sobota, 29 października 2011

CZARNA STACJA







Wszystko, czego w tej chwili zdecydowanie potrzebowała, to długi kabel do mikrofonu. Za jego pomocą mogłaby wytyczyć dodatkową linię metra w mieście, w którym każda stacja była aż nazbyt dobrze oznakowana.  Gdy tylko go dostanie, wykreśli nowy szlak na poddziemnej mapie tak, aby połączenie z żadnym przedszkolem, bankiem i wielkoskalowym biznesem nie mogło konkurować z połączeniem z Czarną Stacją. Wszędzie wokół pełno było grajków, którzy zarabiali na swych wielokierunkowych talentach. Czemu by nie zanucić czegoś na ten temat, uchwycić ich niezauważalną na codzień obecność?

Skoro Czarna Stacja gubiła się w plątaninie krzyżujących się kolorowych linii, ludzie nie byli poinformowani o źródle energii. Na ułamek sekundy wychwytywali jej nazwę, którą szybko tracili z oczu, ponieważ w pobliżu zawsze mieściła się jakaś większa stacja, lepiej skomunikowana z innymi. Otwierane i zamykane drzwi znurzonej w podziemnym korycie kolejki wyrzucały na platformy partie zdezorietnowanego tłumu, którego pośpieszny ruch został dość precyzyjnie wytyczony. W takich okolicznościach nie było ani zbyt wielu możliwości ani czasu, żeby rozejrzeć się ba boki i rozpakować jakiś fragment rzeczywistości. Mnóstwo takich usuniętych, pozornie transparentnych kawałków wisiało w powietrzu.

Tymczasem to szczególne, i niejako narzucone przez pewien rytm życia, kolektywne wyparcie, dotykające świadmości każdego, kto znalazł się w L., umożliwiało funkcjonowanie całego jego bujnego i uporządkowanego zarazem podziemia. A bez podziemia – kto zaprzeczy? – nikomu nie byłoby łatwo na powierzchni. Zrobiłoby się jeszcze bardziej ciasno...zapanowałby poziom nieznośniego poirytowania bez możliwości jego werbalizacji. To, czego oficjalnie nie było na mapie, lub zaledwie zostało na niej zasygnalizowane, cyklicznie powracać musiało zatem kanałem świadomości indywidualnej, odciążając całą sytuację. Właśnie miało to miejsce w przypadku klubowej piosenkarki, która przyjechała tu na gościnne występy.

Jej najnowszy kawałek nosił tytuł „Czarna Stacja”. Dziś, późnym wieczorem miała odbyć się jego premiera w jednym z jazzowych klubów na Soho. Kolejne zwrotki próbnie przesuwały się przez głowę i docierały na miejsce jeszcze zanim ona tam dotarła. Nie była to piosenka o miłości, lub raczej, nie tylko o niej. W refrenie ni stąd ni zowąd pojawiała się Elektorwnia, do której niewielu udaje się dotrzeć podczas krótkiej wizyty w L. i nikt też nie wie, że to właśnie ona dostarcza ludziom energii do zwiedzania. Tym, którzy tu pracują zabiera ją i przekazuje rozkołysanym zakochanym. Wgnieceni w ziemię stanowią jej negatywny bilans, który znów pojawia się w drugiej zwrotce. Ktoś postanawia odnaleźć Czarną Stację, lecz zatrzymuje się w półdrogi i zawraca. Piosenka jest zatem metaforą potężnej mobilizacji życia naznaczonego jakąś katastrofalną beznadzieją, jednak z dużym akcentem humorystycznym, ponieważ życie, o którym opowiada, przeżywane jest z perspektywy za krótkiego czarnego kabla do mikrtofonu.

I’m standing on a platform i palcem wskazuje na rozblyskujący w ciemności jaskrawoniebieski neon jazz club’u, w którym wkrótce ma się odbyć koncert. Przed klubem ciągnie się kolejka dość elegancko ubranych osób, a po ulicy przetacza pełno poprzebieranych ludzi. W końcu jest Holloween. Black Station is continously black. Mamy tu zombie, trupy w różnym stanie rozkładu, powieszonych, poderżnięte gardła, seksowne czarownice i towarzyszące im wypięte jak dynie męskie brzuchy. Mimo wesołych nastrojów, można odnieść wrażenie śmiertelnej nudy w towarzystwie popularnego święta. Just Electro-station, is what I’m up to, a przebierańcy śmieją się, ponieważ udało jej się znaleźć kawałek czarnego kabla, którym wymachuje na wszystkie strony, na chybił trafił, smagając ich po twarzach, sięgając po tamtych...po czym jej twarz pochmurnie gaśnie, a kabel położony na chodniku układa się w regularny wzór skrótu do Czarnej Stacji.

wtorek, 4 października 2011

OPUSZKI PRZEDWYBORBCZE



Starte od kartkowania stron, wyślizgane od stanowienia powierzchni między dłonią a czołem, miały niebawem ująć długopis, co do którego aktu istniała duża wątpliwość, czy się nie wyślizgnie z przechowywanego w głowie notatnika „do zrobienia”. W kulturze istot pozbawionych jednego wydalniczego układu, takich jak on, Ojczyzna jest świeża z rana, we dnie w nocy, zawsze tobie ku pomocy, dlatego wizja  wilgotnego monogramu spinającego kilka rzeczywistości na raz, w którą co chwila przeobrażała się decyzja wykonania inicjałów na papierze, wybudzała go z prawie żywego stosunku do zbliżających się wyborów.