sobota, 16 lutego 2013

WAKACJE W GRANDZIE





Weekend w sopockim Grandzie i myśli o wyskoczeniu z okna natychmiast cię opuszczą.

Mijając osobę w drzwiach obrotowych, z zakupioną przed chwilą w kiosku na Monciaku gazetą, kątem oka zwróciła uwagę na sposób afiszowania się najsłynniejszego hotel w Sopocie podczas martwego sezonu. Ten napis, oderwany od swego nośnika – grubej, powiewającej na zewnątrz markizy – utkwił jej przed oczami, gdy stanęła przy recepcji, aby podjąć klucz.

Po remoncie hotelu recepcja została wycofana z hallu głównego do niewielkiego, osobnego pomieszczenia. O tej porze roku wystarczyło w zupełności, aby pracowała tu jedna recepcjonistka. Ze względu na przedłużające się kameralne warunki panujące w hotelu, przez ostatnie dwa dni kobieta zdążyła poznać gościa na wyrywki. Chociaż oczywiście nie pokazywała dziewczynie osobistego stosunku do niej. Tym razem Zuzia mogła się jednak domyślić, że nie jest tu zwykłym gościem. Uderzyła ją modyfikacja starodawnych manier, które dotychczas tak ją zaskakiwały u tutejszej obsługi; stanowiących zapewne część oferty, z której pilnie skorzystała.  Nagła zmiana tonu, która jednocześnie musiała mieć coś wspólnego ze konwencją straceńczej reklamy, mającej przyciągnąć gości w sezonie jesienno-zimowo-wiosennym.



-  Czy jest dla mnie jakaś prasa? – zapytała, nieuważnie wyciągając dłoń przed siebie.
-  Tak się przyjmuje z okna pierwszy wiosenny deszcz, a nie klucz – wtrącił stary portier o wypomadowanym wąsie, przesuwając akurat za jej plecami trzeszczący wózek na walizki.
- Jest dostępna tam gdzie zwykle, w kąciku prasowym - recepcjonistka gestem ręki wskazała na polakierowaną deskę umocowaną w ścianie.  – Może nie miała pani jeszcze czasu zauważyć, ale dziś jest niedziela. Przy okazji skłania mnie to, aby zapytać, czy zdecydowała już pani o dacie zakończenia swego pobytu w Grand Hotelu?
- Wiem, że przygotowana przez państwa oferta obejmuje cały weekend. Zostanę jeszcze jeden dzień – odparła niedbale, nie słuchając co się do nie mówi, na darmo też skrywając wielkie poruszenie, które widać było na jej twarzy, gdy dowiedziawszy się o dniu tygodnia, rozchyliła dotychczas zaciskaną pod pachą gazetę.
- Bardzo się cieszymy z tego powodu. Nie chce pani dłużej zatrzymywać – kontynuowała uprzejmie, lecz nagle bez cierpliwości –  jednak dyrektor hotelu, w porozumieniu z administratorem budynku, prosił, abym panią poinformowała, że ze względu na sposób  użytkowania przez panią pewnej jego części, będziemy musieli doliczyć do pani rachunku kaucję w wysokości 1600 zł.
- Słucham?! – Zuzanna podniosła twarz znad gazety, którą następnie upuściła na świeżo odkurzony czerwony dywanik. Nerwowe krygowanie się recepcjonistki omal nie wyprowadziło ją z równowagi – Nie rozumiem, co ma pani na myśli.
- Proszę. Tu oto. Zechce pani podjeść.

Kobieta w średnim wieku, o dobrodusznym wyrazie twarzy i blond włosach spiętych w gruby kuc, wyciągnęła spod lady rulon z planem budynku. Rozłożyła go na jej wypolerowanej płaszczyźnie niczym zwój, przytrzymując z obu stron dłońmi, aby się nie zwinął z powrotem.  I jeszcze zawczasu, posiłkując się techniczną ilustracją, zaczęła szczegółowo omawiać wystawiony już gościowi rachunek:
- Tu są pokoje mieszczące się w trzonie głównym. To są apartamenty, na które stać dziś niewielu gości. Pani pokój – niech policzę – mieści się na … – raz, dwa, przesunęła umalowanym paznokciem po papierze – trzeciej osi od apartamentów. Nie są to wprawdzie najdroższe pokoje, ale też nie najtańsze. Są tą przede wszystkim pokoje na bardzo przyzwoitym poziomie. Niejeden by marzył, aby w nich odpocząć.
-  Do czego pani zmierza? – przerwała jej dziewczyna.
- Kaucja, którą obciążony został pani rachunek, związana jest z nadmierną eksploatacją przez panią pokoju. Poskarżył się dziś nam nasz honorowy gość, stwierdzając „Nie zostałem przez tę dziewczynkę w jej ekscesach choćby zauważony”. Tak powiedział stary Sopocki Hrabia. Pani wybaczy, ale hrabia spędza w naszym hotelu połowę swojego życia, jest częścią jego historii i renomy, dlatego nie możemy pozostać głusi na jego zażalenie. Jeśli ma pani w planach rzeczy podobne do tych, których efekty – a może powinnam raczej powiedzieć „ich brak” – mieliśmy tu wszyscy okazję poznać przez ostatnie dwa dni, będę panią również nakłaniać do opuszczenia hotelu już dziś.

Kończąc swą wypowiedź, recepcjonistka zawiesiła wzrok na cenniku pokoi. Było to nieprzejednane spojrzenie, które dawało Zuzi odczuć siłę uzgodnienia moralnych standardów  tej kobiety z cenami pokoi – jednoosobowego – 169 zł/doba, dwuosobowego – 249 zł/doba, apartamentu – 660 zł/doba i wreszcie kaucji – naliczanej stosownie do poniesionych przez hotel strat. Dziewczyna nie zwróciła dotychczas uwagi na ten cennik, jednak w obecnej sytuacji nie mogła pozostawić go bez komentarza. Powrócił on w jej myślach, gdy tylko podniosła gazetę z podłogi i z wciśniętym jej siłą podwyższonym rachunkiem udała się do swego pokoju. Próbowała odtworzyć, co takiego aż tak drastycznie przełożyło się na rzeczywistość, która miała przecież zapewnić jej spokój od samobójczych myśli. 

Została tu wysłana, ponieważ dom, w którym dotychczas mieszkała wymagał natychmiastowego remontu. Jej obecność tylko pogarszałaby sprawę. Jednak okazało się bardzo szybko, że na wyjeździe odezwały się w niej twórcze hucie, które hotel dla niej samej zamieniły w klinikę. Nic takiego się jednak nie wydarzyło na zewnątrz, co pozwalałoby komukolwiek przeniknąć jej samopoczucie, czy też zgłębić stan, w którym się znalazła. Tabuny mężczyzn przewaliły się przez jej hotelowe łóżko? Nie! Umawiała się z nimi jedynie na kawę, dla zabawy używając do tego rubryki „ogłoszenia matrymonialne” w lokalnej prasie.

Tych mężczyzn w sopockich kawiarniach sycił widok jej odsłoniętej łydki. Na serwetkach wypisywali prozę, w której część jej ciała stawała się główną bohaterką, wystawioną raz to na widok ich oczu, raz to na pierwsze wiosenne słonce. Owszem, pragnęli iść za nią do hotelu. I ona też tego chciała. Jednak jakoś nie zanosiło się do tej pory na to, ponieważ te spotkania za każdym razem nagle się urywały. Dlatego też obiecała sobie, że podczas kolejnej randez vouz nie będzie już tak dużo myśleć o remoncie i bardziej pozwoli dojść do głosu własnej wyobraźni. Będą się ruchać, aż ściany skruszeją, a kiedy to nastąpi, serdecznej przyjaciółce, która obiecała dopilnować wszystkich spraw związanych z remontem, puszczą nerwy, że ona tam odgruzowuje chatę, podczas gdy Zuza robi gnój na całego. Dlatego teraz, kiedy już ostatecznie postanowiła, że następny wyłowiony ze szpalty tekstu kandydat pójdzie z nią na górę, wieści z recepcji zdruzgotały ją. Oczywiście mogłaby pójść teraz za pilota wycieczki, aby móc zostać ten jeden dzień dłużej i wyjechać z jakimś wspomnieniem, choć odrobinę różniącym się od potężnych rojeń jej wyobraźni, jednak czy to wystarczy?

Przekręciła zamek w drzwiach. W jej głowie kołatały słowa kosmetyczki, do której po raz pierwszy wybrała się właśnie przed weekendowym wyjazdem nad Bałtyk. „Czy on jest znad morza?” i „czy on jest z Tatr?”. Tak czy tak? Zmęczona, położyła się na obszernym łóżku, wpatrując się w lekko uchylone okno z widokiem na morze. Przeciąg nicował jej ciało, które tyle razy wypełniało oniryczne wyobrażenie o mężczyznach, jakby tego typu obrazy były najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Jednak w tych snach znamienne było to, że to ich ciała przeszywało tak dotkliwe poczucie utraty, a ona jedynie nie pozostawała obojętna. I podczas gdy oni wykazywali jak największą aktywność - czasem szkodliwą aktywność - ona miała wakacje.









środa, 13 lutego 2013

POPOŁUDNIE W LOS ANGELES



De villa. Tak nazywało się miejsce, w którym odbywało się przyjęcie, na które zaproszona została Greta. Było ciepłe, słoneczne popołudnie. Wydawało jej się, że przyszła trochę za wcześnie i nieodpowiednio ubrana. Rozejrzała się dookoła. Czekała ją długa droga powrotna, o czym chętnie jak najszybciej by zapomniała. Pomagało jej w tym intensywne, nieokreślone światło odbijające się w błękitnej tafli basenu, na który wychodziły okna salonu.




Jego wnętrze urządzone zostało w stylu nowoczesnym, bez przesady. Stał tam tylko jeden mebel: niewiarygodnie długi szezląg, wyglądem nawiązujący do kształtu ślimaka. Na jego śnieżnobiałej tapicerce leżał elegancko ubrany mężczyzna w średnim wieku, pogrążony w marzycielskiej rozmowie z innym, o wiele młodszym mężczyzną. Co jakiś czas jeden lub drugi wybuchał przytłumionym śmiechem, na którym kobieta zawieszała swą uwagę jak się zawiesza płaszcz na haku… gdy jest się niejako zmuszoną odgadywać czego może dotyczyć toczona szklistym szeptem konwersacja. 


Obaj zauważyli, iż nadal stała w progu, oczekując zapewne aż ktoś do niej podejdzie i przedstawi pozostałym gościom. Kiedy drzwi tarasu uchyliły się, kobieta zczytała ze wzorów krawatów w kolorze lapis lazuli, iż ludzie, którzy właśnie weszli do środka byli przedstawicielami wyższej klasy średniej. W tym samym momencie mężczyzna niskiego wzrostu podszedł do niej z kieliszkiem martini, pociągnął za sobą i zaczepiony przez jedną z dam zostawił w pół drogi na taras.

Ponieważ dookoła niej zrobiło się zamieszanie, przestała przejmować się tak bardzo, czy nie powinna była przycupnąć na skraju szezląga i szeptać jak reszta.

- Jak twoja nowa praca, Joan?
- Wiesz, aż tak mnie nie zachwyca. Jesteśmy nowym unitem i chyba do końca koncept tego, co mamy robić  jest na sto procent uzgodniony. A jak u ciebie? Awansowałeś?
-You know, wiesz, y, wszyscy ponad naszymi głowami nieustannie się kłócą. Czasem mam wrażenie, że pracuję w ulu pełnym nieskoordynowanych owadów…
- Jak dobrze obracać się w towarzystwie, w którym ludzie od czasu do czasu myślą w taki nietuzinkowy sposób. A jak małżeństwo z Suzanne?
 - O, spodziewamy się drugiego dziecka wkrótce.
- Robert, to fantastyczna wiadomość! Może to pomoże ci wyjść z depresji, o której wspominałeś na przyjęciu u Maggie. W każdym razie jeszcze raz gratuluję. Chears
- Depresja to przeszłość. Wiesz jak jest. Te STANY. Przychodzą niewiadomo skąd i odchodzą niewiadomo gdzie, ale najważniejsze, że są takie chwile w życiu, kiedy właściwie bez pomocy psychoterapeuty musisz powiedzieć sobie wyraźnie life makes sense. Chears!
- Of course, Robert.

- Nie przedstawiłem tobie jeszcze osoby, z którą bardzo chciałem cię poznać. Zapraszając cię na to przyjęcie, Greto - powiedział gospodarz jak najswobodniej - pomyślałem, że musi być tobie ciężko w nowym środowisku. Chociaż muszę zauważyć, że twój angielski znacznie się poprawił.
 Jednak w tonie jego głosu kobieta wyczuła również napięcie.
-Dziękuję, Adamie. Mam się w miarę dobrze. Intensywny kurs językowy dwa razy w tygodniu robi swoje. Kim jest osoba, z którą chciałeś mnie poznać? - zapytała spokojnie, lecz nie ukrywając zaskoczenia.
- To mężczyzna - parsknął śmiechem.
- To wróży dobrze - skomentowała, podejmując żartobliwą konwencję jego towarzyskiej intrygi.
 - Problem w tym, że…jakby to ująć najlepiej… przy całej swojej skomplikowanej powierzchowności, jest delikatny i nieśmiały. Przyjechał do LA pół roku temu i chyba trudno mu tu znaleźć znajomych, z którymi od czasu do czasu mógłby gdzieś wyskoczyć. To daleki kuzyn mojej żony, Helen. Nie wiem czy miałaś okazję ją poznać? Pomimo, że tak jak ty pochodzi z Europy, nie wygląda na typowego Europejczyka.
- Well, Adamie, nie mogę doczekać się kiedy go poznam - odparła zdawkowo.
 - Otóż i on - wskazał palcem w kierunku tarasu.

Stłoczeni w przejściu goście rozstąpili się na boki. Gospodarz użyczył Grecie swego ramienia, gdy zza szyby zaczął wyłaniać się tropikalny pająk, sięgający mniej więcej połowy wysokości sylwetek wszytskich uczestniczących w przyjęciu. Był on ubrany w pastelową, kobiecą garsonkę – trzeba przyznać, znakomicie skrojoną na jego miarę. I chociaż wcale nie było tego po nim widać, kobieta pomyślała, że musiał dołożyć wszelkich starań, aby wyglądem upodobnić się do reszty gości. Szedł bardzo powoli, ostrożnie stawiając każde ze swoich kosmatych odnóży. Mogła teraz zobaczyć, że miał także bardzo zadbaną obudowę oczu oraz równo przyciętą nad nimi czarną grzywkę. Zupełnie jakby przed chwilą wyszedł od fryzjera.”

- Adamie, ja mam umiarkowaną arachnofobię. Powiedz, czy naprawdę myślałeś, że byłabym w stanie iść z twoim przyjacielem do łóżka?

Adama nie było jednak obok niej. Podobnie jak reszty gości, którzy w jej oczach tracili swe wyraźne kontury bogatych, dobrze ubranych ludzi, których jeszcze przed chwilą uważała za całkiem interesujacych.

- Opuścili pomieszczenie - powiedział pająk - aby nie tworzyć zgęszczenia rozpoznawalnej struktury wokół pustoszejących kieliszków.

Krańcem odwłoka raz po raz szurał marmurową posadzkę, upuszczając na nią krople mlecznej substancji. Z której w każdej chwili mogła powstać jedwabna nić. Postanowił nie zbliżać się już do niej bardziej. Patrzył uważnie na jej spowitą pomarańczowym światłem, zgrabną sylwetkę. Była piękna w sukience w kwiaty, o niespotykanym w tym zakątku świata kroju. Wiedział, że we wnętrzu jej głowy wytwarza się teraz w dużej ilości hormon, który za chwilę, ze względu na jej lekko powikłane dzieciństwo oraz język odmiennej kultury, której stała się częścią, podejmując decyzję życiu o w pojedynkę, każe jej powiedzieć: 

 - To jest przecież jedno z tych leniwych, sobotnich popołudni w LA, kochanie.

sobota, 9 lutego 2013

Analizując fragment drogi, która doprowadziła do ugruntowania modernistycznego pojęcia obrazu jednocześnie nawiązuję do Lyotardowskiej kategorii nieprzedstawialnego. W ten sposób teorie i argumenty, na które się powołuję pozwalają mi pisać zarazem o czasie straconym jak i odzyskanym (stąd zapis w cudzysłowie: „stracony” czas historii sztuki) w tym sensie, iż z pozoru kategoryczne dane, których one dostarczają dla interesującego mnie tematu paradoksalnie umożliwiają dostrzeżenie dotychczas bezkształtnych i pozbawionych form czasu. Te, nie stanowiąc dotąd wyraźnie wyodrębnionych przez historię sztuki obecności, pozwalają z kolei mówić o figurach czasu nieco zapomnianych, nie-do-reprezentowanych; pojawiają się jako wykluczenie-spoiwo pomiędzy tym, co już zostało opisane, skategoryzowane, nazwane, a tym co zepchnięte zostało przez progresywno- transcendentny ideał w getto bezforemności. W ten sposób tropione przeze mnie luki, jakie pozostawił po sobie modernistyczny projekt wykluczenia czasu z obrazu, staną się figurami wskazującymi na zróżnicowania i odcienie w obrębie uogólnień, ujmując odstępstwa od generalnej reguły, pozwalając uchwycić wszechstronnie konsekwencje poglądów głoszonych przez modernistycznych autorów dla proponowanej tu alternatywy. Jej budulcem stanie się zatem czas niedostępny dotychczasowemu dyskursowi reprezentacji; temporalne komponenty i aspekty doświadczenia sztuki, które ostatecznie nie nabrały jednak mocy nieodwracalności. W strategii interpretacji poglądów interesujących mnie autorów dokonuję bowiem przesunięcia porządków występowania w nich problematyki czasu w inny porządek niż wyznaczony przez nich samych. Pokazuję jak kształt proponowanych przez nie logik odnosi się do rejestru nieprzedstawialnego
, gdzie wcześniejsza identyfikacja czasu jako zasadniczo obcego malarstwu, zagrażającego jego specyfice oraz zakłócającemu proste, linearne wyobrażenia jego historii sprzyja konstruowaniu figuralnej reprezentacji braku, tożsamej z historycznym procesem odzyskiwania. Alternatywny model czasowości staje się w ten sposób ponowoczesną edycją wzniosłości czasu.

środa, 6 lutego 2013

Ogon



                                                       Dla g.


Twój ogon to taki poziom abstrakcji
że łóżka jednego na drugim - polskiego - nie starczy
zdziczała samotna samico

o zapachu ogona który się za mną ciąąąągnie
po domu trackiem nieprzystępnym
ale żadnego układu między nami jeszcze nie było
tylko ogon, na który nadepnę nim zdechnę

Twój ogon wyrasta mi z policzka
Wynurza się jak zarys nogi
Wchodzi tam gdzie moja gałąź zgrzyta
Zniża gdzie jeszcze jej cieśnina nie była

Poczwaro, co nie umiesz zachować wyznaczonego ci miejsca
Tylko drążysz należne sobie
Ależ się skarżę pokrętnej, puszystej tobie