sobota, 24 marca 2012

Mój ojciec ma grzywę fali






Od jakiegoś czasu stoimy z Ojcem nad brzegiem zatoki. Fale uderzają o nasze bose stopy. Słyszę szelest transparentnych zasłon w kabinach prysznicowych nadmorskiego hotelu. Nie zagłusza go dźwięk rozrywanej pod naporem wzburzonej wody tafli morza. Przeciwnie, ten przede wszystkim niepokojący szelest spływa w zakątkach moich uszu. Na szczęście nie ma już dla mnie strachu, który towarzyszył mi przez całe życie.

W powietrzu unoszą się dwa odmienne zapachy ludzkich ciał, zupełnie jakbyśmy byli dwiema odkręconymi fiolkami, z których sączą się nieoswojone wonie o jedwabnych nitkach. Chociaż jesteśmy do siebie podobni jak dwie krople wody, nie mogę sięgnąć ręką do wnętrza jego fiolki. Moja dłoń tam nie sięga – wydaje się być za daleko, mimo że stoi jak nigdy dotąd blisko. Ramię w ramię.

Być może właśnie ze względu na uderzające odczuwanie tego podobieństwa i szarganej wspólnoty, jaka się z nim wiąże, nie mogę spojrzeć Ojcu prosto w twarz. Oglądam ją natomiast uważnie z profilu. Spoglądam z ukosa na jego gładki policzek, szklący się jasnością morskiej soli. Patrzę mu w oczy oczami kolejnej nadchodzącej fali…

Chciałabym być fioletowym apokaliptycznym gejzerem i móc wreszcie przerwać ten nieznośny spokój.

„Twoje ciało wypełnione zostanie męskim żelem pod prysznic” powiadam. „ Gdyby nie to, że na swych chłopięcych policzkach dla mnie zawsze będziesz nosił brodę jak Talib, w swoich snach przypominałbyś Mojżesza” dodaję skwapliwie. „ Czy i ty nie widzisz, że nasze fryzury stworzone zostały z jednej fali? Że nasze czoła szlifował ten sam bruk nadmorskiego bulwaru o szóstej nad ranem w piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek…?”

Mój Ojciec słów tyle już wypowiedział w swoim życiu i tyle już swoich zdjęć pokazał moim koleżankom, że ta nagła nieuchwytność jego fizjonomii oraz uporczywe milczenie, do którego nie nawykłam sprawiają, że pragnę się do niego zbliżyć. Teraz, odsuwając mnie od siebie niechcący, równie dobrze mógłby być mną, zmęczoną odbijaniem w sobie refleksów jego zawsze drażniącego mnie istnienia, zbyt ignorującego wszystko prócz siebie, nadmiernie sympatyzującego tylko ze swoimi snami.

Kiedy uświadamiam sobie, że mam na głowię taka samą falę jak ma morze, czuję się w towarzystwie Ojca znacznie lepiej. Oboje przecież zostaliśmy wychowani w odległości nie większej niż dwieście metrów od morskiego brzegu. Karawana fal nie niesie aż tak wielkich różnic, abyśmy nie mogli siebie rozpoznać za jakieś kilka… lat na tym piaszczystym obwodzie. Poza tym ta przestrzeń zobowiązuje.

Ledwie poruszony obraz umieszczonego w nieokreślonych latach momentu, kiedy stworzę Ojca – jak ptaki tworzą swoje trele bardzo wczesną porą, w której ludzie jeszcze często śpią – już teraz, na przemian boleśnie i kojąco, co jakiś czas narasta we mnie i wytraca moją uwagę na twoje sprawy.

***

Chciałabym, aby te twoje sprawy miały w sobie gęstość całkiem, lub chociaż odrobinę inną niż ma morze. Żeby wiał wiatr, który nie będzie ich zagłuszał. Żeby w tych sprawach mieściło się tylko jedno ziarnko piasku. Twoja grzywa nie przypomina niczego, co znam. Na szczęście to nie jest klimat Oazy! No może trochę podobna jest do stromego nadzienia grafomańskiej próżni, jaką telepatycznie wytrwale mnie obdarzasz. Ta wytrwałość mi imponuje. Do tego stopnia, że postanowiłam przez tydzień się nie myć, aby nabrać nie lada hardości. Podnoszę sztywny kołnierz, tu i tam poprawiam. Bardzo interesują mnie te śmiertelnych sprawy, o których od dawna chciałam usłyszeć. Obiecuję, kiedyś też przestanę zadręczać Mamę.