sobota, 13 kwietnia 2013

Banaicia



Iza grzecznie siedziała pośród tandetnych ozdób domu. Była to jednak grzeczność upozowana, za którą kryło się nieokreślone przewinienie. Ponieważ przed chwilą zalała łazienkę i, starając się to ukryć, nalała wody do pełna wanny. Nic takiego wielkiego się nie stało. Tylko w nadmiarze piany wykąpała pieska, który wabił się Banał. Ot taki mały i niewyraźny piesek, że już po chwili pluskania, nie mogła dostrzec pod mokrą taflą nawet jego wystrzyżonych uszu. Mimo że dostała szczegółowe informacje jak z nim postępować, łącznie z tą, że w tym domu nie wołało się na niego Banał, lecz Banaicia. Taka właśnie, grzeczna i poukładana, była Iza, która bynajmniej nie widziała potrzeby nobilitacji Banału.

Ale to nie wszystko. Był tam jeszcze jeden pies, do którego obowiązków należało pilnowanie, aby mu nikt nie zasikał legowiska. Całymi dniami siedział w królewskiej pozie pomiędzy wanną a toaletą: ogromny, niespotykanej rasy, umaszczony bajkowo w rdzawe pręgi. Był to bardzo inteligentny pies, który nie lubił się przytulać. Przemówił natomiast sam z siebie i jakby od niechcenia: „Jestem smutkiem i pretensją. Chcę do towarzystwa takich samych psów jak ja”. To właśnie po tych słowach Banaicia zaczął niknąć w oczach Izy, a ona zaczęła niknąć w oczach dużego, bezimiennego psa. Już od godziny siedząc na kanapie w salonie i myśląc o tym, dlaczego właściwie zalała łazienkę… figa z makiem.