piątek, 28 grudnia 2012

Opowiadanie eroticzne




W całym mieście nie było już chyba tej ulicy, na której niegdyś mieścił się jego warsztat! Aleja, po której akurat jechała rowerem, za każdym załamaniem koła opadała w górę i wznosiła się w dół. Droga kręta, którą dość szybko trafiła jednak na miejsce.

Nazwa warsztatu brzmiała jak przestroga, a sam warsztat słynął z tego, że pracował w nim mężczyzna ubrany w niebieski uniform. Ponad jego twarzą i jakby oparty o mesmeryzujący srebrny śrubokręt wznosił się samochód na lawecie, niebieski Ferrari Aurea, powiedzmy. Patrząc na autko kątem oka, momentami wydawało jej się, że mężczyzna proponował jej jakiś szczególny, aż nieprzystający do jego profesji rodzaj półobrotu, jak gdyby w zamian oczekując na impuls od niej, który pozwoliłby mu zrealizować go w pełni.  

Kobieta pomyślała: „o, w tym warsztacie bawimy się na poważnie”

Mężczyzna już stał w tej samej pozycji co ona, z dłońmi opartymi o krawędź roboczego stołu, przy którym załatwiał interesy. Jak gdyby mieli sobie coś jeszcze wyjaśnić. To jednak nie wszystko. Pochylał się tak jak ona, gdy coś komuś oferuje, nieważne czy w dobym, czy złym guście.  Był bardzo z siebie niezadowolony, jego oczy przypominały dwa lustra, które za chwile pękną. Roboczy uniform i tylko on, niczym gradowa chumra, zbierał owoce pożądania. 

Pełna napięcia teraźniejszość kobiety i mężczyzny dawała się uchwycić jako wszystko to, co dopiero miało się wydarzyć, a jednocześnie dawno już się wydarzyło. 

Sądziła, iż się dmomyśla, że możliwość odbycia w ten zimowy dzień stosunku seksualnego z nim roznieciła w niej dziewicze pożądanie. Był jednak jej rywalem, zamieszkujacym królestwo nieprzystające do jej królestwa. Ona dawała mu mgliste zmysłowe pojęcie, rozkosz rzadko spotykaną w tym zaczadzonym od mechaniki miejscu.

Udała się w kierunku pierwszego kiosku, żeby kupić prezerwatywy. Wyprawa podniecała ją, dawała adrenalinę, pobudzała potrzebę defekowania. Taki stan nie trwa wiecznie. Myśl o pustych, cienkich, ślepych kiszkach, które mogą napełniać się cielesną zawartością  rosła w niej, aż w końcu stała się tak nieznośnie ogromna, że przeistoczyła się w fantazję na temat brody Taliba, który dymał ją pod kątem 90 st. i pod wojskowym natryskiem zarazem. Tak, jakby nigdy nie miał zejść jej z drogi.

Kioski były nieczynne. Jakiś koszmar. Inne z kolei były naprawdę malutkie i drewniane w porównaniu z warsztatem samochodowego mechanika! Miały małe okienka, przez które widać było gazety i gumy do żucia Orbit w różnych smakach. Kioski, przeklęte - już trzeci - nie były zaopatrzone!

Zaszczycił ją, o tak. Ponieważ zadawała pytania. Czy gumką ma być teraz zapach gumy nasycający powietrze, które się wdycha w twoim miejscu pracy, Kochanie? Czy twoje ręce, które przed chwilą wycierałeś w gazety, po naszym spotkaniu walać się będą po podłodze jak niepańskie części od samochodu? Czy rozciągliwego gumowia moich owulacji już wystarczy? Doczołgajmy się razem do końca tego zdania. Chyba że warsztat będzie jutro otwarty. Samochód pozwala mi przypuszczać, że ten garaż ma tam gdzieś jeszcze z tyłu nie lada zaplecze….

sobota, 1 grudnia 2012

Żywa Poetka




W kawiarni przy Okienku
a raczej na jego pierwszym planie
siedziały dwie panie
z których jedna, drogie dzieci,
to Poetka…

Ona się swoim ciastkiem ulubionym nie dzieli
tylko palcem wskazuje jak ty, robaczku,
włoski orzech ze świecznika wydłubujesz

Poetka.
A między Nią a tobą
Serwetka.

Dla Niej jest to serwetka koronkowa,
dla ciebie pretekst, żeby ją złożyć
w taką pozycję, list, mostek,
gdzie nikt jej jeszcze nie całował.

Ona swej poezji zazdrośnie strzeże
Nie kupczy nią, nie wyryje paznokciem w drewnie
I w tym też przypadku podwójnie się jawi:
z oknem w tle i fiatem 126 Pe.