piątek, 15 czerwca 2012

FALA





– Ty penerze!!! Ty…
Trochę biało-szarego tynku się osypało. Trochę jeszcze posiwiał od tego jej krzyku, zawieszony na jednej ręce, w drugiej zaciskając zgrzebną torbę, w której nosił klejnoty swego życia. Za tą torbą poleciał w dół, choć nie był to długi lot, bo z okna pierwszego piętra starej kamienicy z ogródkiem.
Niedawno skoszono tu trawę. A trawa ta długo, a nawet bardzo dłogo rosła na ulicy Owsianej. Przeturlał się raz pośród śmieci, rozwartej oldskulowej portmonetki, kilku butelek. Otrzepał sztruksowe spodnie.
– Byś mi tu nie wracał!
Gadająca pięść wysunęła zaciśnięte zwłoki miłosnego spotkania i cisnęła je prosto na trawnik, chybiając.
– Hi hi hi. Cha cha cha. Nawet nas nie widzi!
– Sza…
Był obserwowany ze schodów na ganku i gdy tylko się zorientował niczym sprężyna podskoczył i w mig znalazł się naprzeciwko palących papierosy kobiet. Wyciągnął dłoń ku jednej z nich.
– Włodek. Pani. A miło, miło. Wyrzuciła mnie, klątwa. Że niby za studentkami ganiam (…) Człowiek przychodzi, o. Elegancko wódkę jej polewa. Pani, co za historia. Gdzie ja ze studentkami! (…) To co innego. Ona ma sześćdziesiąt parę lat. Polewam jej wódkę (…) Niech ona się puknie w głowę. Oczywiście, że jak człowieka zapraszają, to falaaaa…
Był chudy jak wiór i miał bławatkowe oczy, które pływały w lewo i w prawo pomiędzy jego uszami. Jego mowa była dla nich częściowo niezrozumiała, zależna od wielu skomplikowanych czynników psychosomatycznych. Jeszcze za mało, o wiele za mało na tym ganku siedziały.
– A tu się chyba nie przedstawiłem. Włodek, miła pani (…) Gdzie ja i te, które wyglądają jak studentki? Które się pyta o dowód w wieku trzydziestu sześciu lat. Ona wdowa, mówię jej (…) od wielu lat. Przychodzę do niej. Wódki polewam, raz, dwa, a ona nie chcę mnie wypuścić. Drzwi zamknęła na cztery spusty, cholera jasna, to ja myk oknem. Tędy zawsze prędzej.
Macha ręką w kierunku gardła pełnego gniewu i krwi. Jego słowa posiłkują się dłonią, która naśladuje ruch fali. Jej słowa bulgocą i topią się w powietrzu czerwcowego wieczoru.
Kobiety kończą palić papierosa. Wstają. Znikają za drzwiami klatki schodowej.

Fala nadchodzi od strony budynku, który byłby doskonałą mentalną reprezentacją szkoły podstawowej mieszczącej się na pewnym osiedlu, gdyby nie fakt, że nie tam go odwiedzały. Nie tam, lecz tam im dopiero dawał popalić. Wszystkie by pouciekały! Uścisk taki, że tego nie zniesiesz. Żądał od nich niemożliwego. Nigdy nie tego werbalizował. Nigdy jeszcze nie poszły tak daleko. Sen stawiał je w kłopotliwej sytuacji. Spłuczka przestała działać. Chciał…Często wymiotowały do umywalki, choć ciąża była przecież niemożliwa. Wyciskały to z siebie. Raz był Mattem Dimonem, raz zabarykadowanym grzmotem, którego śmiech rozsadzał ściany. Budziły się w nocy zalane dreszczami – studentki wypośrodkowane – każda w swoim rytmie, w innej godzinie, w innej minucie. Żadna z nich nie była pewna, czy spała na górze, czy na dole. Każde odwiedziny niosły w sobie właśnie to ryzyko, które niestety powodowało utratę tchu i ani jedna ani druga nie chciała przetoczyć się we śnie na jego stronę.

Władysław Fala, ur. 1947 roku na strychu, który w późnych latach 90. został zaadoptowany na przytulne mieszkanie. Kiedyś miał długie, lniane włosy. Zmarł śmiercią tragiczną, wieszając się na konstrukcji dachowej obnażonej podczas jednego z remontów. Nie znosił remontów, małej stabilizacji, brania, które miał u kobiet. Od tej pory regularnie odwiedza mieszkanki pewnej kamienicy na ul. Owsianej, którym grzecznie się przedstawia.