niedziela, 4 września 2011

BAROK





W magazynie, w skrzynce za regałami, ich Bibliotekarz przechowywał specjalne broszury dotyczące sztuki barokowej.  Były to cienkie zeszyty monograficzne poświęcone różnym obiektom artystycznym, jednak nie cieszyły się, jak zaznaczył wyłaniając się zza skrzynki, estymą w tym środowisku naukowym. Twierdził, że jest gotów wypożyczyć jej wszystkie numery, jeśli tylko zrobi z nich dobry użytek. Zaczęła je zatem przeglądać  i spośród stu tytułów, z których każdy odmieniał słowo „barok”, wybrała trzy: „Całowanie barokowego chłopca”, „Barokowy katolicyzm”, „Barokowy ołtarz satanistyczny”. Dobrze oddawały klimat najbardziej współczesnych czasów, a w samo słowo „barok” wmawiały niepokojący dreszcz.
      Za tym wyborem kryło się jednak coś znacznie więcej, czego podczas samotnego przesiadywania w bibliotece nie była w stanie przewidzieć ani zrozumieć – nawet wtedy, gdy wreszcie nastał dzień Wielkiego Święta, do którego z zapałem przygotowywali się Przyjaciele z Naukowego Towarzystwa Jezusowego.
      Trzy zeszyty niezwłocznie jednak wręczyła nowej, młodszej koleżance podczas spotkania. Była ciekawa, jaki użytek będzie ona wstanie zrobić z wiedzy z nich zaczerpniętej i czy w ogóle zamierza wcielić w życie treść jej odkrycia. Ono, podobnie jak trwające od kilku dni równoległe intensywne zabiegi, starania i troski Towarzystwa (od których bynajmniej nie była uzależniona), wykraczały poza zabytkowy budynek Szkoły w postaci przenikającego całe miasto złowróżbnego nastroju. Obejmował on rozlegle tereny: poszczególne bloki        niektórych osiedli miasta, lecz zwłaszcza przestrzenie mentalne ich mieszkańców.
      Spotkanie z koleżanką miało miejsce na wzgórzu. Zaczęło się gdzieś na skrzyżowaniu dwóch szerokich i pustych tego dnia ulic, w świetle zachodzącego słońca, którego efektów nie powstydziłby się reżyser „Top Gun”. Założyła, że rozbudowane uroczystości odbywać się będą w dolnej części miasta – w pierwszej kolejności zostaną przesunięte na tereny wyścigów psów rasowych, przechodzące w bagnisto-zielone, rozległe łąki. To irracjonalne założenie potęgowało głębokie przekonanie, że koleżanka uchwyciła sens nauki jeszcze zanim zdążyła otworzyć broszurki. Mając je w ręce, powiedziała: „podobnymi posługują się świadkowie Jehowy”. W świetle zachodzącego słońca barwa jej głosu, pełna zdecydowanej afirmacji dla nowej odsłony życia , delikatnie oddzieliła się od treści wypowiadanych słów.
       Wielki półokrąg obejmował zatem twarze przyjaciółek, przesuwając je coraz niżej do miasta falą rozgrzanego, ciemniejącego powietrza. Nie liczyło się nic ponad tę pustkę na ulicach. Żadne drzewo, ani żaden liść nie były również w stanie rozproszyć napięcia, które związało im języki na mocne, wężowe supły i uniemożliwiło spodziewaną dyskusję z naukowymi zeszytami w tle.  Ktokolwiek stanąłby na tej drodze – odrealnionej linii wiodącej do szarego bloku, w którym nie mieszkał żaden świadek Jehowy; drodze, która była ścieżką zwycięstwa i wielkiej siły miłości, usianą kilkoma wybojami porażek – niechybnie zostałby na niej niezauważony.  Gdyby tylko Przyjaciele z Naukowego Towarzystwa Jezusowego nie zwęszyli, że ta przeznaczona dla uroczystego pochodu droga została skalana. Gdyby tylko nie wznieśli rąk i nie skierowali swych wołań do Jedynego Boga…
      Pierwsze padło zatem ostrzeżenie z zewnątrz. Przekazał je mężczyzna w krótkich spodenkach w kratę, schodząc ze schodów łączących jedno podwórko blokowiska z drugim. Dopiero wtedy dziewczyna zauważyła pospiesznie i jakby na zapas głaskanego przez właściciela psa. Dzieliło ich jakieś 50 lub 100 metrów, lecz lśniąca wściekłym, pomarańczowym blaskiem sierść zwierzęcia dawała się odczuć na ciele  mimo odległości. Wtedy stało się jasne, że każde wydarzenie nie wpisane oficjalnie w program Jezusowego Święta kolidowało z nim, zakłócając jego rozproszony, wszechobecny przebieg. Dopiero wtedy dziewczyna spostrzegła, że właścicieli z psami na smyczy jest wokół więcej i że każdy niezbyt nachalnie, ale przez to potęgując nieznośne nieporozumienie, przyglądał się im z ukradła w glorii i sile czworonogów.  Gdyby któryś z nich miał zostać spuszczony, nie byłoby dla nich ucieczki. Należało jak najszybciej wrócić do mieszkania na ósmym piętrze.
        Tamta musiała to wyczuć, ponieważ w jej oczach widać było przerażenie.
       - Czy nie będziemy już dłużej rozmawiać o sztuce barokowej? – zapytała, choć dotychczas nie padło żadne zdanie na ten temat.
       - Ja ciebie przepraszam, ale robi się późno i muszę już wracać do domu.
       Została sama przed pordzewiałymi drzwiami windy. Nacisnęła guzik, lecz coś było nie tak – winda nie przyjeżdżała. Nagle parter ruszył w górę, betonowa posadzka uniosła ją tak, jakby była windą, aż do połowy wysokości parteru. Stąd mogła widzieć pierwsze piętro. Drzwi do mieszkań zapisano białą kredą imionami Kacprów, Melchiorów i Baltazarów.  Ich rzędy mnożyły się, jeden pod drugim, różnymi charakterami pisma lakując wszystkie podwoje. Musiała to być godzina „zero” Święta Towarzystwa Jezusowego; chwila, w której należało oddawać cześć Istocie Wyższej, aby uchronić się przed jej gniewem.
      Bóstwo trzęsło ziemią u podstaw. Ołtarz wznosił się coraz wyżej, mijając kolejne zabarykadowane drzwi. Nie można było o tym nie myśleć, dać się temu, lecz myśli skupić na godzinach otwarcia biblioteki. Jutro wszystko opowie uwijającemu się wśród ksiąg mniejszych i większych Bibliotekarzowi. Opowie o tym, czego na własnej skórze dowiedziała się o baroku.