wtorek, 31 maja 2011

KOŃSKIE ZALOTY



Zaprawdę parne było popołudnie i od dłuższego czasu jak nic zbierało się na deszcz. A mimo to konik cisnął kopytami w sypką nić drogi. Uśmiech nie schodził z jego pyska. Na grzbiecie niósł damę, która również co rusz parskała śmiechem. Nie mogła być to dama z tektury.
     Natomiast tuż obok, truchtem podążał za nimi jej towarzysz. Z pewnością był już bardzo zmęczony, wyglądał jakby szmat czasu przebywał na własnych nogach. Tak, prawdopodobnie też chorował. Lecz ponieważ pot rosą spływał po jego czole, postanowił nie pisnąć na ten temat ani słowem.
     Wiele, znów zbyt wiele pól, a pośród nich spalonych słońcem zakrętów i szarych, szalonych rozdroży wciąż było do przemierzenia. Tu zakręt, tam zakręt, pośród traw konik polny robi ostatnie salto. Ciężki oddech mężczyzny przełamuje nieznośny komfort wygody kobiety. A może by tak coś powiedzieć. Od jakiegoś czasu niczym fatum wisi nad nimi ciemna chmura. Wystarczyło jej nieznacznej wielkości wzgórze, a miękkie, rozciągliwe kontury już omal dotykały policzków kobiety.                                            
        Przypomniał jej „Nie zapominaj, zbiera się na burzę…”
        Nagle, w szczerym polu, ukazał się przed nimi prawdziwy most. Być może kiedyś płynęła tędy rzeka, do której wchodziły schłodzić się spracowane orką na ugorze konie. Dziś natomiast przy moście stał ktoś podobny do nich – człowiek z koniem, mniejszym co prawda od tego, na którym podróżowała dama, ale nie przekraczającym wzrostu mężczyzny.  Małżonek w końcu wypowiedział słowa, które musiały zbierać się w nim przez cała drogę.
       „To nie może tak być!”
       „Ale że co? Że jak?” Dama skierowała swe pytanie prosto w prześwit, jaki właśnie na moment pojawił się w pierzu towarzyszącej chmury. Każde z trzech słów wybrzmiało z jej ust jakby było samo dla siebie. „Ale” było „ale”, „że” i nic więcej „co” – coraz trudniej byłoby się nad tym dalej głowić. Dlaczego jednak od razu pomyślał, że po pierwszym zdaniu konia można by się spodziewać większej empatii?
       „Czy sprzeda mi pan tego konia?” mężczyzna zwrócił się bezpośrednio do trzymającego źrebaka na lince, ponieważ nie mógł  dłużej w ten sposób podróżować. Lecz dokładnie w tej samej chwili źrebak spojrzał na niego lewym okiem, jak patrzeć potrafią tylko starzy, dobrzy znajomi.
        Koń śmieje się z niego. Mężczyzna zdawał sobie z tego sprawę doskonale. Koń wybucha jemu w twarz śmiechem, którego dławiące echo cwałuje w górę i w dół krtani. Z tego, że on przemierza rozsypane drogi na swoich własnych dwóch nogach a nie na czterech kopytach? Najzabawniejsza i tylko trochę przykra historia.
       

piątek, 27 maja 2011

KOPALNIA DIAMENTÓW



Fragment modlitwy Dziewczynki Rodem Ze Szkoły Podstawowej (w każdej chwili jest ona gotowa recytować modlitwę od dowolnego miejsca oraz, co za tym idzie, przestać w dowolnym momencie).

Wy, Cyganie, wszystko wiecie,
I jesteście wszędzie!
Do każdego portfela sięgniecie po wróżbę.
W centrach handlowych, tramwajach i na obiedzie.
Na ulicach, osiedlach i w lasach.
Chociaż byście się poukrywali, a nie gromadą wylewali!
Chociaż byście słowem do mnie przemówili:
„Szczęście!”

Ojciec

czasem zastanawia się, dlaczego ona zwraca się do niego nie tak pieszczotliwie jak do matki-mamusi. Dlaczego jej uwaga, zamiast choć trochę kierować się w jego stronę, precyzyjnie, jakby cięta skalpelem, poświęcana jest matce? Zapytana przez niego o to wprost, odpowiedziała żartobliwie „dasz sobie radę”. Wobec takiego argumentu na temat tego, co w jej życiu mogło być potencjalnie istotne, wyrobił sobie własną, zupełnie intuicyjną, czasem nieznacznie tylko błędną wiedzę, z którą nie za bardzo wiedział co zrobić.

Matka

tylko pozornie miała większy wgląd w życie swojej Córeczki. To prawda, że często rozmawiały przez telefon, omawiając bieżące sprawy, lecz nie były to tego typu kwestie, które potrząsały światem u podstaw. Takie z kolei – matka nie wspominała oficjalnie o ich istnieniu - musiały się rozgrywać poza telefonicznym łączem. Nie pretensja, lecz narastający niedosyt odczuwany podczas niemalże codziennych rozmów z córką dotyczył właśnie ich. Dopóki nie znalazła zatrudnienia u własnego dziecka...

Telepatyczna Więź

Ojciec i Córka mięli tę samą wyobraźnię – abstrakcyjną, oderwaną od rzeczywistości, w pewnym sensie mistyczną. Niesamowite, gęste sny, które sobie opowiadali, stanowiły ich jedyny wspólny temat i płaszczyznę porozumienia. Jego sny, być może z racji tego, że był starszy, jeszcze bardziej nadawały się na materiał literacki. Trudna była natomiast ich relacja. Przypominała strukturę matrioszki, polegającą na tym, że jedna baba włożona jest w drugą babę, druga w kolejną, coraz mniejszą i tak dalej. Potrząśnięta całość klekocze jak malowana. Puste, w wielu dzieciach wywołujące lęk drewniane baby ogarniają siebie nawzajem metodycznie, bez przenikania i szału. Niemożliwiość porozumienia między Ojcem i Córką była raczej nabrzmiałym uwewnętrznieniem jednego w drugim. Kopalniany szyb był jedynym wyjściem.

W Córce manifestuje się Prawo Ojca w karnawałowym wydaniu:

Tak? Naprawdę nie da się tego ani ukryć ani otworzyć?
Obfitych kształtów Cyganka w stroju pracowniczki firmy ochroniarskiej goniła ją przez całą Seforę. Zapędzona w ciemne pomieszczenie przeznaczone dla personelu, została poproszona o wyłożenie na stół wszystkich swoich gadżetów.
- Nie bój się, Gołąbeczko. Nie zrobię ci krzywdy. Biegłaś przez sklep - musiałam cię zatrzymać. Już traciłaś oddech, już prawie upadałaś. Opowiedz, co się właściwie stało?
Kobieta w cienkiej, niebieskiej, gumowej rękawicy siłą otworzyła jej zaciśniętą dłoń. Nie było tam nic oprócz odrobiny martwego powietrza. Wyglądała na zadowoloną.
- Młoda damo, czy ty chcesz zrujnować swojego ojca? Kto zapłaci za te wszystkie szkody, jakie wyrządziłaś biegnąc pomiędzy regałami? Czy wiesz, że stłukłaś flakony warte wiele setek złotych?
- Nie pierdol i powróż mi! I pamiętaj: nie chce otrzymywać waszego informatora. Chcę być szczęśliwa. Władza mojego ojca nie sięga stąd do Nowego Jorku, jak ci się może wydawać. To jest raczej władza, która ma długość co najwyżej ogona Mostu Świętokrzyskiego! Dobre i to! Puszczaj mnie czym prędzej!

Tramwaj (zamiast niedzielnego obiadu):

Któregoś dnia Ojciec i Matka jechali tramwajem na drugi koniec miasta. Byli umówieni w pracowni lamp artystycznych, mieszczącej się na ostatnim piętrze pewnego wieżowca. Na kolejnym przystanku do tramwaju wsiadło pełno Cyganów. Nie dało się nie zauważyć, kto stał na ich czele. Jakże osobliwy to był widok.
Rozpięta koszula sięgająca aż po same kostki dawała pojęcie o jego wzroście. Najpierw pogłaskał Ojca po twarzy, a potem spijał z jego ust słowa niepokoju.
- A więc to Pan jest narzeczonym mojego dziecka.
- Tak, tak, tak to ja! Ale właściwie, proszę się tylko rozejrzeć, wszyscy tutaj razem tworzymy jedną rodzinę.
- Proszę mi w takim razie powiedzieć, jakie Pan ma właściwie wykształcenie? Czym się Pan na co dzień trudni.
- Trudni się zatrudnianiem trutni.
Chłopak roześmiał się, pstryknął i na jego zawołanie podbiegła odpustowo ubrana dziewczyna. Wyjmowała banknoty Euro z torby, po czym hojnie obsypywała nimi Matkę. Przymilała się wręcz do niej onieśmielająca, z wprawą wywracała oczami.  Nawet jeśli jedynym jej zajęciem była słodycz obdarowywania, całość budziła trudną do sprecyzowania wątpliwość, zbijała z tropu. Po chwili zaczęła te banknoty na oczach matki drzeć i wypisywać na nich słowa w sobie tylko znanym języku: Euro, euro, euro 2010, 11 i 12!
- Nie trudnię się niczym szczególnym – odparł uprzejmie. - Mój Ojciec ma za to kopalnię diamentów!

Kopalnia Diamentów (oświadczenie).

Kopalnia Diamentów faktycznie istnieje. Mieści się nieopodal. Służę mapą. Są w niej zatrudnieni m.in. mój Ojciec i moja Matka. Tkwią w jej szybach po saaaame uszy. Jeśli chcesz osiągnąć bogactwo, możesz do nich dołączyć. Jest tam wiele miejsc pracy dla ciebie. Tak dla twojej wiedzy, niewielka część diamentów przekazywana jest do pracowni lamp artystycznych, jednak z większą częścią wciąż do końca niewiadomo co począć. Ostatnio, wiecie, zajęłam się wydawaniem inkrustowanych książeczek do cygańskich nabożeństw, co zdecydowanie poprawia mój nastrój i status osoby jak gdyby zatrudnionej na uczelni. Zorganizowałam wszystko. Zajęłam się nawet redakcją dziewczyńskiej modlitwy, napisałam kilka naprawdę przemyślanych słów wprowadzenia. Niektórzy powiedzą, że kręcę ciemne interesy, inni, że działam w szarej strefie i że mimo wszystko niepotrzebnie zadaję się z Cyganami.  Ale zaprawdę oświadczam, dałam sobie radę. Minął czas. Stoję na czele kopalni bez dna i mam liczną, wspierającą rodzinę. Słowem, darzy się na wszystkich frontach, czego i wam wszystkim życzę! Czółko!

Córka Króla Cygańskiego.

wtorek, 24 maja 2011

BEZ STOP KLATKI

Teraz, proszę, skup się i spróbuj złapać wątek. Spróbuj złapać ten cholerny wątek. Przynajmniej jeden.

Jak w bajce. Twoja ostatnia dziewczyna spotyka się z facetem. Widziałeś ich razem w zaułku średniowiecznego miasta. Nie odczuwasz zazdrości. Zerwałeś z nią. To nie ma znaczenia. Kiedy byliście razem ona przyglądała się twojemu życiu bez większego zaangażowania. Była dobrą kochanką, ale kim jest kochanka, która nie potrafi kochać? Czułeś wtedy ogromną potrzebę, żeby z kimś zatańczyć. Padał śnieg, wokół pełno miejsc, do których można było wstąpić i się rozgrzać. Tak, któraś, być może nawet pierwsza z twoich dziewczyn była tancerką. Nauczyła cię tęsknić do tańca - ty niezgrabo – po czym zniknęła. Wczorajszej nocy brałeś udział w przygotowanym przez nią spektaklu muzycznym, wcielając się w jego główną bohaterkę. Pamiętasz tylko, że ta część przedstawienia, do której wtargnąłeś jak intruz polegała na osadzeniu utworu „Human Nature” Madonny w czasach antycznych. Usiadłeś na krześle otaczanym przez kobiety wykonujące wokół ciebie rytualne, nieco niezborne pląsy. To nie pomyłka. Z pewnością musiała zauważyć, że jej bohaterka jest mężczyzną – kimś, kogo kiedyś znała, z kim połączyła się w miłosnym akcie, lecz nigdy w tańcu. Na szczęście w porę sam zauważyłeś foux pas i znów ustąpiłeś jej miejsca.

W knajpie poznałeś młodą kobietę, która nigdy wcześniej na ciebie nie patrzyła, ale teraz było wprost na odwrót. Chciała, żebyś został dłużej w jej towarzystwie. Myślała o tym, żeby pokazać ci później kilka miejsc, zniknąć z tobą w tłumie. Była wysoko postawioną w swym zawodzie osobą. Dobrze, lecz w trochę staroświeckim stylu ubraną. Wiesz, że ma męża, którego jednak nie było z nią w tej chwili. Pamiętasz jej twarz. Nie było na niej wcześniej tych dziwnych drobnych narośli, punktowo pojawiających się na twoich oczach i odpadających po chwili na ziemię. Miała je również na dłoniach. Część jej twarzy oraz dłonie i ręce przypominały skórę z trudem oddychającej jaszczurki. Czułeś podniecenie i nie mogąc dłużej znieść tego widoku, opuściłeś to miejsce.

Twoja nowa rodzina zgodnie poprosiła cię, żebyś poszedł do sklepu po coś słodkiego, ponieważ w lodówce został tylko kawałek czekoladowego ciasta, które twoja obecna dziewczyna w przypływie gniewu na dorosłą już córkę z poprzedniego małżeństwa oskubała z czekoladowej pokrywy. Zjadła również wszystkie owoce, którymi było przyozdobione ciasto. Zaglądając do lodówki nagle otrząsasz się i mówisz to sobie wyraźnie: „Teraz, proszę, skup się i spróbuj złapać wątek. Spróbuj złapać ten cholerny wątek. Przynajmniej jeden”. Ponieważ w zasadzie nie rozumiesz ich potrzeb, a raczej odbierasz je jako niezrozumiałe, trudno jest ci uchwycić nić, która zatrzymałaby cię na dłużej w tej konfiguracji. W lodowce znajdują się przecież jeszcze lody, a na zlewie leży mała różowa gąbka złożona na pół. Najbliższy sklep mieści się nieopodal domu. Pójdziesz tam i zrobisz to, o co cię proszą. Nie kupisz im przecież toruńskich pierników. Na zlewie leży mała różowa gąbka. Nie wiesz dlaczego przypomina ci ona fotel z kina w typie multiplex. Może dlatego, że nieuchwytna rzeczywistość wokół ciebie przypomina ci maraton filmowy, w którym bez możliwości złapania tchu oglądasz realizacje kolejnych scenariuszy.

Jesteś mężczyzną. Mężczyźni nie wychodzą do sklepu po słodycze przez drzwi, którymi wychodzą do pracy. Nie gapią się przez pół godziny w otwartą lodówkę jak w kosmos. Nie wchłaniają w siebie aż tyle chłodu. Nie ciągną w wyobraźni widelczyka z kawałkiem przymarzniętym do obłupanego z czekolady ciasta. Wychodzisz boso przez okno i schodami przeciwpożarowymi przemieszczasz się do pobliskiego sklepu na rogu St. Nicolas St. i 112 - stej ulicy. Niżej jakaś inna kobieta przez okno próbuje cię wciągnąć do mieszkania. Co masz do stracenia. Odtąd życie przez moment staje się mechaniczne jak gra komputerowa z zamierzchłych czasów. Wszyscy zachowują się jakby byli aktorami poszczególnych epizodów, które odgrywają najlepiej jak potrafią. Teraz ty jesteś ciągniętą przez długi korytarz łyżeczką z porcją ciasta na końcu. Nie, tak być nie może. Jesteś najlepiej zbudowanym w dziejach koszykówki graczem. Najwyższym, najszybszym, najsprawniejszym. Masz je przed sobą – masz dla siebie całe boisko.

Kobieta, która się na nim pojawiła nie była ani twoją nową dziewczyną, ani jej sąsiadką. Kim zatem była? „Teraz, proszę, skup się i spróbuj złapać wątek. Spróbuj złapać ten cholerny wątek. Przynajmniej jeden”. Spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie dokąd doprowadziła cię odziana w zwiewne szaty postać o wyglądzie Hiszpanki? Nie zamieniłeś z nią przecież nawet jednego słowa, a bez najmniejszych skrupułów porzuciłeś dla niej osoby, które uważały się za twoją najbliższą rodzinę. Goniły cię nawet obie przez całe boisko jak złodzieja. Błagały, płakały „stój, gdzie są nasze ciastka?” A ty się nie obejrzałeś biegnąc za odzianym w gałgany powidokiem o smagłej twarzy. Wyminąłeś go uderzając piłką o parkiet, kiedy boisko przemieniło się w poranny bruk ulicy nieznanego miasta. 

Teraz, proszę, skup się jeszcze raz i spróbuj złapać wątek. Spróbuj złapać chociażby jeden z nich. Czy to jest Paryż, czy to jest Berlin? Opadające do kieszeni płaszcza dłonie. Parujące uliczne studzienki.

środa, 18 maja 2011

EPITAFIUM SZMACIANKI MOZARTA



Zostałam zszyta, podczas gdy Mozart koncertował po raz pierwszy. Było to w 1… . Z gałganów znalezionych w kuferku babci Wolfganga Amadeusza. Zostałam zszyta, żeby za dużo nie opowiadać po próżnicy. Narodziłam się podczas jednego z kursów mistrzowskich teorii oraz praktyk szycia. Chociaż nie - narodziłam się podczas spaceru w tonacji C-dur Jowiszowej Symfonii, gdy ktoś podniósł mnie z ziemi. Do czego doszło!

Www. Wolfgang Amadeusz. I ja nie żartuję! W tej muzyce przechowywane są moje wnętrzności, najbliższe sąsiedztwo myśli. Od samego początku krawieckiego fachu stanowiły one terrarium dla nut i potencjalnych dźwięków (Amadeusz we własnej osobie był wielce głupkowaty). Właściwie nikt o tym nigdy się nie dowie, ŻE, ponieważ dzień, w którym okoliczności powstawania jego muzyki staną się dla niektórych z was aż nazbyt jasne, dla mistrza będzie kompromitacją. W ten czas dziatwa, przenosząc moje serce z powrotem do dawnego ciała, rozkawałkuje je jeszcze bardziej.

Plemiona literackie: nowy blog

otwarcie nowego bloga "plemiona literackie eweliny jarosz"

Blog powstał po powrocie z przynajmniej dwóch podróży, jakie odbyłam w ciągu ostatnich dwóch lat po performatywnych krawędziach kreacji autorskiej tożsamości. Trudno mi oceniać ich efekty - powstały bardziej i mniej udane teksty. Tuż za mną, na podłodze, leżą dwa znoszone kostiumy, w których nieco odległym jednak widoku wciąż urzeka mnie przechowywana pamięć dziecięcej pretensjonalności, z jaką były noszone. "Apostołka XXI wieku" - to może brzmieć niesamowicie, jak odmiana ostrej feministycznej psychodelii; "Czarna Owca Apostołki"  jako zanurzenie się, cofnięcie przed Apostołkę, w kłębowisko własnych literackich "przedsądów". Z nielicznymi wyjątkami, obecność tych dwóch rozproszonych i hermetycznych literackich bytów - Apostołki i jej Owcy - nie uzasadniła jednak stanu skupienia tekstów, którym nadałam postać ich autorstwa. Było to autorstwo przeważnie rzekome, jeśli nie wysoce domniemane, chociaż z pewnością dałoby się na ten temat powiedzieć cokolwiek więcej. Nie ulega jednak wątpliwości, że za wiele w kwestii powiązań zostało niepotrzebnie uwydatnione, za wiele też spłynęło na karb literackich wyobraźni moich czytelników, w związku z czym pojawił się dylemat niespójności, która nie może już dłużej być inspirująca.

Jednak porażka moich dwóch bohaterek jako autorek zbioru opowiadań "Przebieranki", może skrywać w sobie nadzieję na drobne zwycięstwo. Kwestia rzekomego autorstwa wciąż bowiem pozostaje nierozstrzygnięta. Obejmuje ona i wykracza jeszcze poza napięcia między tymi, którzy czytają, a tą, która opowiada; poza współczesną wersję destabilizującego antynaturalizmu rodem z pastwiska, które robi się za ciasne i nie sposób już na nim dostać porządnej kolacji; poza heroiczny kamp i pokrętny, wijący się erotyzm, który nie jest tożsamy z sublimacją seksualności - nadmiar, którego nie sposób zamaskować samowydarzającym się zamgleniem odpowiedzialnych za literaturę oczu i zrzuceniem wężowej skórki.

Właściwie nie miało być żadnych plemion i nie chodzi o to, żeby od razu sypać sobie popiół na głowę.Jednak po tak wyczerpującym ekscesie, jaki miał miejsce - i jednocześnie wypalającym się na boku fermencie - pojawiła się potrzeba bardziej oszczędnej formuły i formy bloga, które mieściły by w sobie więcej znaczeń niż poprzednio. Począwszy od tego, że "Plemiona" biorą na siebie cały indywidualizm poszczególnych, rozpisywanych przez jedną osobę głosów, postaci, narracji, światów, kosmicznych konstelacji, rzeczywistości i rozmaitych porządków bez faworyzowania na dłuższą metę żadnego z wymienionych. Jeśli zdarzy się, na przykład, jednostka dominująca i bardziej wyrazista niż inne, zostanie uważnie wysłuchana, lecz plemiona dążyć będą do tego, by jako zgromadzenie o własnej mądrości nie dać zapanować na łamach bloga wyłącznie jej charyzmatom. W tym wprowadzeniu, pisanym z perspektywy orbitowania wokół jednej kwestii, zależy mi zatem na tym, by ten nowy rodzaj literackiego nieposkromienia, o którym myślę, zawierał w sobie dawkę uspołecznienia, potrzebną każdemu czytelniczemu ognisku.

Oprócz opowiadań na blogu pojawiać się będą również inne teksty, które nieco na wyrost określiłabym jako konwencje namysłu nad literaturą.

                                                                                                                                              pozdrawiam!
                                                                                                                                              ewelina jarosz