sobota, 10 grudnia 2011

LIST DO PANI GRAŻYNY KULCZYK





Szanowna Pani, mój sen:

Rzecz dzieje się w korytarzu wielkiego budynku. Jest w nim mnóstwo sal wykładowych, w których tłoczą się słuchacze i gdzie trudno się połapać, czego dotyczą wykłady. W każdym razie ja zmierzam na wykład o sztuce amerykańskiej.

Z Panią mijam się w przejściu zaaranżowanym na handlową wystawę do posiedzenia. Spoglądam na małą czarną torebeczkę położoną na krześle, a wtedy Pani powiada „Chodź do mnie. U mnie dostaniesz taką torebkę za połowę ceny. Ba, za jedyne 11 zł.” Trudno mi uwierzyć, aby skórzana torebka od Christiana Diora mogła kosztować tak niewiele. Wydaje mi się, że sytuacja jest snem i już chcę iść dalej, kiedy Pani z ziemi po ścianie chyżo dostaje się na sufit i przemawia do mnie głową zwieszoną, do góry nogami. Wiele w tym pomysłowości i dynamizmu. Znacznie bardziej mnie Pani interesuje w ten sposób zwracając moją uwagę niż gdy oferowała mi tamtą torebkę.

Zwłaszcza odwrócona twarz, której można się przyjrzeć dokładniej. Twarz otoczona nimbem powietrza spoza dusznej społecznej przestrzeni. Już wtedy, gdy zdałam sobie sprawę, że rzadko komu nadarza się okazja takiego widoku, narodziła się we mnie idea, żeby napisać do Pani list. Gdy patrzyłam, twarz przestała mówić i nagabywać mnie. Przestała się niepokoić i było coraz czystsze fenomenologiczne połączenie między nami. Jakieś wpływowe persony tłoczyły się do wygenerowanego przeze mnie widoku, ale ogłuszane subiektywną wizją  nie docierały do samej twarzy, lecz zalepiały jej obrzeża z odległości.

Sen się skończył i obudziła się potrzeba pisania do możnych tego świata. Podobnie jak to miało miejsce w XII wieku, kiedy Hildegarda z Bingen pisała do Fryderyka Barbarossy, króla niemieckiego, w sprawie fundamentalnej dla jej czasu. Pani Grażyno, niewątpliwie jest Pani ikoną Poznania, ale rzadko kiedy można Panią widzieć i właśnie ten fakt drobiazgowo zapada w pamięć. W moim śnie – jednym z wielu snów w mej kolekcji – jest Pani ikoną inną niż Marylin Monroe i pewno już bliżej Pani do ekstrawaganckiego i nieśmiałego zarazem Andy Warhola. Pełną fluorescencyjnego spokoju.  

Wszystkiego dobrego na święta i Nowy Rok,
Ewelina Jarosz 

poniedziałek, 5 grudnia 2011

WYJEŻDŻAMY Z OWCĄ NA SYBERIĘ






Stowarzyszenie Sybiraków zaprosiło mnie i Czarną Owcę na wielotygodniowy plener „ZESŁANIE”. W 5 minut spakowałam walizkę, nie zapominając nasypać trochę karmy wegetariańskiej do bocznej przegródki. Nic mnie tu przecież nie trzyma. Polska jest naprawdę trudnym krajem, czasem nie do wytrzymania. Zaproszenie nastąpiło po tym, jak ogłosiłam, że dla mnie tylko S-y-b-e-r-i-a. Stowarzyszenie zapewne chce mi pokazać, że ja nie wiem co mówię. Nie będę się tym jednak przejmować, bo to ludzie na swój sposób przecież dojrzali. Ponieważ jestem przekonana, że będzie mi tam dobrze, mam wytrysk co pięć minut i to wystarczy.

Owca pomaga mi pchać toboły, dlatego mogę pozwolić sobie na kilka słów pożegnania. Kochani, przez prawie cztery lata mieliśmy szansę bliżej się poznać, lecz nie skorzystaliśmy z niej. Tempo współczesnego życia jest przerażające. Człowiek nie nadąża, a ten niedoczas dotyczy zwłaszcza spraw najważniejszych. Do tych należy bliskość z drugą osobą. Życie przemija, ani się nie obejrzysz, a się skończy. Ludzie częściej wolą mieć nas pod kontrolą, pod sobą niż widzieć jak w świetle księżycowej pełni szykujemy się na plener. A ja właśnie chcę powiedzieć, że jeśli jeszcze będę gadać to mi pociąg zwieje.

No to ten tego, dowiedzenia. 

sobota, 3 grudnia 2011

Murzyn z Hif



Jak Afrodyta z wody z jeziora wyłonił się Murzyn z Hif.  Z brzegu było tylko dwa kilometry do Łodzi i jakieś trzy minuty do przystanku; a znacznie dalej do Poznania, mimo, że do niego należy to miejskie jezioro.

Kiedy przechadzał się w słońcu po piaszczystym brzegu, było tak, jakby statek sunął przez oświetlone brzegi Tamizy. Już prawie prawie na miejscu, ale jeszcze siermiężnie nie dziś…

„Znam go” powiedziała do mnie jedna blondynka zrzucając kąpielowy strój w przebieralni „Może nie wygląda, ale lubi dziewczyny zupełnie oryginalne i psychicznie silne, nie takie jak on”

„Czy chcesz mi przez to powiedzieć, że on przychodzi do wody wypływać swoją chorobę?”

„Tak, ona mu spływa po barczystych mięśniach i zwartych pośladkach”

I nagle wszystko stało się jasne i zrozumiałe. Nie trzeba było żadnego tłumacza kodu ani wyższego rzędu heurysty, aby domyśleć się, że mimo choroby Murzyna ciągnęło mnie do niego. Nie chciałam trzymać się z boku. Byłam kobietą, a on mężczyzną.  

GŁOWA




Mieć głowę pustą od dat
Przez którą przezimują lot ptaki
Mieć głowę lżejszą niż nogi
Wiatr przemyca inne głowy
Mieć głowę zaśnieżoną
I do snu pokrytą zaspą lat
Długą jak firana do ziemi
Bez przerwy z widokiem na
Liściem spowite podglebie
Mieć głowę odciętą nożem
Cwałującą po podłodze
Patataj!