sobota, 10 grudnia 2011

LIST DO PANI GRAŻYNY KULCZYK





Szanowna Pani, mój sen:

Rzecz dzieje się w korytarzu wielkiego budynku. Jest w nim mnóstwo sal wykładowych, w których tłoczą się słuchacze i gdzie trudno się połapać, czego dotyczą wykłady. W każdym razie ja zmierzam na wykład o sztuce amerykańskiej.

Z Panią mijam się w przejściu zaaranżowanym na handlową wystawę do posiedzenia. Spoglądam na małą czarną torebeczkę położoną na krześle, a wtedy Pani powiada „Chodź do mnie. U mnie dostaniesz taką torebkę za połowę ceny. Ba, za jedyne 11 zł.” Trudno mi uwierzyć, aby skórzana torebka od Christiana Diora mogła kosztować tak niewiele. Wydaje mi się, że sytuacja jest snem i już chcę iść dalej, kiedy Pani z ziemi po ścianie chyżo dostaje się na sufit i przemawia do mnie głową zwieszoną, do góry nogami. Wiele w tym pomysłowości i dynamizmu. Znacznie bardziej mnie Pani interesuje w ten sposób zwracając moją uwagę niż gdy oferowała mi tamtą torebkę.

Zwłaszcza odwrócona twarz, której można się przyjrzeć dokładniej. Twarz otoczona nimbem powietrza spoza dusznej społecznej przestrzeni. Już wtedy, gdy zdałam sobie sprawę, że rzadko komu nadarza się okazja takiego widoku, narodziła się we mnie idea, żeby napisać do Pani list. Gdy patrzyłam, twarz przestała mówić i nagabywać mnie. Przestała się niepokoić i było coraz czystsze fenomenologiczne połączenie między nami. Jakieś wpływowe persony tłoczyły się do wygenerowanego przeze mnie widoku, ale ogłuszane subiektywną wizją  nie docierały do samej twarzy, lecz zalepiały jej obrzeża z odległości.

Sen się skończył i obudziła się potrzeba pisania do możnych tego świata. Podobnie jak to miało miejsce w XII wieku, kiedy Hildegarda z Bingen pisała do Fryderyka Barbarossy, króla niemieckiego, w sprawie fundamentalnej dla jej czasu. Pani Grażyno, niewątpliwie jest Pani ikoną Poznania, ale rzadko kiedy można Panią widzieć i właśnie ten fakt drobiazgowo zapada w pamięć. W moim śnie – jednym z wielu snów w mej kolekcji – jest Pani ikoną inną niż Marylin Monroe i pewno już bliżej Pani do ekstrawaganckiego i nieśmiałego zarazem Andy Warhola. Pełną fluorescencyjnego spokoju.  

Wszystkiego dobrego na święta i Nowy Rok,
Ewelina Jarosz 

poniedziałek, 5 grudnia 2011

WYJEŻDŻAMY Z OWCĄ NA SYBERIĘ






Stowarzyszenie Sybiraków zaprosiło mnie i Czarną Owcę na wielotygodniowy plener „ZESŁANIE”. W 5 minut spakowałam walizkę, nie zapominając nasypać trochę karmy wegetariańskiej do bocznej przegródki. Nic mnie tu przecież nie trzyma. Polska jest naprawdę trudnym krajem, czasem nie do wytrzymania. Zaproszenie nastąpiło po tym, jak ogłosiłam, że dla mnie tylko S-y-b-e-r-i-a. Stowarzyszenie zapewne chce mi pokazać, że ja nie wiem co mówię. Nie będę się tym jednak przejmować, bo to ludzie na swój sposób przecież dojrzali. Ponieważ jestem przekonana, że będzie mi tam dobrze, mam wytrysk co pięć minut i to wystarczy.

Owca pomaga mi pchać toboły, dlatego mogę pozwolić sobie na kilka słów pożegnania. Kochani, przez prawie cztery lata mieliśmy szansę bliżej się poznać, lecz nie skorzystaliśmy z niej. Tempo współczesnego życia jest przerażające. Człowiek nie nadąża, a ten niedoczas dotyczy zwłaszcza spraw najważniejszych. Do tych należy bliskość z drugą osobą. Życie przemija, ani się nie obejrzysz, a się skończy. Ludzie częściej wolą mieć nas pod kontrolą, pod sobą niż widzieć jak w świetle księżycowej pełni szykujemy się na plener. A ja właśnie chcę powiedzieć, że jeśli jeszcze będę gadać to mi pociąg zwieje.

No to ten tego, dowiedzenia. 

sobota, 3 grudnia 2011

Murzyn z Hif



Jak Afrodyta z wody z jeziora wyłonił się Murzyn z Hif.  Z brzegu było tylko dwa kilometry do Łodzi i jakieś trzy minuty do przystanku; a znacznie dalej do Poznania, mimo, że do niego należy to miejskie jezioro.

Kiedy przechadzał się w słońcu po piaszczystym brzegu, było tak, jakby statek sunął przez oświetlone brzegi Tamizy. Już prawie prawie na miejscu, ale jeszcze siermiężnie nie dziś…

„Znam go” powiedziała do mnie jedna blondynka zrzucając kąpielowy strój w przebieralni „Może nie wygląda, ale lubi dziewczyny zupełnie oryginalne i psychicznie silne, nie takie jak on”

„Czy chcesz mi przez to powiedzieć, że on przychodzi do wody wypływać swoją chorobę?”

„Tak, ona mu spływa po barczystych mięśniach i zwartych pośladkach”

I nagle wszystko stało się jasne i zrozumiałe. Nie trzeba było żadnego tłumacza kodu ani wyższego rzędu heurysty, aby domyśleć się, że mimo choroby Murzyna ciągnęło mnie do niego. Nie chciałam trzymać się z boku. Byłam kobietą, a on mężczyzną.  

GŁOWA




Mieć głowę pustą od dat
Przez którą przezimują lot ptaki
Mieć głowę lżejszą niż nogi
Wiatr przemyca inne głowy
Mieć głowę zaśnieżoną
I do snu pokrytą zaspą lat
Długą jak firana do ziemi
Bez przerwy z widokiem na
Liściem spowite podglebie
Mieć głowę odciętą nożem
Cwałującą po podłodze
Patataj!

wtorek, 22 listopada 2011

TU RZĄDZI GABRYSIA (pamiętniki pensjonarki na emigracji)




Dzień 1
- A ta Gabrysia to dopiero kolekcjonuje ludzi…
Schody poniosły głos starej, usadzonej na kuchennym stołku kobiety aż do wchodzącej po nich gospodyni i dziewczyny z dużą, niebieską walizką.

- Tu jest twój pokój. Nie mam jeszcze zasłonki, więc opuszczaj ten kawałek materiału. Tam na prawo jest łazienka. Jutro sobie kupisz papier. Na noc wyłączam centralne, więc teraz niech się pokój nagrzeje.
Na twarzy wypowiadającej się nerwowym tonem kobiety o kasztanowych włosach nie było już śladu urody, którą znać było na licznych rodzinnych zdjęciach portretowych zawieszonych na ścianach prowadzących do jej pokoju. Była to raczej twarz podniszczona stresem i jakimś rodzajem przeczuwanego wyczerpującego lenistwa.
  
Dzień …
- Gdzie byłaś?
- Przed domem, zapalić papierosa.
- Nie pal tam. Mam strasznie wredną sąsiadkę. Nie może wiedzieć, że u mnie mieszkasz. Zaraz to zgłosi, a ja nie podpisałam z tobą umowy.
- A to nie mogę być w roli dalszej rodziny w razie czego?
- Chodź na górę, pokażę ci miejsce, w którym możesz palić.
Wchodzą na trzecie, ostatnie piętro domu. Dziewczyna dostrzega na plecach pani Gabrieli, w przerwie między gumką od zielonych spodni dresowych i zakończeniem pomarańczowej bluzki, tatuaż. Jest jednak ciemno i trudno dostrzec, co przedstawia. Kobieta zapala światło.
- Tu będziesz zdejmować klapki i nakładać czerwone sandały.
Na tarasie jest stolik, przy którym obie stają.
- Jeśli już musisz palić, to tu stoi prowizoryczna popielniczka z wodą. Ja nie palę tego świństwa od 30 lat, ale moje koleżanki czasem palą.
Dziewczyna zapala papierosa. Pani Gabriela siada na krześle i bierze się za konserwacje mebla, który znalazła na wystawce.
- Potem dam ci do szafy mydełko, żeby tam nie śmierdziało. Pół mojej rodziny umarło na raka. A fuj! Tylko jak pranie tu będzie stało, to odejdź dalej z tym papierosem.
- Mogę w ogóle iść na drugą stronę tarasu.
- Nie, nie musisz. Spokojnie. Jak nie ma wiatru to nie doleci.

Dzień…
- Wychodzisz dziś?
- Tak.
- A gdzie?
- A dlaczego pani pyta?
- Ponieważ mam wagon papierosów do sprzedania. Może twoi znajomi palą? 4 funty za paczkę.
- O nie, to zdecydowanie niepalący ludzie.

Dzień…
Od 5 rano pani Gabriela lepi w kuchni pierogi, natomiast od południa robi kluski śląskie.
- Iza, Zosia i…ta trzecia, chodźcie.
Do pokoju dziewczyny puka Zosia.
- Mama przesyła kluski.

Dzień…
- Wszystko tylko nie to – pani Gabriela zaczyna swoją gawędę. – Ja wiem, że ten kubek jest duży i bardzo fajny, ale on jest mój.
- Czy ma pani może pożyczyć konwerter?
- Dam ci jak znajdę. Acha, muszę recycling wynieść. Przypomnijcie mi wszyscy, bo w zeszłym tygodniu tego nie zrobiłam.

Dzień
- Czy ty dzisiaj gdzieś zamierzasz wychodzić?
- Nie, wciąż jestem chora, a co?
- Jak byś miała zostać na noc u jakiejś koleżanki, bo nie mówię, że u narzeczonego, to daj chociaż znać. Jak ktoś u mnie mieszka, to ja czuję się poniekąd odpowiedzialna. I otwórz okno w pokoju, żeby nie było duszno i żeby wywietrzyć zarazki. Mały się w nocy obudził i kaszlał. Jeszcze by tego brakowało, żeby się dziecko rozchorowało! Iza musiała do niego schodzić. Acha, wczoraj zostawiłaś na korytarzu plecak i buty. Myślałam, że się prze-wró-cę!

Dni zaczęły się zlewać w jeden bombastycznie dziwny dzień o nazwie „emigracja na emigracji”. W domu coś zaczęło strasznie śmierdzieć. Jakby rozkładające się surowe mięsko, przed którym ryżowy worek nie jest w stanie nas zabezpieczyć. Chociaż nikt go nie zamierzał smażyć, z samego rana włączała się czujka przeciwpożarowa i buczała głośno w niezrozumiałym języku. Podobnie język angielski w wykonaniu Hindusa może być niezrozumiały, gdy Hindus dzwoni z Indii do Anglii i próbuje wytłumaczyć zasady podłączania dodatkowego komputera pod internetową sieć domowa. Trwa to i trwa. Cały miesiąc i dłużej. Przeziębienie nie wybiera. Śmierć bobasa nastąpiła w sekundę, w straszliwych męczarniach. Konwerter raz był, a raz go nie było.  Mnożyły się za to domysły o ilość zużytych kropli wody w małej kawiarence pensjonarki oraz pytania o jej wychodne na ksiuty, co wraz z okrutnym rodzajem czułości, przejawiającej się przez negację i jej natychmiastowe, łagodzące zaprzeczenie, znów było dniem o nazwie „emigracja na emigracji”.  „Czy mogę…” „Nie, to chyba nie jest najlepszy moment…” „Chodź, wracaj, przecież ja tylko tak gadam”. Największa łaska pani Gabrieli? „Ja tylko tak gadam, żeby gadać. Jak się wygadam, to przestanę. Nie trzeba zwracać na to moje gadanie uwagi. Już nie gadam. ”

wtorek, 8 listopada 2011

SPOWIEDŹ



Przyjmij, księże biskupie, moją spowiedź w formie jaką dla niej zaproponowałam. Amen.


Goście poproszeni, aby przenieść się z nad brzegu jeziora na wzgórze, gdzie w wynajętej sali odbywa się przyjęcie komunijne - pies mnie pochapał! Także i wy, koledzy i koleżanki z pracy, słuchajcie uważnie: nie wynajmujcie żaglówki, jeśli obawiacie się, że złapie trzeszczący wiatr w żagiel i zbyt prędko posunie w stronę naprzeciwległego brzegu. Ciasne widoki ozdobionych bibliotek ustąpcie widokowi światyni, smażalni ryb i sklepowi z wydłużonym dachem, na który ten pies nauczył mnie skakać.

Muszę kupć krem w jednym z waszych sklepów. Muszę uklęknąć, nasmarować kolana i wargi. Nie było czasu na wydłużone marzenia, na przyzwyczajenie, na przekonywanie. Zaatakował mnie po raz wtóry, ponieważ wziął mnie za aktrakcyjny wiatr, który w tym czasie przerzucał przez jezioro tęcze. Duży, szary pies o wysuwających spod siersci bąblach policzków jak u człowieka. Przypomniał mi o Dizzy Gillespie. Skakał wysoko i mnie nauczył skakać. Kłapał paszczą jak w zabawie, ale skąd mógł wiedzieć, prosze księdza, że chapał.

I wtedy zaczęłam skakać naprawdę wysoko... Przestałam słyszeć szum jeziora i głosy koleżanek, które opowadały o tym, że potrzebują czasu, żeby się przyzwyczaić do nowego partnera. Z różnych względów, wie ksiądz... Tymczasem nie było wysokości, na którą nie sięgnąłby ów pies. MIał zgrabny tyłek, bardzo długie nogi i tyle w sobie energii.  Przyznaję, wskoczyłam na dach Społem, ale całe szczęscie, bo przez chwilę przestał mnie widzieć.

Ksiądz się pewnie zastanawia, czemu ja mówię o tej wysokości. A bo mnie się to skojarzyło z podróżą z piekła do nieba i z nieba do piekła. Proszę mi nie dawać rozgrzeszenia. Nie mogę wrócić na ziemię. Albo wrócę, wrócę i siodę na chodniku, żeby mnie rozszarpał. Ale wtedy, myślę straci zainteresowanie, ponieważ przestanę skakać. Mam twarz w dłoniach i nie widzę tęczy. Ksiądz wie, co to jest kichnięcie? To proszę teraz kichnąć, bo chciałaym wyleć z kościoła jak z procy.

niedziela, 6 listopada 2011

POKOŁYSZ GO, ALBO ODERWANA MATKA




Scena końcowa filmu Rosemary’s Baby (1968) umieściła mnie na przestronnym łożu -  w roli nałożnicy Nieoczekiwanego. Pierwsza, której się to przydarzyło, była oczywiście Rosemary, co daje mi przewagę i wrażenie, że mogę coś z tym zrobić. 

Odwiedziny, jak pamiętamy, nastąpiły pod pokładem targanej sztormem łodzi, gdzie główna bohaterka dostała się na rozkołysanej tratwie snu.  Umysł kobiety, odurzony deserem podsuniętym przez wścibką, uwikłaną w kult Szatana sąsiadkę, Minnie Castevet, wytwarza  jedyną możliwość podglądu (preview) prawdziewej fizjonomii Pana Ciemności, albo może jego dziewczyny, Bestii. Ciało ma w każdym razie wyolbrzymione, zwięrzęce. Szatan Rosemary ma wielkie szpony zakończone ostrymi pazurami; jest kosmaty, a jego oczy świecą czerwonym światłem. Te fragmenty folklorystycznej wyobrazi tworzą obraz niejako wymuszonej na świadomości Rosemary fantazji na temat nadprzyrodzonego charakteru stosunku seksualengo. Tyleż męska, co kobieca fantazja nie była by jednak dla nas zbyt interesująca, gdyby nie fakt, że składa się ona na ikonografię psychologicznie bardziej złożonej sceny.

Co czyni film nieśmiertelnie atrakcyjnym i pociągającym to obraz prostej, czarnej kołyski, do którego od początku zmierza akcja filmu. To właśnie w finalnej scenie, rozgrywającej się w apartamencie państwa Castavetów, widzowie - jako część Nowojorskiej socjety satanistów, nieco próżna, wygodna publiczność - towarzyszą Rosemary, którą kieruje pragnienie ujrzenia swego dziecka. ... Albo znajdują się tuż za jej plecami, przed ostrzem trzymanego przez nią kuchennego noża, dokładnie z tego powodu, że nie pomieścili się w zasłoniętej kołysce. Niewątpliwie to scena Niepokalanego Począcia arebours powraca. Tak jak Rosemary wcześniej dryfowała ku swemu Przeznaczeniu, pozbawona woli, by odwrócić kolej rzeczy, tak widz - podekscytowany narastającym z każdym zbliżającym do kołyski krokiem napięciem - oczekuje na zupełnie białym matracu, po którym najprawdopodobniej musiał przebiec czarny robak. Nie wiadomo czego się bać, skoro jest rzeczą mało pewną, że coś czmychnęło i być może okazja już się nie powtórzy, że tuż za progiem sypialni stoi przecież Ktoś, kogo już gdzieś poznaliśmy. Czy spełni to, co napiętrzyła wyobraźnia w trakcie jego nieobecności, czy rozczaruje?

Groźba rozczarowania wciąż wisi nad Rosemary, która również spowiada się dość często, wypowiadając zaklęcia-modlitwy w imieniu swego Dziecka: Nie martw się mały Andy lub Jenny.  Starając się chronić to, co społecznie akceptowalne, władając męskimi i żeńskimi imionami Dziecięcia jak sterem, który może przywrócić stateczek na morze normalności, pozwolić schronić się w znajomym porcie, zaczyna zdawać sobie sprawę, że pewna społeczność weszła z nią w konflikt, ponieważ stanęła na jej drodzę do realziacji ideału szczęściwej i normalnej rodziny. Bez skrupułów potraktowana jako instrument począcia Syna Szatana, na swoim ziemskim materacu gotowa jest zmierzyć się z tym, co ją przeleciało w otchłani snu, czy będzie to robak mniejszy, czy większy. Gotowa jest uchylić załonę kołyski i uchwycić jego nie-ludzkie kształty. Gotowa jest być dla niego Nieoczekiwaną Matką.

Po pierwszej wizycie u Romana i Minnie Castavetów, Rosmary pyta swojego męża, Guy’a, czy zauważył, że ich dobrotliwi sąsiedzi zdjęli ze ścian obrazy, że powiesili mniejszy na miejscu większego. Kiedy wkracza do ich apartamentu jako Matka Adriana, na korytarzu z ukosa widzi obraz przedstawiający płonącą świątynię, dalej w jendym z mijanych przez nią pokoi, również pod kątem i bez możliwości dokładnej identyfikacji sceny, widzi obraz, ukazujący najparwdopodobniej grupę czarowników. Kiedy wkracza do salonu, głosy zdziwienia i odksztuszenia brzmią mało spektakularnie, ponieważ wszyscy wiedzą, że ten moment musiał nastąpić. Jest to scena fimowa, kadr, nie obraz. Malarstwo, które zapewniało jej poczucie realności w tej sytuacji, „pchnęło” ją w samo serce uczestwnictwa w satanistycznym sabacie.  Zamknij się. Jesteś w Dubrowniku Rosemary jest stanowcza, gdy ktoś próbuje ją powstrzymać. Co spodziewa się zobaczyć w kołysce, kiedy Andy i Jenny okazują się rojeniami? Czy na dnie jej serca nie żarzy się najgorętsze uczucie względem oczekiwania? Takie wyjaśnienie wydaje się całkiem sensowne, biorąc również pod uwagę to, jak bardzo obawia się zawodu. To dlatego moment podchodzenia do kołyski rozciąga się na cały film. I kiedy Roman Castavet prosi Rosemary, aby pokołysała Syna Szatana, który wystąpił z piekieł, aby począć dziecko ze śmiertelną kobietą, ta wreszcie wydaje się być szczęśliwa i spokojna.

sobota, 29 października 2011

CZARNA STACJA







Wszystko, czego w tej chwili zdecydowanie potrzebowała, to długi kabel do mikrofonu. Za jego pomocą mogłaby wytyczyć dodatkową linię metra w mieście, w którym każda stacja była aż nazbyt dobrze oznakowana.  Gdy tylko go dostanie, wykreśli nowy szlak na poddziemnej mapie tak, aby połączenie z żadnym przedszkolem, bankiem i wielkoskalowym biznesem nie mogło konkurować z połączeniem z Czarną Stacją. Wszędzie wokół pełno było grajków, którzy zarabiali na swych wielokierunkowych talentach. Czemu by nie zanucić czegoś na ten temat, uchwycić ich niezauważalną na codzień obecność?

Skoro Czarna Stacja gubiła się w plątaninie krzyżujących się kolorowych linii, ludzie nie byli poinformowani o źródle energii. Na ułamek sekundy wychwytywali jej nazwę, którą szybko tracili z oczu, ponieważ w pobliżu zawsze mieściła się jakaś większa stacja, lepiej skomunikowana z innymi. Otwierane i zamykane drzwi znurzonej w podziemnym korycie kolejki wyrzucały na platformy partie zdezorietnowanego tłumu, którego pośpieszny ruch został dość precyzyjnie wytyczony. W takich okolicznościach nie było ani zbyt wielu możliwości ani czasu, żeby rozejrzeć się ba boki i rozpakować jakiś fragment rzeczywistości. Mnóstwo takich usuniętych, pozornie transparentnych kawałków wisiało w powietrzu.

Tymczasem to szczególne, i niejako narzucone przez pewien rytm życia, kolektywne wyparcie, dotykające świadmości każdego, kto znalazł się w L., umożliwiało funkcjonowanie całego jego bujnego i uporządkowanego zarazem podziemia. A bez podziemia – kto zaprzeczy? – nikomu nie byłoby łatwo na powierzchni. Zrobiłoby się jeszcze bardziej ciasno...zapanowałby poziom nieznośniego poirytowania bez możliwości jego werbalizacji. To, czego oficjalnie nie było na mapie, lub zaledwie zostało na niej zasygnalizowane, cyklicznie powracać musiało zatem kanałem świadomości indywidualnej, odciążając całą sytuację. Właśnie miało to miejsce w przypadku klubowej piosenkarki, która przyjechała tu na gościnne występy.

Jej najnowszy kawałek nosił tytuł „Czarna Stacja”. Dziś, późnym wieczorem miała odbyć się jego premiera w jednym z jazzowych klubów na Soho. Kolejne zwrotki próbnie przesuwały się przez głowę i docierały na miejsce jeszcze zanim ona tam dotarła. Nie była to piosenka o miłości, lub raczej, nie tylko o niej. W refrenie ni stąd ni zowąd pojawiała się Elektorwnia, do której niewielu udaje się dotrzeć podczas krótkiej wizyty w L. i nikt też nie wie, że to właśnie ona dostarcza ludziom energii do zwiedzania. Tym, którzy tu pracują zabiera ją i przekazuje rozkołysanym zakochanym. Wgnieceni w ziemię stanowią jej negatywny bilans, który znów pojawia się w drugiej zwrotce. Ktoś postanawia odnaleźć Czarną Stację, lecz zatrzymuje się w półdrogi i zawraca. Piosenka jest zatem metaforą potężnej mobilizacji życia naznaczonego jakąś katastrofalną beznadzieją, jednak z dużym akcentem humorystycznym, ponieważ życie, o którym opowiada, przeżywane jest z perspektywy za krótkiego czarnego kabla do mikrtofonu.

I’m standing on a platform i palcem wskazuje na rozblyskujący w ciemności jaskrawoniebieski neon jazz club’u, w którym wkrótce ma się odbyć koncert. Przed klubem ciągnie się kolejka dość elegancko ubranych osób, a po ulicy przetacza pełno poprzebieranych ludzi. W końcu jest Holloween. Black Station is continously black. Mamy tu zombie, trupy w różnym stanie rozkładu, powieszonych, poderżnięte gardła, seksowne czarownice i towarzyszące im wypięte jak dynie męskie brzuchy. Mimo wesołych nastrojów, można odnieść wrażenie śmiertelnej nudy w towarzystwie popularnego święta. Just Electro-station, is what I’m up to, a przebierańcy śmieją się, ponieważ udało jej się znaleźć kawałek czarnego kabla, którym wymachuje na wszystkie strony, na chybił trafił, smagając ich po twarzach, sięgając po tamtych...po czym jej twarz pochmurnie gaśnie, a kabel położony na chodniku układa się w regularny wzór skrótu do Czarnej Stacji.

wtorek, 4 października 2011

OPUSZKI PRZEDWYBORBCZE



Starte od kartkowania stron, wyślizgane od stanowienia powierzchni między dłonią a czołem, miały niebawem ująć długopis, co do którego aktu istniała duża wątpliwość, czy się nie wyślizgnie z przechowywanego w głowie notatnika „do zrobienia”. W kulturze istot pozbawionych jednego wydalniczego układu, takich jak on, Ojczyzna jest świeża z rana, we dnie w nocy, zawsze tobie ku pomocy, dlatego wizja  wilgotnego monogramu spinającego kilka rzeczywistości na raz, w którą co chwila przeobrażała się decyzja wykonania inicjałów na papierze, wybudzała go z prawie żywego stosunku do zbliżających się wyborów.  

niedziela, 4 września 2011

BAROK





W magazynie, w skrzynce za regałami, ich Bibliotekarz przechowywał specjalne broszury dotyczące sztuki barokowej.  Były to cienkie zeszyty monograficzne poświęcone różnym obiektom artystycznym, jednak nie cieszyły się, jak zaznaczył wyłaniając się zza skrzynki, estymą w tym środowisku naukowym. Twierdził, że jest gotów wypożyczyć jej wszystkie numery, jeśli tylko zrobi z nich dobry użytek. Zaczęła je zatem przeglądać  i spośród stu tytułów, z których każdy odmieniał słowo „barok”, wybrała trzy: „Całowanie barokowego chłopca”, „Barokowy katolicyzm”, „Barokowy ołtarz satanistyczny”. Dobrze oddawały klimat najbardziej współczesnych czasów, a w samo słowo „barok” wmawiały niepokojący dreszcz.
      Za tym wyborem kryło się jednak coś znacznie więcej, czego podczas samotnego przesiadywania w bibliotece nie była w stanie przewidzieć ani zrozumieć – nawet wtedy, gdy wreszcie nastał dzień Wielkiego Święta, do którego z zapałem przygotowywali się Przyjaciele z Naukowego Towarzystwa Jezusowego.
      Trzy zeszyty niezwłocznie jednak wręczyła nowej, młodszej koleżance podczas spotkania. Była ciekawa, jaki użytek będzie ona wstanie zrobić z wiedzy z nich zaczerpniętej i czy w ogóle zamierza wcielić w życie treść jej odkrycia. Ono, podobnie jak trwające od kilku dni równoległe intensywne zabiegi, starania i troski Towarzystwa (od których bynajmniej nie była uzależniona), wykraczały poza zabytkowy budynek Szkoły w postaci przenikającego całe miasto złowróżbnego nastroju. Obejmował on rozlegle tereny: poszczególne bloki        niektórych osiedli miasta, lecz zwłaszcza przestrzenie mentalne ich mieszkańców.
      Spotkanie z koleżanką miało miejsce na wzgórzu. Zaczęło się gdzieś na skrzyżowaniu dwóch szerokich i pustych tego dnia ulic, w świetle zachodzącego słońca, którego efektów nie powstydziłby się reżyser „Top Gun”. Założyła, że rozbudowane uroczystości odbywać się będą w dolnej części miasta – w pierwszej kolejności zostaną przesunięte na tereny wyścigów psów rasowych, przechodzące w bagnisto-zielone, rozległe łąki. To irracjonalne założenie potęgowało głębokie przekonanie, że koleżanka uchwyciła sens nauki jeszcze zanim zdążyła otworzyć broszurki. Mając je w ręce, powiedziała: „podobnymi posługują się świadkowie Jehowy”. W świetle zachodzącego słońca barwa jej głosu, pełna zdecydowanej afirmacji dla nowej odsłony życia , delikatnie oddzieliła się od treści wypowiadanych słów.
       Wielki półokrąg obejmował zatem twarze przyjaciółek, przesuwając je coraz niżej do miasta falą rozgrzanego, ciemniejącego powietrza. Nie liczyło się nic ponad tę pustkę na ulicach. Żadne drzewo, ani żaden liść nie były również w stanie rozproszyć napięcia, które związało im języki na mocne, wężowe supły i uniemożliwiło spodziewaną dyskusję z naukowymi zeszytami w tle.  Ktokolwiek stanąłby na tej drodze – odrealnionej linii wiodącej do szarego bloku, w którym nie mieszkał żaden świadek Jehowy; drodze, która była ścieżką zwycięstwa i wielkiej siły miłości, usianą kilkoma wybojami porażek – niechybnie zostałby na niej niezauważony.  Gdyby tylko Przyjaciele z Naukowego Towarzystwa Jezusowego nie zwęszyli, że ta przeznaczona dla uroczystego pochodu droga została skalana. Gdyby tylko nie wznieśli rąk i nie skierowali swych wołań do Jedynego Boga…
      Pierwsze padło zatem ostrzeżenie z zewnątrz. Przekazał je mężczyzna w krótkich spodenkach w kratę, schodząc ze schodów łączących jedno podwórko blokowiska z drugim. Dopiero wtedy dziewczyna zauważyła pospiesznie i jakby na zapas głaskanego przez właściciela psa. Dzieliło ich jakieś 50 lub 100 metrów, lecz lśniąca wściekłym, pomarańczowym blaskiem sierść zwierzęcia dawała się odczuć na ciele  mimo odległości. Wtedy stało się jasne, że każde wydarzenie nie wpisane oficjalnie w program Jezusowego Święta kolidowało z nim, zakłócając jego rozproszony, wszechobecny przebieg. Dopiero wtedy dziewczyna spostrzegła, że właścicieli z psami na smyczy jest wokół więcej i że każdy niezbyt nachalnie, ale przez to potęgując nieznośne nieporozumienie, przyglądał się im z ukradła w glorii i sile czworonogów.  Gdyby któryś z nich miał zostać spuszczony, nie byłoby dla nich ucieczki. Należało jak najszybciej wrócić do mieszkania na ósmym piętrze.
        Tamta musiała to wyczuć, ponieważ w jej oczach widać było przerażenie.
       - Czy nie będziemy już dłużej rozmawiać o sztuce barokowej? – zapytała, choć dotychczas nie padło żadne zdanie na ten temat.
       - Ja ciebie przepraszam, ale robi się późno i muszę już wracać do domu.
       Została sama przed pordzewiałymi drzwiami windy. Nacisnęła guzik, lecz coś było nie tak – winda nie przyjeżdżała. Nagle parter ruszył w górę, betonowa posadzka uniosła ją tak, jakby była windą, aż do połowy wysokości parteru. Stąd mogła widzieć pierwsze piętro. Drzwi do mieszkań zapisano białą kredą imionami Kacprów, Melchiorów i Baltazarów.  Ich rzędy mnożyły się, jeden pod drugim, różnymi charakterami pisma lakując wszystkie podwoje. Musiała to być godzina „zero” Święta Towarzystwa Jezusowego; chwila, w której należało oddawać cześć Istocie Wyższej, aby uchronić się przed jej gniewem.
      Bóstwo trzęsło ziemią u podstaw. Ołtarz wznosił się coraz wyżej, mijając kolejne zabarykadowane drzwi. Nie można było o tym nie myśleć, dać się temu, lecz myśli skupić na godzinach otwarcia biblioteki. Jutro wszystko opowie uwijającemu się wśród ksiąg mniejszych i większych Bibliotekarzowi. Opowie o tym, czego na własnej skórze dowiedziała się o baroku.

sobota, 13 sierpnia 2011

Strefa bunkra

Czerne niebo Gargamela
It was all alala wright
Szrama na grzbiecie Klakiera
- All alala wright!

Szara strefa
Jestem w niebie
Szanuj moją grę
W twoim bunkrze
Gdzie na kółce
Jedzie skrzypco-flet

„Tak” w końcu górnym „tak”
Mówisz gdy grać zaczyna
Stół jest w bunkrze a na stole

3.8 w 1 stronę,

maszeruję

wtorek, 26 lipca 2011

EGZOTYCZNE ROBAKI (odcinek pilotażowy)





- Zróbmy imprezę pt.: „Egzotyczne robaki”!
Patsy pogłaskała się po nasłonecznionym brzuchu. Chciała kręcić serial. Szukała filozofii. Szukała inspiracji. Życie było jedną wielką zagadką…
- Ja będę najbrzydszym egzotycznym pająkiem i nikt nie będzie do mnie podchodzić na tej imprezie – zaczęłam od końca. – Będę mieć sześć par włochatych odnóży, którymi będę głaskać twoje tłuste sutki.
- Wspaniale, miś. Moje sutki już wysuwają się do głaskania ku tobie. Jestem wijącą się tropikalną glistą. Chodźmy na Monciaka. Nakleję na siebie mnóstwo pomarańczowych światełek odblaskowych i będę cię nazywać Metaphisicus Gigantus.
- Zgoda, Patsy, ja będę się do ciebie zwracać Puniceus Optimus Aureus. Kogo jeszcze zaprosimy na tę imprezę?
- Inne łacińskie nazwy!
- Już  to widzę,  uciekają przed nami turyści. Chyba musimy nakręcić odcinek pilotażowy, żeby coś im wyjaśnić.
Słońce schowało się za chmurką, jakaś robota na nas obie gdzieś tam czekała, ale kręcenie serialu było mimo wszystko czymś, czego nie sposób było uniknąć. Czułam, jak moja wyjałowiona wyobraźnia dostaje smsy z zaświatów prehistorii.
- Narodziłyśmy się na Helu, pod zatłoczonymi stolikami smażalni ryb.
- Albo w beczkach, jakie Niemy zatopili na dnie Zatoki.
- I któregoś dnia wyłoniłyśmy się z piany Bałtyku, ty, ja i inne egzotyczne robaki. Olkus Kar Wai Superbus czekał na nas na brzegu z ręcznikiem w mackach pokrytych parzydełkami, z których każde opowiadało własną wersję historii Sopotu.
- Wszyscy pozostali od razu wpadli w popłoch, stracili grunt pod nogami i orientacje w terenie.
- Zasialiśmy zwątpienie w umysłach bogatych, sopockich turystów. Chodźmy już do restauracji. Mam ochotę zamówić specjalność szefa kuchni.
- szef kuchni przynosi ci specjalność, a ty zjadasz talerz, obrus i jego.
- i głaszcze się po odwłoku, bo tak mi smakuje.
KONIEC ODCINNKA PILOTAŻOWEGO
Autorki: Patsy Stone i Serafit.

sobota, 16 lipca 2011

AWIONETNICA




Awionetki bombardowały pozostałości zrujnowanych murów klasztornych, pośród których lubiła przebywać w towarzystwie jedynych dwóch osób na świecie, którym nie ufała. W każdej chwili mogły one zakraść się do jej dawnego mieszkania bez świadomości, że nie zostaną zdemaskowane. Splądrują po raz kolejny kawalerkę, budząc tym całą klawiaturę klatki schodowej, ale wspólnych, szklanych dramatów jak w antycznym amfiteatrze, więcej i tak już nie będzie! Nie będzie także podchodów, które musiały inicjować wspinając się na wyżyny dyplomacji, gdy obrażona siedziała z boku. Podsycana męsko-żeńskimi hormonami duma nie pozwalała jej za nic w świecie przepraszać, a poza tym to niech przychodzą, niech się dopraszają, bo dopytać i tak nie dopytają – o to, skąd właściwie mają ją przenieść z powrotem do piaskownicy.  
Szatan też zresztą nie pobawi już w rozgrzebanym piasku, który stał się jego sutanną od słów przelewanych octem z ust do ust; słów o miłości pod wieżą Mammel, nieczułej rozpaczy przebywania z usłanymi w pustynne wzory mądrymi książkami i magazynami oltajps, chiromancji, która zawsze i wszędzie, jak uparta matka, stawia na swoim i w ogóle nieprzerwanym paśmie tak zwanych życiowych niepowodzeń. Żal Szatana sięgać musiał dna piekła i granic nieba z powodu cierpkiego smaku okruchów, które sam jeden zbierał po niej. Pan Ciemności oto rozkopuje ziemię na całym osiedlu, ponieważ opuszczając piaskownicę, musi przygotować dla swej Ukochanej żłobek w historii ludzkości. A w następnym wcieleniu to ona zostanie panem prezydentem, a on, pan prezydent, nią. Nie, i tak znów tak! nie będzie posiane. Nawet zło, niewinne, abstrakcyjne zło, już pakowało swoje wiaderko, łopatki i grabki i forsując furtkę z prędkością światła, jak w amoku szukało dróg ucieczki z klaustrofobicznego miasta, w którego centrum rosły wysokie, błękitne wieżowce z odbijającymi się w nich chmurami.
Katarzyna Krystyna to moje dwie imienne dawki… moje bliskie koleżanki. Za chwilę, ale jeszcze nie teraz, staną nade mną jak race gotowe do wystrzału na raz i z przypiętymi do nadgarstków ozdobami o formie czarnych kwiatów odtańczą fandango. Występy drogich znajomych niemożliwych – bo wykonywanych na stacjach kolejowych nocą – półobrotów, oglądać mam zatem z żabiej perspektywy. Ich dobrze znane z przytupów obcasy zaraz zapadną się czwórkami w ruchomym piasku. A wy, wy znakomite słupy wysokiego napięcia, co się tak gapicie? Tadam tadam, w gruncie rzeczy i ja nie obłaskawiłam ani kawałka tego świata. Już zatem lecą, muszę poczekać, lecą na mój koszt szachrajki, lecz okazjonalne wynajęte awionetki nie chcą wypuścić znakomitych gości ze swych wąskich pokładów.
Jakże przekornie pierzasta jest dziś pierzyna „Jacuś” z jej rosnącym bujnie pierzem! Jakże lepiej sprawuje ostatnią posługę ubrudzona poduszka „Agatka”, do której przytwierdzona została kudłata głowa! Nikomu tu chyba nie trzeba nic dwa razy powtarzać? Zegar tyka, od początku do końca rozsypując na brzegach łóżka niewidzialne opiłki minut. Niewykorzystane minuty nie przechodzą jednak na dzień następny, ponieważ nie ma takiego numeru. A jednak, nawet nie mając już dnia, pozwala włóknom innego czasu opleść jej długie, smukłe nogi, opalone ramiona i pełne pieprzyków plecy gęstą frotką ciemnego owłosienia. Każdy skręt głowy staje się coraz bardziej przewidywalny, czego nie można normalnie znosić, co trzeba natychmiast po prostu ukryć przed światem. Lecz na szczęście po obu stronach czaszki już wybijają mleczne drogi, na których dotychczas pasła się niezbyt przytomna za życia Katarzyna Krystyna, z pokładu kuzynka Rosemary`s Baby, piąta woda po kisielu, ta w trzecim pokoleniu biblijnym…

sobota, 9 lipca 2011

PRZED KOŃCEM ŚWIATA - dzień 2 "It`s all going to be all right"

Najsławniejsze słowa Juliany z Norwich:"It`s all going to be all right, everything is going to be all right" lub "All will be well, and every kind of thing will be well" - a w moim tłumaczeniu to będzie tak: "zatem wszystkie rzeczy będą uzdrowione, złe skłonności zostaną pokonane".

drugi dzień przed końcem świata jest o wiele mniej apokaliptyczny niż pierwszy. Odzyskałam siły fizyczne, spokojne towarzystwo po obu moich bokach przez ostatnie trzy dni sprawiło, że nie wyleciałam z ostrych zakrętów. Jest to dzień, w którym pakuję walizki i wyruszam w podróż...nad morze, nad Morze.
"T.K stał spowity wiatrem i hukiem, zatopiony wiecznym, ciężkim, ogłuszającym hałasem, który tak bardzo kochał. Kiedy odwracał się i odchodził, wydawało się nagle wokół niego spokojnie i ciepło. Ale poza nim, wiedział, było morze; wzywało, wabiło, pozdrawiało. I uśmiechał się." T.Mann "Tonio Kroger".

Morze otula jasną, błękitnawą aurą, odgradzając od niezbyt fortunnych scenariuszy, do których niektórzy z nas mają szczęście. Daje również plażę, ciepły piasek, który pozwala miękko opadać dłoniom. Daje brzeg, nad którym można brodzić i wodę, w której można się schładzać i wypływać daleko w przód: poczuć wokół siebie przestrzeń. Daje nieporównywalną okazję.

Wczoraj rozmawiałam z Olą. Uczepiłam się fragmentu wypowiedzianej przez nią myśli "jeśli masz jedną rzecz, której możesz się trzymać..."  Myślę, że w każdym przypadku może to być bardzo mała, wąska rzecz - np. pomysł, idea; lecz, co jest istotne, to pozwolić jej rosnąć i otwierać się w wielu kierunkach. A zatem jeśli ręce mają opadać, najlepiej niech opadają w nią, a jeśli może się to zdarzyć przy dziękach morskiej melodii, to tym lepiej. Niech ta drobna rzecz dochodzi tam do siebie.

Morze już zagarnęło moje myślenie. Kiedy wrócę, wolałabym słyszeć głosy podobne mu siłą i subtelnością, w swym przelewaniu się w sobie dobrze obznajomione. Żeby ta następna melodia już za sobą porywała, a nie zostawiała na zbyt dobrze znanym brzegu! "It`s all going to be..." - musi być bowiem jakaś wspólna nić,  potrzeba dobra i wsłuchania się w głos wszystkich rzeczy ponad pozorami i zmąceniem.

niedziela, 3 lipca 2011

PRZED KOŃCEM ŚWIATA - dzień 1

 

 "Wielki kataklizm

Co ma się wydarzyć 21 XII 2012? Gwałtowne klęski żywiołowe, które się wtedy wydarzą będą skutkiem, przebiegunowania Ziemi. Wiąże się to z polami magnetycznymi słońca. W roku 2012 słońce ma osiągnąć bardzo duża aktywność, na słońcu ma się pojawić znacznie więcej plam, niż w poprzednich cyklach ich występowania, kolejne eksplozje będą wytwarzały bardzo mocne pola magnetyczne, których siła sięgnie naszej planety. Siła magnetyczna plamy słonecznej jest ogromna, bo aż 20 tys. razy większa niż pole magnetyczne Ziemi. Kiedy ta wzmożona Aktywność słońca sięgnie Ziemi, jej bieguny po prostu się odwrócą lub zaczną się przemieszczać, a kula ziemska zacznie poruszać się w odwrotnym kierunku. Zwrot ten nastąpi prawdopodobnie w bardzo krótkim czasie, krótszym niż jedna doba, co wywoła bardzo gwałtowne klęski żywiołowe, jak powodzie czy fale tsunami. Dodatkowo bardzo groźne będzie wzmożone promieniowanie słoneczne. Przemieszczenie biegunów może wywołać zlodowacenie na obszarach dotąd bardzo gorących lub leżących w klimacie umiarkowanym."

DZIEŃ 1(Inauguracyjny moment dziennika)

BUDZĘ SIĘ, NADESZŁA JEDYNA CHWILA. ODKĄD PRZECZYTAŁAM PRZEPOWIEDNIĘ MAJÓW, ZAZĘBIAJĄCĄ SIĘ Z PROGNOZĄ ORIONA, RYTM MOJEGO ŻYCIA SPLEŚĆ MUSIAŁ SIĘ NIEUCHRONNIE Z RYTMEM POWOLI, LECZ WIELKIMI KROKAMI, NADCHODZĄCEGO KOŃCA. PO PIERWSZE, WEDŁUG MOJEJ WIEDZY, JEST TO POMYSŁ NA KSIĄŻKĘ JEDYNĄ W SWOIM RODZAJU. GDY JUŻ JĄ UKOŃCZĘ, TUŻ PRZED PRZEBIEGUNOWANIEM ZIEMI, UMIESZCZĘ JĄ W OKOLICACH FAUDY ATLANTYDY. W TEN SPOSÓB MÓJ DZIENNIK ZAPEWNI CIĄGŁOŚĆ CYWILIZACJI. PONAD ROCZNA RELACJA Z LUDZKIEGO ŻYCIA - ŻYCIA KOBIETY NA SKRAJU -  BĘDZIE MOGŁA BYĆ ODCZYTYWANA JAKO RODZAJ WIEDZY PRZEKAZYWANEJ NASZYM NASTĘPCOM, DOKŁADNIE TAK SAMO JAK NASI POPRZEDNICY Z ATLANTYDY PRZEKAZALI EGIPCJANOM, GREKOM, SUMEROM ZŁOŻONĄ ASTRONOMICZNĄ WIEDZĘ.

A zatem co? co takiego słychać w pierwszym dniu przed końcem świata (czytelnicy będą się musieli przyzwyczaić do tego nowego kalendarza, jakiego wymagał dziennik millenarystyczny)?! W perspektywie przegląd szafy oraz dziejąca się inercja. W czym ja w ten sądny dzień wystąpię? Moja przyjaciółka, Koza z Sopotu, z którą zapewne razem się przebiegunujemy rozmawiając przez telefon, słusznie zauważyła ostatnio taką tendencję: u ciebie w ubraniach albo Tadzio, albo Cindy Lauper. Szykuję kreację w stylu "pomiędzy biegunem pn i pd". Rozmyślam też, w co Koza się ubierze, ale podejrzewam, że ważniejsze będzie dla niej spakowanie stanowiska głównej dowodzącej, tj. zabranie najważniejszych rzeczy z biurka, które dają jej właściwe "poczucie miejsca", takich jak np. ołtarzyki, które sama buduje. Ludzka głupota przezorności. A idziemy przecież w nicość.

jest 5.20 nad ranem. Te chmury szare, deszczowe, za oknem - jakże one inne mogą być niż te, które dopiero za ponad rok nadejdą! Wyobrażam je sobie, ale przede wszystkim spodziewam się znacznego, zbrodniczego wręcz obniżenia nieba i wcale nie ocieplenia, lecz ochłodzenia. Niebo zjedzie do poziomu naszego codziennego chodu i prędko nas przygniecie, a potem przejedzie. I muszę powiedzieć, że ta perspektywa mnie podnieca, cieszy, zaspokaja. Dlaczegóż to? Ponieważ nareszcie obniży się próg, wypełni scenariusz, nie będzie już rozdźwięku między snem i jawą. Nie będzie już żadnego bycia pomiędzy. Wszystko będzie na swoim nowym miejscu. To złożone kwestie, których już nie ma w kartach tarota - tylko w indywidualnej refleksji.

Scenariusz apokaliptyczny jakoś nigdy mnie nie kręcił. Nie czytałam przepowiedni online, nie studiowałam tej tematyki w horoskopach, byłam głucha z wyjątkiem wrażliwości na passusy z mistycznych traktatów średniowiecznych. Ale okazuje się, że - właśnie dziś do tego doszłam - niektórzy ludzie mają apokaliptyczną naturę, "budowę - że tak powiem - wewnętrzną": przez życię idą jak przez apokalisę, apokalipsa jest zawsze ich stanem uziemienia i końcowym celem. Nawet jeśli cicho siedzą, i wygląda na to, że nic się z nimi nie dzieje, maksymalne naciągnięcie, minimalna rozciagliwość wszystkiego drąży i przeszywa na wylot każde ich zajęcie.

zapalić papierosa, jeszcze nie ostatniego, ale już prawie...zostańcie ze swoimi troskami, módlcie się za swoje święta, płaćcie za swe na wskroś mieszczańskie przyzwyczajenia. Nudzą mnie tęsknoty, męczą i wprowadzają w stan niepotrzebnego rozdrażnienia. Na szczęście-e klepsydrę już czas przekręcić i wreszcie skupić się na czasie, który ciurkiem wylewa się z rzeczy, coraz gęściej rozsadza myśli. Co za wspaniała perspektywa nie-istnienia, gdzie "-". Nie chce mi się już wypełniać ziemskich obowiązków, bywanie z ludźmi jest ciężkie, a ze sobą to już wielce. co mnie nie czeka?

Jakaś taka żywotność umysłu została chyba pogrzebana w pierwszym dniu przed końcem świata. W następnym zamiast egzystencjałów, obiecuję same bestsellery, zdrowotne porady millenarystyczne w stylu "jak się uporać - wreszcie", z kim zaplanować ostatnią noc, dieta jem-i-nie, co zrobić z dzieckiem. oesssssu.

ŚWIĄTYNIA SŁONIĄTKO – ajurwedy z księgi „Śłoniątko-Słoniątko”





Jestem Bóstwem Podskoków. Ludzie, którzy przybywają do postawionej mi na obrzeżach miasta świątyni, zazwyczaj czynią to, ponieważ zbyt długo patrzyli w elektroniczne trakcje, które potem śniły im się, zupełnie zresztą inaczej niż grzybiarzom majaczącym przed zaśnięciem o bardziej doskonałych powidokach swych zdobyczy.  Klarowne ograniczenia inspirowane pełnometrażem grawitacji.

Ciałem ludzkim, gdy zapada w sen, często zawiaduje również krótki, gwałtowny wstrząs. Część z nas tłumaczy sobie ten paroksyzm jako ostatni gest oporu przed runięciem w bezmierną otchłań rojeń, z których wyobraźnia buduje nowe, symboliczne porządki. Moja wiedza na ten temat jest taka, że nawet te najbardziej koszmarne z sennych konstrukcji, nasycone ogromną siłą wglądu w rzeczywistość na jawie, mają moc uzdrawiającą. Kiedy zatem zbyt długo wpatrujesz się plątaninę linii elektronicznych nad miastem, nie zdziw się, że powodująca tobą obsesja katastrofy na wyciągnięcie ręki, doda skrzydeł  twojemu ciału, nawet jeśli postrzegasz je jako zrobione z topornej materii.  

„Skrzydła o zaciśniętych pięściach” taki groteskowy, nadprzyrodzony napis umieszczono na kamieniu fundacyjnym nieprzystającej do architektury tego miasta pagody.  Napis ten wycięty został zależnie od treści, w drewnianej deseczce, umieszczonej następnie na wyobleniu, gdzie kształt każdej z liter jeszcze bardziej przypomina pióro przyszpilone do gabloty wyobraźni indyjskiego słonia.  Taka bowiem relikwia, której nikt nigdzie indziej nie widział, właśnie tu oto się mieści. 

Zapraszam cię bez względu na trudy, jakie musisz pokonać, żeby się tu dostać. Kiedy już tu zlecisz, z nart, z kolejek górskich, ze szwankujących wyciągów, dotknąwszy ryzykownych linii, które na jawie niechybnie pozbawiłby cię życia, bądź nie. Lub szczerze otarłszy się o nie, możesz zostawić na ołtarzyku swoją przyciężką modlitwę, a ja ją wystrzelę w powietrze, zupełnie tak wielbłąd wystrzela z nozdrzy chmury gęstego powietrza.