czwartek, 30 czerwca 2011

BOA DUSICIELKA



BOA DUSICIELKA

Zanim usiadłam na krześle, mój wąż jeszcze nie  wiedział co i jak. Dopiero kiedy zaczęłam się rozglądać po pokoju, zauważyłam, że (p(r)a(w)ie) nie ma z niego wyjścia, ponieważ całe pomieszczenie szczelnie oplotło jego przyciężkie cielsko. Widziałam tylko przeciągnięty przez próg fragment gada,  który dawał mi  sycące wyobrażenie o jego parametrach. Lecz przypomniałam sobie wtedy: już kiedyś tu byłam - przez nieuwagę, lub raczej z przyczyn, w które nie miałam wglądu, oto znalazłam się w tym samym miejscu.

Był to, ludzie i ludziska, bez wątpienia największy wąż świata. Jego ciało przypominało zielony groszek monstrualnych rozmiarów, z pulsującymi pod skórką kulkami śniadań, kolacji, obiadów, śniadań, kolacji, puszystych deserów, obiadów, które mogłyby... Ściany wybrzuszały się u posad gdy pełznął, od tak dawna  wyłączając z użytku jedno tylko miejsce - okupując intelekt. Postanowiłam wymoczyć nogi w kloszach, moje serce.

   

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Pioseneczka

Niszczą się szklanki
Zamieniają szklo w kajak
Miski z watą i genitaliami
Pierwsza podsadza
Instrument dostanie
Druga przechyla
Wygrywa talerz

wyobraźnie z ciszy
wiry z pomostów
rośnie wieża a woda opada
Trzecia potknęła się
o przypadł jej talon
na dwie pary
używanych łopat

A ja mam megafon
i śpiewam wam oto
piosenkę o czwartym
z basenu wersecie
Dostanę nagrodę
i usiądę na krześle
już mnie nie
już mnie
nie- i już!

sobota, 18 czerwca 2011

RĘKA, KTÓRA POMACHAŁA PAPIEŻOWI


 Nie tylko z autobusem było coś nie w porządku, że fałdka skóry rozciągnęła się do tego stopnia: rzecz w tym, że kilku osobom, którym na zakręcie śmignęła przed oczami wybrzuszona blacha pojazdu, po raz kolejny ukazał się za szybą sam Papież. Może nie było ich znów zbyt wiele, właściwie tym razem zobaczyła go tylko pewna młoda kobieta, lecz jej widzenie natychmiast udzieliło się otoczeniu i na zewnątrz autobusu zrobił się jeszcze większy ścisk niż w środku. Co prawda mogła liczyć na  wierne głowy, które bez protestów można nim było obdzielić, nie było natomiast w pobliżu żadnej żywej dłoni – prócz jej własnej – która pomachałaby przejeżdżającemu Papieżowi.
        Autobus był wypełniony aż po brzegi pozajmowanymi siedzeniami, które rozchodziły się promieniście wzdłuż szyby, od środka ku przodowi oraz do tyłu; nawet pomiędzy nimi nie było wolnego miejsca. Papież podróżował w wąskiej centralnej przestrzeni o formacie litery „V” i trzeba przyznać, że pośród zwykłych pasażerów, nieco pochylony do przodu w stronę kierowcy, z kciukiem wysuniętym w górę jak płonąca na koncercie zapalniczka, robił wrażenie drewnianego. Brązowo-pomarańczowy kolor jego skóry nie pozostawiał co do tego wątpliwości; inaczej żywy, pogodny wyraz dobrze znanego na całym świecie oblicza.                                                        
       W miejscu, w którym przebywała, momentalne wydarzenie z udziałem monumentalnej figury to częsta przypadłość – równie często zdarzało się, by analizowano tam te kwestie w coraz bardziej  zróżnicowany, godny pozazdroszczenia przez najbardziej tęgą umysłowość, sposób. Zeszła z roweru i zamiast jechać tam, gdzie miała jechać, zaczęła zastanawiać się dokąd on pojechał. Mimika jej twarzy sugerowała, że martwiła ją myśl o tym, że mógł być gdzieś bez własnej zgody, a nawet wiedzy uprowadzany, przypuszczenie papieskiego tournée jak gdyby dodawało jej swego rodzaju otuchy. Na szczęście to wszystko były jedynie pozory, Faktycznie toczyły się bowiem przygotowania do reakcji, na którą było ją stać , począwszy od  postawienia  stopy na fałszującej, asfaltowej jezdni.
       Wydarzenie, którego wcale nie pragnęła, teraz, kiedy już stało się jej udziałem, przez chwilę przeżywała tak, jakby nie pozostało jej nic innego. Miała 80 lat i skoro on  w swoim wieku wysunął w górę kciuk, dając świadectwo swej stałości, ona, maszerując w miejscu, w którym opadał wzniecony przez jego kometę pył, wyprężyła rękę, szeroko, jak tylko potrafiła, rozrzucając wszystkie palce na boki. Było prawie tak jak podczas częstych, przymusowych postojów, gdy odrywała dłonie nagrzanych słońcem gumowych rączek przy kierownicy swojego roweru.  Jej dłoń wysunęła się i wsunęła do środka, znacznie głębiej pod skórę niż to normalnie możliwe, zupełnie jak głowa żółwia, który mieszka w warunkującej jego manewry skorupie. Nie było więcej miejsca na jeszcze jedno widzenie. Po raz kolejny wypełniły je uświęcone, papieskie uczucia, do których świat podchodzi z taką wyłącznością i niezrozumiałym namaszczeniem.


czwartek, 16 czerwca 2011

DZIEŃ Z ŻYCIA SEKRETARECZKI BADAWCZEGO PROJEKTU

Kadr(owo):

Ostatni tydzień to było jakieś istne Kongo! "Pani Kasiu, już już już!" z gabinetu wyskoczyla starsza kobieta w zielonej garsoneczce w typie urzędniczym, ale ze sporą dozą perwersji w kroju.  Słowa przeszły przez jej pomalowane na czerwono, coraz bardziej wydatnce usta. Wszystkie jej części ciała sprawiały wrażenie niepasujacych do siebie i z tego powodu była w sposób nie pozwalający oderwać od siebie wzroku fascynująca. Tylko garsonka nadawała jej nieproporcjonalnemu  ciału pozory jakiejkolwiek spoistości.  Od wieków zapewne piastowała swe tajemnicze stanowisko o wadze państwowej, fundamentalnej. I to właśnie widać było od razu.  Pomyślałam sobie "Cudo!" a ona na to, w ogóle nawet nie starając się mnie zauwazyć "Potrzebuję numer tranzytowy. Dzwonili z Uniwersytetu X. Chcą go mieć natychmiast! Proszę się pospieszyć! Będziemy mapować!". I przeleciała jak wiatr przez przylegający do jej gabinetu pokój administracyjny , w którym załatwiałam sprawę z Panią Arletą. Pani Kasia natomiast jakby nigdy nic zanurzyła rękę w szklanym kubeczku z Zezolami. Znała już ona swoją przełożoną. Musiała czuć ją na wylot. Z czasem zaczęła ignorować jej groźny wygląd. Okazało się, że wcale nie było jej aż tak spieszno z tym "numerem tranzytowym". Zresztą słyszałam, co się tam pod nieobecność Wielkiej Tajemniczej Damy z Działu Programów Krajowych i Międzynarodowych i Intergalaktycznych oczywiście wygaduje. "Co by robić, żeby się nie narobić..., tak!" "Wyciągasz segregator z napisem PIC, kochana, wkładasz kartkę w koszulkę. Ot i cała robota, cała filozofia!" "Ale ty nowa, młoda, nauczysz się." "Kto pracuje na raty, też doczeka się wypłaty". Jakże literacki byłaby moja wizyta w pokoju rzeczonego Działu, gdybym tylko mogła słuchać tych życiowych aformyzmów.
Inaczej jest z panią Arletą. Jej palce śmigają po klawiaturach jak malowane lale. "Skąd wziłął się okres rozliczeniowy A,B, C?" pyta mnie i natychmiast sama sobie odpowiada. "Acha, tu tak, tam tak, już sobie przypominam" i pik pik pik wstukuje nowe cyferki na kalkulatorze. Gdy ona taka i owaka, daleka, niedostępna, w środku cała drżę. Nie ma co ściemiać. Oto mam przed sobą osobę, która pracuje w sposób przekraczający moje zdolności pojmowania. W trakcie procesu sprawdzania wniosku oczy Pani Arlety wydają się nabierać coraz bardziej skośnych kształtów.  Zamienai się w Chinkę na moich oczach. O słodkie, słodkie obliczenia,  które wykonuje nie tyle bez skargi, co zapałem godnym lepszej sprawy; skomplikowane kalkulacje, które wybijają ją z tła średnio i bardzo zaawansowanych pań kadrowych, wpatrzonych rutynowo w swe ekrany. Tu się ciągle coś dzieje, petenci wciąż popełniają jakieś błędy. Pani Arleta nie zwraca uwagi na wesołkowatego chłopca, który właśnie przyszedł odwiedzić Nową. W całości oddana jest mojej sprawie.

Wywaliło:

Czy to jest jakiś performans? Pytam, czy to tak ma być, że kibel na uniwersytecie wywala całą swoją zawartość, gdy tylko ktoś znajdzie się w potrzebie i zapragnie z niego skorzystać? Rowery, kajaki - szeroko pojęty sprzęt wodny - odstawiłam na bok, by sfinalizować sprawę z wnioskiem.  W głowie człowieka dzieje się tyle rzeczy, a tu nagle trzeba było stać się mniej abstrakcyjną, konkretną. Rozmowa z Panią Arletą to jak lekcja nauki języka ekonomicznego. Nie chodzi jednak tylko o znajmomość słów, tzreba rozumieć ich znaczenie. Pani Arleta jednak nie jest opresyjna. To prawdziwie wyzwolona jednosta. Nie zmusza do bycia w tym jezyku, nie forsuje bardziej niż to możliwe w przypadkach poszczególnych osób, które sie do nich zgłaszają. Więcej pozwala im udawać, że wiedzą o czym mówią, nie dając po sobie pozać, że widzi, że nie za bardzo wiedzą. To hipiska! Jednak, abstrahując od przychylnych sprawie osób, musiało wywalić. Wezbrało z samego gruntu i pokazało na powierzchni wszystko, nie oszczędzajac oczu. Wkrótce nie było już wolnego od zanieczyszczeń miejsca na posadzce. Dobrze, że pomyślałam jednak o tym w kategorii perofrmansu. Że to jest prawda, ale w sensie cyklicznego wydarzenia artystycznego. I tak.

sobota, 11 czerwca 2011

ŚWINKA

Kroczyłam polem, w pocie czoła zajęta zbieraniem ziemniaków i buraków, gdy na mojej drodze znienacka pojawiła się mała świnka. Chrumkała przyjaźnie, ale byłam tak zmęczona pracą, że delikatnie odsunęłam ją bosą umaraną stopą. Różowa świnka nie dała jednak za wygraną i gdy podnosiłam z ziemi kolejną bulwę, obsikała mnie jakby nigdy nic i z jakże z chytrym uśmiechem na ryju umknęła w kierunku kukurydzianego pola. Spojrzałam w tamtym kierunku i pogroziłam palcem jej krągłemu, przechylającemu się na boki, malejącemu zadkowi. Ogon kręcił się jak opętany.

piątek, 10 czerwca 2011

Orędzie z okazji Parady Równości



Kochani,
Jutro Parada Równości, przemawiam do was z otchłani mojego klasztoru. Jest to okazja do tego, bym powiedziała co myślę. Jestem naprawdę bardzo chora na myśl o słabości i względnej ciemnocie – jestem cierpiąca gdy widzę co się dzieje. A widzę od dawna co się dzieje, na czym świat stoi i jakie prądy duchowo-emocjonalne przeważają w miejscu w którym zbudowałam swój klasztor. Widzę jedną wielką rzeszę niewyemancypowanych profanów pozbawionych mocy, bezwolnie kroczących przez życie. Taka uległość boli mnie i nie wiedzieć czemu przeszywa na wylot. Zdecydowanie mówię nie uległości i emocjonalnemu konformizmowi, który mnie osadził na wieży nauki, podobnie jak to miało miejsce w przypadku Tomasza Manna, z tą różnicą, że on siedział na skale własnej literatury. Weźmy jego opowiadanie „Tonio Kroger” – pozazdroszczenia godne i uniewesalne dzieło. Ileż wątków przetrawionych przez tytułowego Tonia, jaka świadomość własnego losu. Wiem, że temat ten wykracza poza Paradę Równości, lecz to jest mój sposób uczestnictwa w niej, więc pozwólcie, że będę kontynuować. Nie będę streszczać opowiadania, interesuje mnie z wielkim wyczuciem jednostkowego dramatu i dystansem wobec jego patosu opisana przez Manna  niemożliwowość uczestniczenia Tonia w tym, co nazywamy życiem, a w związku z tym przekucie tej fundamentalnej niemożliwości we własne możliwości, prawie zupełnie pozbawione oparcia i zrozumienia w świecie. To jest bezwzględne i okrutne i wyzwalające i tak to biorę. Ze swej strony powiem, że przy życiu trzyma mnie postrzeganie owego pożądanego życia jako żartu. Z żartu powstałeś, w żart się obrócisz, droga siostro, drogi bracie. I gdyby nie to, że masz w sobie coś niezwykle skupionego i poważnego, nie byłoby najmniejszego problemu.
Udanej Parady - ahoj Demokracjo i Tolerancjo!  

wtorek, 7 czerwca 2011

Chętna na motór



Zza krzaków - a czemu by nie - wyskoczyła Chętna na motór. Stał zaparkowany na poboczu, to co miała się zastanawiać, dalej wywracać oczami. Błyszczał, burczał, dyszel mu w upale jęczał. Nawet rzucany przez leśne drzewa cień nie był w stanie przyćmić jego oślepiającego blasku.


Jednak powoli się do niego przyczłapała. Skoro maszyna wydawała się taka prędka. Im była bliżej, tym bardziej jej nogi ze swawolnych stawały się cięższe, pospolitsze, dziwnie przyklejone do asfaltu. Marzenie zniewoliło je jak tylko sen zniewala. A nic nie wzbudza większego popłochu niż urzeczywistnione marzenie.


Silnik zawarczał, gdy wsiadła na motór, lecz cóż z tego takiego. Jej stopy stały się większe i większe od niego. Nie mogła ich dźwignąć z ziemi, zwłaszcza dużych paluchów, które najlepiej do tego służą. Grządka kwiatów zdążyłaby zakwitnąć na reszcie czarnego, skórzanego siodełka. Podłączona do dyszla Kroplówka Dawczyni Organów dawno by się skończyła… 


Dobrze. W takim razie będzie jechać na grządce. Uparcie i skrycie wiatr zawieje. Nigdy przecież nie spieszyło się nam do garażu, prawda, kochanie? Nie zapomnialłłłeś chyba o nowej  łazience. Krzyżyk na drogę, na jakąkolwiek formę pierdnięcia tego bytu. Raczej zawsze było Chętnej bliżej do bruzdy ziemi. Niech leci, niech wypada. Już najwyższy czas, moje niebieskie kapcie z gumką, powiedziała. 


Droga się urywa. Droga staje w miejscu. Patrzcie ją - mentalnie jest w Palestynie. Włos rozwichrzony Oko rozmazane, jeśli wręcz nie podbite. Jest atrakcyjna, jest subtelniejsza z tym rozchwianym poczuciem własnej wartości. Niewygoda się pleni. Wygaduje okropieństwa. Ale tego  akurat nie zmieni. O nie, tej nieciągłości, tych cięć w osobliwej podróży, nic nie zmieni. 


Ale nikt też nie powie, że to nie jest podróż. Że to jest postój. To by dopiero była kompletna demoralizacja.

czwartek, 2 czerwca 2011

SEN O KRÓLOWEJ LODOWISKA


SEN O KRÓLOWEJ LODOWISKA

Pierwszy był konkurs. Kto zje najwięcej tych pysznych ciasteczek, tortów i innych kremowych deserów, które zostały przygotowane i dla których wręcz trudno było o nazwę. Patery rozstawiono wszędzie w największej ilości. Zresztą nie liczyło się gdzie, lecz że nie było miejsca, które słudzy Królowej Lodowiska pozostawiliby bez czekoladowego śladu. Wystarczył delikatny półobrót, a już w zasięgu dłoni i kobiecych półbutów pojawiał się kolejny słodycz, który zachęcał do zanurzenia w nim ust. Goście zabiegali o kolejne, każdy kawałek był tak doskonały w smaku, mówili, tak precyzyjnie wyrzeźbiony na porcję mokrym nożem. Wszyscy zaproszeni już dawno przekroczyli własne konsumpcyjne możliwości – prawdziwym ekscesem na tym party była dobrze ukryta w smakołykach niemożliwość odwrotu.

A to scena pojedynku, która rozgrywa się właśnie na przedpolu Lodowiska! Wypełniałaby za pewne wyobraźnię samej Królowej, która chcąc należycie przygotować gości do uroczystej inauguracji ślizgawki, zainicjowała obfity poczęstunek. Oto pomiędzy jednym a drugim pniem lawirowało dwóch szermierzy o ubrudzonych czekoladą szpadach – pomiędzy jednym ukruszonym ostrzem, a drugim wytrącanym z dłoni przeciwnika, pragnienie nabierało mocy. Czy było ono jednak silniejsze niż to, o które podejrzewano Królową Lodowiska? Czy było o wiele za słabe wobec oczekiwań wszystkich ludzi, którzy zostali wezwani na jej manifestację? Czy spaliłaby się ze wstydu na taki dziecinny widok zorganizowanej przez nią fety? Najdziwniejsze bowiem było to, że nikt nigdy na oczy nie widział Pani tych areałów – ukochanej królowej, która od lat trzymała ich serca w ryzach. A mimo to wszyscy przyszli - prawdopodobnie po to, żeby choć przez moment zobaczyć ją odzianą w królewskie szaty.

Ujrzeć lodowisko oczami jednego z nich – to byłoby coś! Zejście na lód przypominało nieco stromą rampę – lecz skoro był w stanie tak nieprzyzwoicie się objeść, dlaczego nie miałby sobie z nią poradzić?  Nie przeszedł, lecz przeskoczył. Na tafli już śmigali poddani. Ani takiego lodowiska, ani takich ludzi wcześniej nie widział. Wszyscy chorobliwie skoncentrowani na zamarzniętej wokół sztucznej wyspy lodowej krainie. Przemieszczali się tylko w jednym kierunku, przeznaczona była dla nich trasa, która nie pozwalała im jej wystraszyć. Pojedynczo, parami, grupkami poruszali się prosto i na około, dalej i ciągle w tym samym miejscu, z którego na darmo by wypatrywać. To właśnie nimi lodowisko rozrastało się w jego oczach. Tylko czapka zimowa i rękawiczki, które ktoś upuścił na lód zakłócały szczególny obrazek nieskończonej obsesji na punkcie tej, do której nikt nie miał być doprowadzany. 

Ślizgacz Figurowy przyjechał z drugiego końca świata, choć nikt go w te obroty wcale nie zapraszał. Miał pewne umiejętności, a nawet znajomości wśród popisowych sztuczek, które pozwoliłyby mu dać sobie radę w skomplikowanych okolicznościach. Wyrobił je sobie, wymyślił. Już od chwili jego pojawienia się na tutejszym lodzie, drobne, wyróżniające go wybryki nie pozostały niezauważone, jednak w nikim nie wzbudzały również szału. Pośród osób, które mijał przedyskutowane zostały dokładnie kompetencje, które łączył - łyżwiarza wyścigowego i figurowego - lecz przede wszystkim każdy myślał, że zna własny sposób i drogę do Królowej. Tymczasem on swojej nie postrzegał w ten sposób. Lud co rusz zdradzał wobec niego oznaki cichej kpiny, jak choćby dając mu ukojenie od szczerego, gorącego temperamentu ludzi z jego rodzinnych stron – że się jednak nie nadaje! Marsz stąd! Zjadł już więcej niż był w stanie, wytrącił tamtemu szpadę z dłoni, bez problemu wskoczył na taflę, na której - rozpędzając się do figur, które wykonywał mimowolnie - radził sobie niebywale. Królowa - już nawet nie Lodowiska - lecz samego Lodu dla niego była jeszcze bardziej nieobecna. Nie mogła trzymać jego serca w ryzach. Lód należało z niego czym prędzej wywalić. 

Ostatnie było pęknięcie lodu. Nie z powodu przejedzenia trzaskał mu on pod łyżwami, ale dlatego że wykonywał piruet wieloobrotowy pośród poddanych. Nie było jednak na to rady. Skoro to on był Zimowym Tajfunem Królowej Lodu, skoro już przewinął się łyżwami pomiędzy innymi, a nawet był znacznie dalej niż oni i wrócił oraz mimo, że jego kondycja zmieniła się zwłaszcza od tamtego czasu, kiedy wstąpił na lód, należało coś z tym zrobić. Pod wpływem prędkości obrotu robiło się coraz zimniej na zewnątrz i coraz w środku goręcej. Policzki spalały kalorie, dłonie wcale nie były z tej samej materii co ciasteczko. W nagrodę wszystko zamienił w obrót z lodu.