wtorek, 22 listopada 2011

TU RZĄDZI GABRYSIA (pamiętniki pensjonarki na emigracji)




Dzień 1
- A ta Gabrysia to dopiero kolekcjonuje ludzi…
Schody poniosły głos starej, usadzonej na kuchennym stołku kobiety aż do wchodzącej po nich gospodyni i dziewczyny z dużą, niebieską walizką.

- Tu jest twój pokój. Nie mam jeszcze zasłonki, więc opuszczaj ten kawałek materiału. Tam na prawo jest łazienka. Jutro sobie kupisz papier. Na noc wyłączam centralne, więc teraz niech się pokój nagrzeje.
Na twarzy wypowiadającej się nerwowym tonem kobiety o kasztanowych włosach nie było już śladu urody, którą znać było na licznych rodzinnych zdjęciach portretowych zawieszonych na ścianach prowadzących do jej pokoju. Była to raczej twarz podniszczona stresem i jakimś rodzajem przeczuwanego wyczerpującego lenistwa.
  
Dzień …
- Gdzie byłaś?
- Przed domem, zapalić papierosa.
- Nie pal tam. Mam strasznie wredną sąsiadkę. Nie może wiedzieć, że u mnie mieszkasz. Zaraz to zgłosi, a ja nie podpisałam z tobą umowy.
- A to nie mogę być w roli dalszej rodziny w razie czego?
- Chodź na górę, pokażę ci miejsce, w którym możesz palić.
Wchodzą na trzecie, ostatnie piętro domu. Dziewczyna dostrzega na plecach pani Gabrieli, w przerwie między gumką od zielonych spodni dresowych i zakończeniem pomarańczowej bluzki, tatuaż. Jest jednak ciemno i trudno dostrzec, co przedstawia. Kobieta zapala światło.
- Tu będziesz zdejmować klapki i nakładać czerwone sandały.
Na tarasie jest stolik, przy którym obie stają.
- Jeśli już musisz palić, to tu stoi prowizoryczna popielniczka z wodą. Ja nie palę tego świństwa od 30 lat, ale moje koleżanki czasem palą.
Dziewczyna zapala papierosa. Pani Gabriela siada na krześle i bierze się za konserwacje mebla, który znalazła na wystawce.
- Potem dam ci do szafy mydełko, żeby tam nie śmierdziało. Pół mojej rodziny umarło na raka. A fuj! Tylko jak pranie tu będzie stało, to odejdź dalej z tym papierosem.
- Mogę w ogóle iść na drugą stronę tarasu.
- Nie, nie musisz. Spokojnie. Jak nie ma wiatru to nie doleci.

Dzień…
- Wychodzisz dziś?
- Tak.
- A gdzie?
- A dlaczego pani pyta?
- Ponieważ mam wagon papierosów do sprzedania. Może twoi znajomi palą? 4 funty za paczkę.
- O nie, to zdecydowanie niepalący ludzie.

Dzień…
Od 5 rano pani Gabriela lepi w kuchni pierogi, natomiast od południa robi kluski śląskie.
- Iza, Zosia i…ta trzecia, chodźcie.
Do pokoju dziewczyny puka Zosia.
- Mama przesyła kluski.

Dzień…
- Wszystko tylko nie to – pani Gabriela zaczyna swoją gawędę. – Ja wiem, że ten kubek jest duży i bardzo fajny, ale on jest mój.
- Czy ma pani może pożyczyć konwerter?
- Dam ci jak znajdę. Acha, muszę recycling wynieść. Przypomnijcie mi wszyscy, bo w zeszłym tygodniu tego nie zrobiłam.

Dzień
- Czy ty dzisiaj gdzieś zamierzasz wychodzić?
- Nie, wciąż jestem chora, a co?
- Jak byś miała zostać na noc u jakiejś koleżanki, bo nie mówię, że u narzeczonego, to daj chociaż znać. Jak ktoś u mnie mieszka, to ja czuję się poniekąd odpowiedzialna. I otwórz okno w pokoju, żeby nie było duszno i żeby wywietrzyć zarazki. Mały się w nocy obudził i kaszlał. Jeszcze by tego brakowało, żeby się dziecko rozchorowało! Iza musiała do niego schodzić. Acha, wczoraj zostawiłaś na korytarzu plecak i buty. Myślałam, że się prze-wró-cę!

Dni zaczęły się zlewać w jeden bombastycznie dziwny dzień o nazwie „emigracja na emigracji”. W domu coś zaczęło strasznie śmierdzieć. Jakby rozkładające się surowe mięsko, przed którym ryżowy worek nie jest w stanie nas zabezpieczyć. Chociaż nikt go nie zamierzał smażyć, z samego rana włączała się czujka przeciwpożarowa i buczała głośno w niezrozumiałym języku. Podobnie język angielski w wykonaniu Hindusa może być niezrozumiały, gdy Hindus dzwoni z Indii do Anglii i próbuje wytłumaczyć zasady podłączania dodatkowego komputera pod internetową sieć domowa. Trwa to i trwa. Cały miesiąc i dłużej. Przeziębienie nie wybiera. Śmierć bobasa nastąpiła w sekundę, w straszliwych męczarniach. Konwerter raz był, a raz go nie było.  Mnożyły się za to domysły o ilość zużytych kropli wody w małej kawiarence pensjonarki oraz pytania o jej wychodne na ksiuty, co wraz z okrutnym rodzajem czułości, przejawiającej się przez negację i jej natychmiastowe, łagodzące zaprzeczenie, znów było dniem o nazwie „emigracja na emigracji”.  „Czy mogę…” „Nie, to chyba nie jest najlepszy moment…” „Chodź, wracaj, przecież ja tylko tak gadam”. Największa łaska pani Gabrieli? „Ja tylko tak gadam, żeby gadać. Jak się wygadam, to przestanę. Nie trzeba zwracać na to moje gadanie uwagi. Już nie gadam. ”

wtorek, 8 listopada 2011

SPOWIEDŹ



Przyjmij, księże biskupie, moją spowiedź w formie jaką dla niej zaproponowałam. Amen.


Goście poproszeni, aby przenieść się z nad brzegu jeziora na wzgórze, gdzie w wynajętej sali odbywa się przyjęcie komunijne - pies mnie pochapał! Także i wy, koledzy i koleżanki z pracy, słuchajcie uważnie: nie wynajmujcie żaglówki, jeśli obawiacie się, że złapie trzeszczący wiatr w żagiel i zbyt prędko posunie w stronę naprzeciwległego brzegu. Ciasne widoki ozdobionych bibliotek ustąpcie widokowi światyni, smażalni ryb i sklepowi z wydłużonym dachem, na który ten pies nauczył mnie skakać.

Muszę kupć krem w jednym z waszych sklepów. Muszę uklęknąć, nasmarować kolana i wargi. Nie było czasu na wydłużone marzenia, na przyzwyczajenie, na przekonywanie. Zaatakował mnie po raz wtóry, ponieważ wziął mnie za aktrakcyjny wiatr, który w tym czasie przerzucał przez jezioro tęcze. Duży, szary pies o wysuwających spod siersci bąblach policzków jak u człowieka. Przypomniał mi o Dizzy Gillespie. Skakał wysoko i mnie nauczył skakać. Kłapał paszczą jak w zabawie, ale skąd mógł wiedzieć, prosze księdza, że chapał.

I wtedy zaczęłam skakać naprawdę wysoko... Przestałam słyszeć szum jeziora i głosy koleżanek, które opowadały o tym, że potrzebują czasu, żeby się przyzwyczaić do nowego partnera. Z różnych względów, wie ksiądz... Tymczasem nie było wysokości, na którą nie sięgnąłby ów pies. MIał zgrabny tyłek, bardzo długie nogi i tyle w sobie energii.  Przyznaję, wskoczyłam na dach Społem, ale całe szczęscie, bo przez chwilę przestał mnie widzieć.

Ksiądz się pewnie zastanawia, czemu ja mówię o tej wysokości. A bo mnie się to skojarzyło z podróżą z piekła do nieba i z nieba do piekła. Proszę mi nie dawać rozgrzeszenia. Nie mogę wrócić na ziemię. Albo wrócę, wrócę i siodę na chodniku, żeby mnie rozszarpał. Ale wtedy, myślę straci zainteresowanie, ponieważ przestanę skakać. Mam twarz w dłoniach i nie widzę tęczy. Ksiądz wie, co to jest kichnięcie? To proszę teraz kichnąć, bo chciałaym wyleć z kościoła jak z procy.

niedziela, 6 listopada 2011

POKOŁYSZ GO, ALBO ODERWANA MATKA




Scena końcowa filmu Rosemary’s Baby (1968) umieściła mnie na przestronnym łożu -  w roli nałożnicy Nieoczekiwanego. Pierwsza, której się to przydarzyło, była oczywiście Rosemary, co daje mi przewagę i wrażenie, że mogę coś z tym zrobić. 

Odwiedziny, jak pamiętamy, nastąpiły pod pokładem targanej sztormem łodzi, gdzie główna bohaterka dostała się na rozkołysanej tratwie snu.  Umysł kobiety, odurzony deserem podsuniętym przez wścibką, uwikłaną w kult Szatana sąsiadkę, Minnie Castevet, wytwarza  jedyną możliwość podglądu (preview) prawdziewej fizjonomii Pana Ciemności, albo może jego dziewczyny, Bestii. Ciało ma w każdym razie wyolbrzymione, zwięrzęce. Szatan Rosemary ma wielkie szpony zakończone ostrymi pazurami; jest kosmaty, a jego oczy świecą czerwonym światłem. Te fragmenty folklorystycznej wyobrazi tworzą obraz niejako wymuszonej na świadomości Rosemary fantazji na temat nadprzyrodzonego charakteru stosunku seksualengo. Tyleż męska, co kobieca fantazja nie była by jednak dla nas zbyt interesująca, gdyby nie fakt, że składa się ona na ikonografię psychologicznie bardziej złożonej sceny.

Co czyni film nieśmiertelnie atrakcyjnym i pociągającym to obraz prostej, czarnej kołyski, do którego od początku zmierza akcja filmu. To właśnie w finalnej scenie, rozgrywającej się w apartamencie państwa Castavetów, widzowie - jako część Nowojorskiej socjety satanistów, nieco próżna, wygodna publiczność - towarzyszą Rosemary, którą kieruje pragnienie ujrzenia swego dziecka. ... Albo znajdują się tuż za jej plecami, przed ostrzem trzymanego przez nią kuchennego noża, dokładnie z tego powodu, że nie pomieścili się w zasłoniętej kołysce. Niewątpliwie to scena Niepokalanego Począcia arebours powraca. Tak jak Rosemary wcześniej dryfowała ku swemu Przeznaczeniu, pozbawona woli, by odwrócić kolej rzeczy, tak widz - podekscytowany narastającym z każdym zbliżającym do kołyski krokiem napięciem - oczekuje na zupełnie białym matracu, po którym najprawdopodobniej musiał przebiec czarny robak. Nie wiadomo czego się bać, skoro jest rzeczą mało pewną, że coś czmychnęło i być może okazja już się nie powtórzy, że tuż za progiem sypialni stoi przecież Ktoś, kogo już gdzieś poznaliśmy. Czy spełni to, co napiętrzyła wyobraźnia w trakcie jego nieobecności, czy rozczaruje?

Groźba rozczarowania wciąż wisi nad Rosemary, która również spowiada się dość często, wypowiadając zaklęcia-modlitwy w imieniu swego Dziecka: Nie martw się mały Andy lub Jenny.  Starając się chronić to, co społecznie akceptowalne, władając męskimi i żeńskimi imionami Dziecięcia jak sterem, który może przywrócić stateczek na morze normalności, pozwolić schronić się w znajomym porcie, zaczyna zdawać sobie sprawę, że pewna społeczność weszła z nią w konflikt, ponieważ stanęła na jej drodzę do realziacji ideału szczęściwej i normalnej rodziny. Bez skrupułów potraktowana jako instrument począcia Syna Szatana, na swoim ziemskim materacu gotowa jest zmierzyć się z tym, co ją przeleciało w otchłani snu, czy będzie to robak mniejszy, czy większy. Gotowa jest uchylić załonę kołyski i uchwycić jego nie-ludzkie kształty. Gotowa jest być dla niego Nieoczekiwaną Matką.

Po pierwszej wizycie u Romana i Minnie Castavetów, Rosmary pyta swojego męża, Guy’a, czy zauważył, że ich dobrotliwi sąsiedzi zdjęli ze ścian obrazy, że powiesili mniejszy na miejscu większego. Kiedy wkracza do ich apartamentu jako Matka Adriana, na korytarzu z ukosa widzi obraz przedstawiający płonącą świątynię, dalej w jendym z mijanych przez nią pokoi, również pod kątem i bez możliwości dokładnej identyfikacji sceny, widzi obraz, ukazujący najparwdopodobniej grupę czarowników. Kiedy wkracza do salonu, głosy zdziwienia i odksztuszenia brzmią mało spektakularnie, ponieważ wszyscy wiedzą, że ten moment musiał nastąpić. Jest to scena fimowa, kadr, nie obraz. Malarstwo, które zapewniało jej poczucie realności w tej sytuacji, „pchnęło” ją w samo serce uczestwnictwa w satanistycznym sabacie.  Zamknij się. Jesteś w Dubrowniku Rosemary jest stanowcza, gdy ktoś próbuje ją powstrzymać. Co spodziewa się zobaczyć w kołysce, kiedy Andy i Jenny okazują się rojeniami? Czy na dnie jej serca nie żarzy się najgorętsze uczucie względem oczekiwania? Takie wyjaśnienie wydaje się całkiem sensowne, biorąc również pod uwagę to, jak bardzo obawia się zawodu. To dlatego moment podchodzenia do kołyski rozciąga się na cały film. I kiedy Roman Castavet prosi Rosemary, aby pokołysała Syna Szatana, który wystąpił z piekieł, aby począć dziecko ze śmiertelną kobietą, ta wreszcie wydaje się być szczęśliwa i spokojna.