piątek, 31 maja 2013

PSY ROTHKI





Po przebudowie Węzła Świętego Maksymiliana było mniej zielonych pól do leżenia i swawolenia między zajęciami. Została tam na noc. Była za bardzo pijana, aby móc wrócić do domu. Lecz kiedy zaczął padać śnieg, obudziła się i rozejrzała wokół. Białe płatki o tej porze roku stanowiły zaskoczenie. Przepuszczone przez światła latarni na Alei Zwycięstwa, spadały jej na nos. Było pusto i cicho.  Mogła być czwarta, może piąta nad ranem.

Po drugiej stronie ulicy mignął jej mężczyzna, prowadzący na smyczy dwa psy, należące do rasy, które powszechnie uznaje się za niebezpieczną. Chociaż jego sylwetkę częściowo zasłonił pofalowany fragment miejskiego terenu, zdążyła zauważyć, że był łysy i miał bardzo szeroko rozstawione ramiona. Przestraszyła się tej konfiguracji. Zanim jednak on zdążył zdecydować, co zrobi zawołała na niego, a właściwie rzuciła zaklęcie:
- Rothko!

            Mark Rothko, Untitled, 1953, National Gallery of Art, Gift of The Mark Rothko Foundation, Inc.

Jeśli znasz kod, tacy mężczyźni są na zawołanie.

Mając go przed sobą, zobaczyła wyraźnie, że szerokość jego ramion powiększona została o długość szyi. Panoramiczny jak ogrodzenie, którego nie mogłaby w tej chwili przeskoczyć, stał nad nią, wpatrując się w jej sparaliżowane ciało. W dłoniach zaciskał smycze. Jego muskularne psy… w śmiertelnie poważnych pozach, nadal znajdywały się na drugim ich końcu. Wydawało jej się, że śni, gdy gęsta ślina zaczęła zwisać nad nią z ich pysków. Miała to, czego cała trójka nie posiadała – smukłą szyję. Niemalże przyłożyły do niej nosy. Jeden z jednej strony, drugi z drugiej. Tworząc dyszący zakleszcz. Miała wrażenie, że każdy jej najmniejszy ruch może sprowokować je do ataku.

Ta sytuacja miała dla niej coś wspólnego z obrazami amerykańskiego abstrakcjonisty, Marka Rothki. Nie potrafiłaby tego dokładnie wyjaśnić. Zwłaszcza wyciągnięte psie języki, które nie dotykały jej skóry, chociaż miały ją na wyciągnięcie. Trawnik nagle stał się przykrótkim łóżkiem. Przypominał barłóg, w którym śpi się na kupie, lub kojec dla dziecka, na który patrzy dorosły. Tylko marzenie senne mogło przerosnąć taki mebel i zwrócić jej wolność. Chociaż tarła stopą o trawę, nie mogła się obudzić. Czuła się jak w pułapce jakieś dziwnej, nierzeczywistej, a jednak na wskroś przejmującej atmosfery i kiedy już prawie była pewna, że za chwilę mężczyzna wyda komendę „na pożarcie”, on powiedział spokojnym głosem, pociągając psy z powrotem ku sobie:

-  Pomyślałby kto,  że to po to, aby przestraszyć. Siać terror wzniosłości groźnej rasy. A to są psy-strażnicy dialogów z „Dynastii”.
-  Których dialogów, ty młody, pyzaty faszysto? – spytała odważnie.
- Tych, których moc wymyka się spod kontroli!
- Których konkretnie, pytam ciebie!
- Tych, których należy obawiać się od samego początku aż do samego końca. Skoro moje psy zwęszyły cię, musisz być ich ucieleśnieniem. Teraz już nie wymkną się z ciebie.
-  Twoje psy wyglądają na takie, co niejeden domek z kart przewróciły, niejedną tabliczkę czekolady pożarły, a ziemię rozjątrzyły w poszukiwaniu swoich ulubionych dialogów. Ale mi nic nie mogą zrobić.
- To się jeszcze okaże…

Od strony Świętojańskiej nadjeżdżał pierwszy poranny trolejbus. Podniosła się z ziemi i przebiegła przez ulice, aby go złapać. W drodze do domu miała ponure myśli. Zajmował je temat ludobójstwa. Dlaczego właściwie przywołała napastnika, nazywając go imieniem malarza? Dlaczego z tego akurat artysty uczyniła kartę przetargową o własne życie? Może dlatego, że „Rothko” może znaczyć tak wiele dla różnych ludzi.

czwartek, 30 maja 2013

ZBOCZE im. JACKSONa POLLOCKa




Podczas gdy sztuka Pollocka jest jedna, jak jego obraz One (1950), wiele odczytań, które narosły wokół niej, zdążyło niejednego widza wyręczyć. Barnett Newman mawiał: „Zanim uda się historykom sztuki pogrzebać rewolucję…”. Zanim. Uda się. Jak oni to robią?... można zapytać. Historia sztuki potrafi zaszczepiać mechanizmy wyrafinowanej represji, z których chętnie korzystamy. Dlatego zanim któregoś dnia uda mi się pogrzebać Pollocka i siebie, przyznam, że co jakiś czas odkrywam jakąś zerwaną trakcję osobistego sensu jego malarstwa. Przypomina ono o odwiecznej tęsknocie człowieka do latania. Przy czym nie robi tego przez odwołania do wizualnych kodów nieba, czy powietrza, lub ogólnie rzecz biorąc jakiejś wyswobodzonej przestrzeni, lecz za każdym razem dając odczuć, że zamiast strzydeł mamy nogi i ręce. W zawiłym kursie życia czasem stajemy się jednak tego podstawowego faktu bardziej nieświadomi.

Matka Pollocka

                                           Jackson Pollock z matką i braćmi

Gdańsk. Żabianka. Gdańsk Oliwa. Gdańsk Przymorze. Mieszka w którymś z bloków. Wejście do jej mieszkania jest ciemne – łatwo je pomylić z mieszkaniem sąsiadki. Twierdzi, że wie o Pollocku wszystko. Jest szczęśliwa, że przy okazji nią również ktoś się od czasu do czasu zainteresuje, odwiedzi w snach. Czasem potrzebuje pomocy przy zrobieniu zakupów. Nie jest zbyt religijną osobą. Nadal całkiem dobrze gotuje. Z domu wychodzi rzadko, jednie po zakupy. Czasem poślizgnie się o oblodzony schodek prowadzący na klatkę. Może jest za stara, aby być tak zniewalająco pociągająca jak Norma Bates, grana przez Verę Farmigę, ale z pewnością nie jest jeszcze na tyle pozbawiona sił, aby przypadkiem nie rozrzucać za sobą na chodnik garści słodyczy, które świecą w ciemnościach. Tak jak potrafią świecić obrazy Pollocka, które wymagały ofiary z białek z ludzkich oczu. Na imię jej Pani Justyna.

                                         Kadr z filmu "Psychoza" Alfreda Hitchcocka

Dzieciństwo.

Przez szesnaście lat mieszkałam w Sopocie, w kamienicy niedaleko morza. Przez większość tego czasu chodziłam do przedszkola, szkoły podstawowej, następnie liceum. Wszystko przebiegało normalnie i to było raczej szczęśliwe dzieciństwo. Jednak przez cały ten okres ani jedna z elewacji tej kamienicy nie drgnęła. Aż do wczoraj, kiedy byłam świadkiem renowacji krótszego, południowego lica budynku. Mężczyźni zwisali na linach. Jeden wyżej, drugi niżej. Trzech w pocie czoła pracowało z dołu. W ten sposób obstawili znaczą część ściany, pokrywając ją wyoblonymi, lśniącymi kamieniami średnich, lecz zróżnicowanych rozmiarów. Ściana, która do tej pory nie zwracała na siebie uwagi, przestawała być płaska. Stopniowo dostawała gęsiej skórki. W jakiś obrzydliwy, trudny jednak do opisania sposób, obserwowana z dystansu, zaczynała wreszcie narzucać się spojrzeniu niczym plecy, na których stawiano bańki. Metoda obkładania jej kamieniami z dołu i z góry jeszcze bardziej jednak sprawiała wrażenie obustronnego rozwijania rulonu ze zbolałym ciałem. Zaczęłam dusić w sobie łzy. Dziecko, któremu wkropiono w dupę, prawdopodobnie nie byłoby w tej sytuacji bardziej rozgoryczone. Jak może być to Jackson Pollock, skoro jest to Michael Jackson! Ten nie do podrobienia na parkiecie! Ilu by ich było na linach, żaden tak płynnie nie przerwie tańca!
                                                 Jackson Pollock, Eyes in the Heat, 1946

Choreograficzne zbocza

Komu zdarzyło się wspinać i osuwać ze stromych obrazów Pollocka, które z ziemi z powrotem powędrowały na muzealne ściany? Niestrudzone wędrówki, bardziej wzdłuż niż wzwyż płócien. Z przyzwyczajenia patrzymy do góry, zapominając o zboczach. Pod naporem ciała obrazy odchylają się pod kątem 45 stopni, w niekorzystnym dla nas kierunku. Lecz w trakcie obcowania z nimi trudności dają się pokonać. Trzymajcie się obrośniętych splotami farby ścian i czerpcie przyjemność ze znajdywania się w strefie stopni, które pozostają po odjęciu tych 45, kiedy mnie jeż nie będzie! Jedyne o co potrafi w takiej sytuacji zapytać koneser, lub koneserka sztuki, to: „What are you doing?” Podążam ścianą płaczu. Acha, rozumiem, to do wywiadu. Proszę pani, tak, zgadzam się, Ed Harris dobrze zagrał Pollocka. A nawet świetnie. Jednak zastanawiam się, jak zagrałby go Paul Newman ze swoja kamienną twarzą i bławatkowymi oczami, albo wspomniany już przeze mnie przed chwilą Michael Jackson, którego taneczne ruchy stóp pozostawiały na scenie zbliżone do Pollockowskich ruchów pędzla ślady. Chodzi mi również o to, aby w umarłych wcielali się umarli, bo oni mają inne możliwości aktorskie, że tak powiem.
                                         Jackson Pollock, One, 1950

środa, 15 maja 2013

Rachela entre...


Witajcie

Witaj szanowna mózgowa przysadko. Witajcie potencjalni pracodawcy. Witajcie panowie, z którymi powinnam zamienić słowo, żeby zjeść babeczkę. Moje ciało klucz wiolinowy. Mark Rothko. Unknown. Jego luministecja składa pokłony. Sztuka to weranda, na której wszyscy siedzą po turecku. Jest kominek, jest blask, jest tort po wiedeńsku. Ale zaraz... Chwileczkę... Czy to nie wojna przypadkiem nadchodzi? Czy to, drogie panie, nie wasi synowie? Nie, to tylko kula ognista leci. Prosto na mnie… A ja jestem w tym Out Wordzie tylko małą podrywaczką, która za momencik zmieni swoją substancję. Nie mam złych myśli. Nie mam wielu zleceń. A ciągle organizujecie wystawy gdzieś przecież. Zatrudniacie piękne panie do pomocy przy sztuce. One wam swoją erudycją zapewnią publikę. One budują wasze imperia. A wy kręcicie nosem po galeriach. Ach wy, Rachela speaking. Poezja dramat tragedia…dobranoc, Kryste, komedia.