poranka…
Ów gentelman uchylił kapelusz i ruchem splatającym ze sobą porządek dnia i nocy, pod wpływem którego kołdra Ksantypy zsunęła się z łóżka, wskazał niechybnie na drugie tylne drzwi muzeum. Były one przeznaczone dla pracowników administracji przebywających na zarobkowej emigracji. Trzeba jednak zaznaczyć, że we śnie głównej bohaterki droga do muzeum dla wszystkich pracowników administracji była tylko jedna – przez bramki, które zamontowali Brytyjczycy, aby kontrolować czas wejścia i wyjścia pracowników.
Narastającą świadomość poślizgu czasowego podkręcał w myślach Kasantypy fakt, że musiała jeszcze zostawić zmoknięty płaszcz w szatni u Breksitowego! Tego gentelmena przejrzała na wylot jeszcze zanim go poznała osobiście. Można powiedzieć, że miała moment iluminacji, gdy na back yardzie zapaliła skręta. Baran nie powie nic wprost, ale znajdzie sposób, aby grzecznie matacząc i plącząc się w zeznaniach, odesłać ją do Polski.
Ale w zasadzie, uszami wyobraźni już dawno była na miejscu.  Już to wszystko słyszała i wiedziała. Jakby jaskółki wysłane w jej kierunku zza biurka któregoś z działów muzeum (nie mogła zdradzić którego), słyszała znajomo brzmiące zdania. Jakby z ojczyzny sprzed lat, kiedy były jeszcze mityczne zimy stulecia. Zlały się one w jedną kałużę drogi do pracy z przeszkodami, całkowicie zaspakajając jej ciekawość poznawczą:
„Zimą, idąc do pracy, nie lubię chlapy, ale jak jest mróz, jakieś trzydzieści stopni i jest sucho, to możesz wyjść i się opatulić, możesz żyć, coś się dzieje, nie jesteś jakaś taka uwięziona, jak w domu…”.
Wyimaginowany głos z administracji bił jednak z wnętrza głowy Ksantypy, pełnej lęków przed codziennością. Tak bardzo pragnęła unikać stereotypów, a one same osadzały się na torcie jej rzeczywistości. A zatem emancypacja od pozorów wyzwolenia miała już miejsce. Miała już także miejsce zarobkowa emigracja. „Co dalej?” pytała idąc z deszczu pod rynnę wielkiego gmachu.
Właśnie wtedy, gdy Ksantypa przekraczała bramkę – gdy piknęło dla zmokłego wisielca jej ciała zielone światło – w kieszeni jej płaszcza zadzwonił telefon od szefowej działu, w którym znalazła zatrudnienie.
Dzwonek zapowiedział zwięzłą konwersację na temat stanu ducha przełożonej i podwładnej, która wkrótce wyświetli jakiś fragment wydającej jej polecenia służbowe w czołówce sennych widziadeł z serii ciała biegnącego ociężale w przestrzeni stawiającej opór w każdym calu; przestrzeni oporu, którą po ripoście – odnoszącej się w sposób symboliczny przede wszystkim do pozytywnych aspektów obecności Muzułmanów w UK –  trudno będzie przebić nawet rozpędzonemu odrzutowcowi.
 „Damit!” zaklęła Ksantypa, widząc na wyświetlaczu „Hermina K.”
 Jeśli odbierze w tej chwili komórkę to szanse, że usiądzie przed monitorem komputera w biurze punktualnie o dziewiątej, w zasadzie spadają do zera. Między innymi z tego typu „albo-albo” składać się będzie jej praca (tak miała zapisane w obowiązkach).  A do tego przełożona chodzi bardzo późno spać, więc się wymieniają. Doprawdy to alternatywa. Była jakaś piąta nad ranem, Hermina K., wypiwszy swój fajf oklok ti z dwunastogodzinnym opóźnieniem, faktycznie dopiero się kładła, lecz ona Ksantypa, była na standbay’u; właśnie wstawała i serce jej waliło w piersi jak młot. W zasadzie czekała na tę rozmowę.
- Gdzie są moje kapcie, Ksantypa? – usłyszała całkiem przytomny, stanowczy, wcale  niezaspany głos.
A ponieważ dziewczyna wiedziała, że jej szefowa w calutkim muzeum słynie z tolerancji
otwartości na różne kultury, odparła aforystycznie, a może nieco dziwacznie.

- Góra sama nie przyjdzie do Mahometa, Milady.

sobota, 28 stycznia 2017

SKOK NA PERUKĘ




Peruka została ukradziona i ukryta hen wysoko w chmurach. Osobą odpowiedzialną za ten poważny czyn była Barbarella, królowa galaktyki. To, że zrobiła to właśnie ona mogło wyjść na jaw jedynie pod warunkiem, że poszukujący peruki wzbiłby się w niebo i zanurkował  w obłokach, a zatem też był chociaż w pewnym stopniu Barbarellą.

Powiadam „poszkodowany”, a w zasadzie to, co działo się przed atmosferą ziemską, w miejscu gdzie obecnie znajdowała się nasza bohaterka i gdzie dotarło narratorskie oko, było zbyt gęste, żeby jeszcze można nazywać rzeczy po starym imieniu. Trudno było również dostrzec czy to mężczyzna czy kobieta. W filmie Vadima, w materii kontaktów Barbarelli z mieszkańcami kosmosu, było wiele niejednoznaczności i jedno ważne niedopowiedzenie związane z postacią Wielkiego Tyrana – kobiety, która chciała uwieść naszą bohaterkę, lecz ta wolała niewidomego, skrzydlatego anioła! Sztuczne włosy były długie, czarne i kędzierzawe.

Choć czyn był w zasadzie nieklasyfikowanym przestępstwem, o jego bezmiernej powadze decydowały emocje i stan ducha Barbarelli, która post factum stała się kotłowaniną myśli o nim w chmurach. Patrząc z perspektywy miejsca zdarzenia – Ziemi – wyglądało na to, że zadręczała się czymś, co zajęło jej zaledwie sekundę i przyszło z największą lekkością. Nie pamięta nawet dokładnie jak do tego doszło, ale oto tu i teraz że się stało urasta do rangi wielkiego wyrzutu sumienia, który maglowany jest w imadle białego pierza, szarego puchu i ich wzajemnych układów.

Aż w pewnym momencie sama wybuchła śmiechem, jak przy koszmarze sennym, który dla tych, którzy go nie przeżyli może być zabawny. Co miało wyjść na jaw?! Metafizyczny skok na perukę?! To, że jej już nie było na głowie ziemskiej? Pfi! Wielka mi strata.


Gdy wyrzuty sumienia zostały uspokojone bardziej frywolnym nastawieniem, Barbarella wystrzeliła jeszcze wyżej. Choć było tam strasznie zimno, a jej skafander kosmiczny miał spore wycięcie na plecach, wytwarzała ciepło, które równoważyło temperaturę w kosmosie, stanowiącym jej podwórko. Przekręciła się dwa razy w czarnych przestworzach, gdzie błyskały gwiazdy, a słońce stawało się coraz mniej historyczne i parła już tylko na wprost, ze śmiertelną prędkością. Ponieważ cielesny atrybut przestał jej być potrzebny, była teraz paradoksalnym ucieleśnieniem podboju, a wszystkie rzekome przewinienia stawały się coraz mniejsze. Leciała łysa i abstrakcyjna. Białe koło na czarnym tle. Mała kula naprzeciwko wielkiej. I jeszcze drobina smutku wyrzeczenia. Za chwilę zderzy się ze słońcem. Będzie Barbarellą naleśnikiem. Emergency!

niedziela, 17 stycznia 2016

"Kolonizacja"


"Kolonizacja" to obraz, który ma dwie autorki- obie amatorki malarstwa. Rok temu, kiedy powstawał, nie wiele sensownych rzeczy byłabym w stanie na jego temat powiedzieć. Powstawał po omacku, dostał intuicyjny tytuł, właściwie był elementem erotycznej gry. Na etapie produkcji, widocznym na pierwszej ilustracji, brakuje jeszcze mostka łączącego dwie wyraźnie od siebie oddzielone pod względem koloru i wyrazu części płaszczyzny płótna. wkrótce pod mostkiem umieszczony został napis mający dosłowny podtekst, który zainspirował jego tytuł. Napis brzmi: "go and fuck".

Dziś jednak, kiedy nad relacją pożądania zawisła chmura pytajników, obraz nabrał dla mnie szczególnego wyrazu i znaczenia. Uderzające stało się dla mnie to, że malowałam część, z której emocjonalnym wyrazem moja konstrukcja psychiczna  w zasadzie się nie identyfikuję. Przedstawia ona jeden z symboli haitańskiego voodoo, spod którego wyłania się totemiczna twarz zimnej kobiecej bogini. Oba elementy umieszczone są na białym tle z niebieskimi pociągnięciami pędzla. Chłodna w tonach barwnych część obrazu reprezentuje założony dystans ukazanej postaci. Jej symboliczny atrybut z najeżonymi czterema ramionami dziś wydaje się mieć wartość ofensywno-defensywną.

Ciekawe jest to, że płomienie trawiące lewą, utrzymaną w bardzo ciepłych kolorach, część obrazu - malowaną przez współautorkę, zatrzymują się niemalże dokładnie w jego połowie. A są one jakby z piekła rodem... jakby ktoś wyrwał bestii wszystkie zęby i wrzucił je do kotła, a one z niego trzaskały i wylatywały poza obszar rondla niczym prażona kukurydza! Ale reprezentacji zębów tam właściwie nie ma. Jest ona naddatkiem projekcji, czymś na wyrost, co jest mi właściwie. A jednak jawi się fantastycznie w tych płomieniach, które nie są w stanie przedrzeć się na nie swoją połowę. Na tej połowie mieściło się natomiast przedstawienie jakby ołtarzyka z czarną postacią ukazaną w ruchu, skierowaną w prawą stronę, której wartość symboliczną - z podstawowej dla tego prymitywistycznego dzieła perspektywy biograficznej - określiłabym jako dążenie.

Jest to zatem obraz, którego przedmiot oraz tytuł określiły się i zaktualizowały w szczególnych okolicznościach życiowych określonych przez upływ czasu i wspólne życie. Chociaż dziś nie wisi on już na "mojej" ścianie, myślę o nim intensywnie. O tych dwóch nieprzejednanych połówkach, których dostęp do siebie został pewnie zbyt wąsko zdefiniowany, żeby nie mógł zostać utracony... O ograniczeniach odwiecznej międzyludzkiej gry miłosnej w ciepło-zimno. Ale także ewentualnych warunkach przemiany tego, co zostało ukazane jako nieprzejednane - pożądania - w coś bardziej dojrzałego. Nawet jeśli ceną za to miałaby być utrata części własnego terytorium, własnego komfortu życiowego i psychicznego, a także własnego iluzorycznego spokoju.

Wówczas mechanizm kolonizacyjny, równoważony przez mechanizm obronny, musiałby zostać zastąpiony czymś zupełnie innym, a czarny kontr podreślający oddzielność dwóch terytoriów, skruszeć.



Ale równie dobrze obraz ten może być obrazem pewnego niezmiennego status quo. Portretem sztywnego podziału, braku elastyczności i niemożliwości zmiany. Wówczas, z mojej perspektywy, byłby to obraz, który spełniłby się doskonale w funkcji wiedzy wizualnej z zakresu szóstego zmysłu co do początku i końca, które są kluczowymi etapami tak ważnych biograficznych wydarzeń, jak związki między ludźmi, między kobietą i kobietą, kobietą i mężczyzną itd. Zastanawiający jednak w takim wypadku i pełen wypieranej niezgody na rozpad, pozostaje element empatyczny obrazu, tj. sytuacja "wymiany stornami" podczas jego tworzenia. Może świadczyć ona o głęboko ukrytym "drugim dnie" tego, co znaczeniowo rozpoznajemy jako "gorące" i jako "zimne" - o ich nieodwołalnej komplementarności ponad obojętnością.

Ten obraz pozostaje jednak dla mnie zagadką.

                                                                                                W chmurze pytajników z poważaniem.