sobota, 15 czerwca 2013

ODCHODZĘ Z SERIALU O ROTHCE


  

Pierwsza noc w nowym pokoju była dla niej krótka. Bardzo wcześnie rano obudziły ją promienie słońca, padające prosto na jej twarz. Chociaż spodziewała się, że może tak być, była wczoraj zbyt zmęczona, żeby pojechać po roletę. Póki co nad oknem zawiesiła szmatę, lecz to prowizoryczne rozwiązanie wcale się nie sprawdziło. Próbowała zmienić pozycję. Nie było to proste, gdyż jej materac zajmował całą szerokość pokoju, a jego boki odginały się nieco do góry. Wpadające do środka słońce układało na przeciwległej ścianie świetliste kształty, przypominające obrazy Marka Rothki.

Kiedy schowała głowę pod oknem, po zewnętrznej stronie wyciętym w kolorowej, skupiającej ciepło blasze modernistycznego bloku, dłonią zaczęła dotykać ściany. Najpierw badała palcem dolną krawędź okna, potem całą jej powierzchnią próbowała się od niej odepchnąć. Podczas wykonywania tej czynności jej ciało wyglądało tak, jakby zostało mechanicznie przeciągnięte i zarazem pochłonięte przez jasność czerwcowego słońca. Zastanawiała się jak długo uda jej się wytrzymać w tym wąskim pokoju, w którym jedynym meblem, oprócz materaca, była zawieszona ponad jej głową szafka na ubrania. 

Udało jej się zapaść w półsen, w którym pojawiło się marzenie o tym, żeby znaleźć się nad zamarzniętą rzeką A.; polecieć nad A. – rozgałęzienie A. – awionetką. Nie było to zbyt popularne miejsce. Awionetka na moment zgasi silnik, zawisając w powietrzu. Potem Katarzyna będzie przechadzać się boso nad brzegiem rzeki w towarzystwie swego nieżyjącego ojca, który pokaże jej zdjęcie ze swojej młodości. Wykonane w Stoczni Gdańskiej, w czasach solidarnościowych rozruchów. Ukazuje ono wiele postaci, a wśród nich, w tłumie, widoczna jest jego głowa. Fascynujące jest jednak to, że utrwalony na papierze, czarno-biały obraz jak film staje się obrazem ruchomym i mogą oglądać ludzi zmierzających w różnych kierunkach, a nawet zanurzyć głowę w ich rzeczywistość. Ojciec zdradza jej wtedy, że w dniu, w którym wywołana została ta fotografia podjął decyzję o odejściu od rodziny i emigracji do Grecji.

Tuż przed dziewiątą obudził ją telefon.
  Czekamy na ciebie na parkingu przed blokiem.
– Za chwilę schodzę. Dajcie mi dziesięć minut.
 Ok. Tylko pospiesz się. Agata źle znosi upały.

Spakowała do plecaka ręcznik oraz strój kąpielowy. Ci w pokoju przechodnim jeszcze spali. Byli dla niej zupełnie obcymi ludźmi. Chłopak tej dziewczyny był studentem z Turcji. Nie mówił po polsku, lecz dobrze władał rosyjskim. Wczoraj pochwalił się jej, że nie znając naszego języka, czuje się zobowiązany do zamawiania jedzenia w tutejszych knajpach. Kiedy dziewczyna próbowała włączyć się do rozmowy, jego szlachetnej urody twarz pochmurniała. Wtedy Majka podeszła do niego i koniuszkiem języka dotknęła jego policzka. Tak chętnie jakby na drugim końcu mieściła się kostka cukru.

Za miastem Karol przypomniał sobie, że zostawił na stole mapę, na której zakreślił trasę dojazdu nad rzekę. Odkąd Agata się do niego wprowadziła, stał się roztargniony. Bujał głową w chmurach.
 Jak to, kochanie, nie pamiętasz, czy miałeś skręcić 500 m przed parkanem pana Antoniego, czy 200 m za parkanem? Niech ktoś włączy google maps.
Bawiło ją to. Bawił ją on. To, że z nim jest było najzabawniejszą rzeczą na świecie. Niczego od niej nie wymagał. Niezbyt ją rajcował, ale jakoś tak czuła, że powinna teraz z nim być. Częściowo wystawiła głowę za okno, jedną ręka przytrzymując się za oparcie siedzenia. Skóra jej dłoni zetknęła się wtedy z kolanem Katarzyny.
 O, pozbyłaś się frotki na nogach. Teraz trochę kłuje – odwróciła się w jej stronę. – Karol, skręć wreszcie w którąś z tych bocznych dróg, bo zaraz się uduszę w tym samochodzie.

Brzeg rzeki kształtował się po łuku. Rosło tam pochylone ku wodzie drzewo, które dzieliło jego połać na dwie części, oferując plamę spłowiałego cienia. Słońce zmieniało kolor wody z zielonego na żółty i złoty. Ze względu na wartki nurt, trudno było przypatrzeć się dnu rzeki. Zrywając po drodze kawałki przybrzeżnych zarośli, cała trójka patrzyła w jak intrygujący dla oka sposób nurt ten zmieniał wgląd jej powierzchni.  
– Agata, posmarujesz mi plecy olejkiem? – zapytał zniecierpliwiony, trzymając w ręce lepkie zawiniątko w foliowym worku. 
– Jasne. A może wolałbyś, abym cię trochę podpiekła i uwędziła na słońcu, a potem schrupała?
Gdy zeszli z pomostu, wyciągnął rękę i dotknął jej rzęs. Były pokryte grubą warstwą czarnego tuszu, który roztarł między kciukiem i placem wskazującym.
– Wyrwałeś mi jedną, ty beznadziejny głupku! – uderzyła go po plecach i pobiegła do wody.

Karol znał Katarzynę kilka lat. Nie rozmawiali na poważne tematy. Miał wrażenie, że nudzi ją śmiertelnie w zwykłej konwersacji. Zauważył, że im bardziej stara się zainteresować ją jakimś tematem, tym większy wyraz zniecierpliwienia jego osobą pojawia się na jej twarzy. Miała przenikliwe spojrzenie osoby, która nauczyła się nie dzielić zbyt pochopnie ze światem swoimi myślami. Podobała mu się, lecz na swój sposób denerwowała go również. Jednak kiedy jego nowa dziewczyna nalegała, aby zaproponować jej wspólny wypad nad rzekę, nie protestował. Sam nie wiedział dokładnie dlaczego, ale zastanawiał się, czy powierzchowne układy między nią a nim, nie będą w jego obecnej sytuacji z Agatą przyczyną jej emocjonalnego dyskomfortu. Postanowił przerwać ciszę, jaka im towarzyszyła odkąd wspólnie przyglądali się raz po raz wyłaniającej się z wody głowie Agaty.
– A ty się nie kąpiesz?
– Kąpię. Poczekam aż ona wyjdzie z wody.
– Ok. Wczoraj powiedziała mi, że chciałaby mieć dziecko.
– Ciekawe. Z tobą?
– Powiedziała, że chciałaby mieć dziecko, które od początku byłoby jej dzieckiem.
– Nie dziwię się, że może mieć takie potrzeby po trzyletnim związku, w którym opiekowała się synkiem swojego poprzedniego chłopaka.
– To był skurwiel. Nie rozumiem, jak można rzucić taką dziewczynę jak Agata bez słowa wyjaśnienia.
– A to ty nie wiesz…? Przecież to ona go rzuciła. Nie chciała, nie mogła…

Agata wyszła z wody. Usiadła obok Katarzyny. Jej oblepione piaskiem stopy wystawały poza ręcznik.
– Czemu do mnie nie dołączyłaś? – spytała szczękając zębami. – Mogłabym tak całymi godzinami!
  Jesteś zimna. Tylko mnie nie dotykaj.
– Nie kręci cię to? No, połóż się na katafalczku – wzięła ją w ramiona i przyciągnęła do ziemi, nie spuszczając z oczu Karola, który kiepował papierosa w dołku, oddzielającym ich ręczniki. 

W południe nad rzeką pojawili się jacyś młodzi ludzie o satyrycznym nastawieniu do rzeczywistości. Była ich również trójka, dwóch chłopaków i dziewczyna. Rozłożyli swoje rzeczy po drugiej stronie drzewa. Wprowadzili atmosferę twórczej pracy, ponieważ wyciągnęli sztalugi, na których postawili czyste płótno, wspólnie pokrywając je farbami. Ani Kaśce, ani Karolowi, ani Agacie nie pozwolili podejrzeć, co właściwie malują. Poprosili ich wręcz grzecznie na początku, aby zajęli się swoimi sprawami i nie przeszkadzali im. Trwało to jakąś godzinę. Lecz kiedy skończyli, zdjęli płótno ze sztalug i beztrosko wskoczyli z nim do wody. Nie była to głęboka rzeka. Dziewczyna trzymała obraz wysoko, aby się nie zamoczył. Katarzyna zbliżyła się do brzegu, jeszcze raz próbując zobaczyć, co przedstawia obraz, lecz dziewczyna wymachiwała nim raz w tę, raz w tamtą stronę, wypełniając swym obfitym ciałem widok świetnie bawiących się ze sobą przyjaciół, którzy hipnotyzowali ją nie mniej niż obraz.

– Czy jesteś pewna, że chcesz z nimi pływać? – spytał Karol. – Jeszcze cię utopią. Widać, że to wariaci nie z tej ziemi.
– Absolutnie.
– Zostań z nami, artystko! Przecież to nie jest rzeczywistość.

Wchodząc do rzeki, złapała za gałąź. Nurt stawiał opór jej atletycznemu ciału. Trzymała w dłoni cyfrówkę i gdy wreszcie znalazła się tuż obok nich, zapytała czy może zrobić im zdjęcie.
 – Wręcz przeciwnie! Nie możesz! – krzyczeli jedno przez drugie – Ale pojedź z nami do naszego domku nieopodal, a zobaczysz po co to wszystko. 
Entuzjazm Moniki, która wymachiwała obrazem jak flagą, ośmielił ją do tego stopnia, że przytrzymała ją za nadgarstek. Zobaczyła wówczas, że dolna jego partia pokryta została maźnięciami farby rdzawego odcienia. Barwna plama była intensywna w środku, po bokach natomiast we wszystkich kierunkach rozchodziły się nieregularne ślady pędzla.
  Jestem tu ze znajomymi – powiedziała, udając, że nie domyśliła się, iż obraz sprawiał wrażenie, jakby został namalowany krwią menstruacyjną.
  Nie martw się, potem odwieziemy cię do domu. Monika robi świetne sosy do potraw z ogniska. W bezpiecznym miejscu zdradzimy ci, dlaczego nie pozwoliliśmy wam patrzeć i fotografować.

Na podwórku było mniej zielonych pól do leżenia niż nad rzeką. Ziemia została tu skopana przez rozstawione wszędzie statywy do kamer. Był to dom rodziców Andrzeja, który zaproponował Katarzynie, aby została z nimi na noc. Nie zgodziła się. Monika i Krzysiek znosili z szopy drewno na ognisko. Kiedy Andrzej dał mu znak, przyprowadził na smyczy dwa wielkie psy, należące do rasy, która powszechnie uważa się za niebezpieczną. Ich muskularne cielska częściowo zasłoniły jego sylwetkę. Dopiero teraz Katarzyna zauważyła, że chłopak był łysy i miał bardzo szeroko rozstawione ramiona.
  Rothko! Rothko! – tak mają na imię, powiedział, zaciskając w dłoniach czarne, skórzane smycze.
Gęsta ślina zwisała z ich pysków.
 Gdzie jest Monika? – zapytała, próbując ukryć niepokój.
 Przygotowuje sos do mięsa. Nie obawiaj się, nie zostaniesz otruta – zaśmiał się Andrzej.
– Tak się składa – dodał Krzysiek – że masz to, czego cała nasza trójka nie posiadała…nawet Monika w najsłodszych snach.
– Co takiego?
– Smukła szyja.

                                                      Mark Rothko „Yellow, Orange, Red”

Na komendę psy przyłożyły do niej swoje mokre nosy. Andrzej uruchomił kamery. Zwierzęta tworzyły nad nią dyszący zakleszcz, jeden z jednej, drugi z drugiej strony. Została ostrzeżona, że każdy jej najmniejszy ruch mógł sprowokować je do ataku. Uznała, że był to chyba jakiś gatunek filmu pornograficznego, w którym trawnik pełni rolę przykrótkiego łóżka panoramicznego, a cały plan zdjęciowy przypomina kojec dziecka, na które z góry patrzy rozgniewany dorosły. Chcąc uwolnić się od takiego mebla, tarła stopą o trawę, co nie prowadziło jednak do przebudzenia. I gdy już prawie była pewna, że za chwilę stanie się  jeszcze bardziej nieodłączną częścią tej dziwnej atmosfery, w której brakowało jedynie komendy „na pożarcie!”, Krzysiek odciągnął psy.

   Pomyślałby kto – powiedział –  że takie psy są po to, aby ludzi przestraszyć. Aby zabrać im radość i wycisnąć z nich łzy. A to są strażnicy dialogów z „Dynastii”.
    To ja mówię „ciecie”!



ODCHODZĘ Z SERIALU O ROTHCE





Pierwsza noc w nowym pokoju była dla niej krótka. Bardzo wcześnie rano obudziły ją promienie słońca, padające prosto na jej twarz. Chociaż spodziewała się, że może tak być, była wczoraj zbyt zmęczona, żeby pojechać po roletę. Póki co nad oknem zawiesiła szmatę, lecz to prowizoryczne rozwiązanie wcale się nie sprawdziło. Próbowała zmienić pozycję. Nie było to proste, gdyż jej materac zajmował całą szerokość pokoju, a jego boki odginały się nieco do góry. Wpadające do środka słońce układało na przeciwległej ścianie świetliste kształty, przypominające obrazy Marka Rothki.

Kiedy schowała głowę pod oknem, po zewnętrznej stronie wyciętym w kolorowej, skupiającej ciepło blasze modernistycznego bloku, dłonią zaczęła dotykać ściany. Najpierw badała palcem dolną krawędź okna, potem całą jej powierzchnia próbowała się od niej odepchnąć. Podczas wykonywania tej czynności jej ciało wyglądało tak, jakby zostało mechanicznie przeciągnięte i zarazem pochłonięte przez jasność czerwcowego słońca. Zastanawiała się jak długo uda jej się wytrzymać w tym wąskim pokoju, w którym jedynym meblem, oprócz materaca, była zawieszona ponad jej głową szafka na ubrania.

Udało jej się zapaść w półsen, w którym pojawiło się marzenie o tym, żeby znaleźć się nad zamarzniętą rzeką A.; polecieć nad A. – rozgałęzienie A. – awionetką. Nie było to zbyt popularne miejsce. Awionetka na moment zgasi silnik, zawisając w powietrzu. Potem Katarzyna będzie przechadzać się boso nad brzegiem rzeki w towarzystwie swego nieżyjącego ojca, który pokaże jej zdjęcie ze swojej młodości. Wykonane w Stoczni Gdańskiej, w czasach solidarnościowych rozruchów. Ukazuje ono wiele postaci, a wśród nich, w tłumie, widoczna jest jego głowa. Fascynujące jest jednak to, że utrwalony na papierze, czarno-biały obraz jak film staje się obrazem ruchomym i mogą oglądać ludzi zmierzających w różnych kierunkach, a nawet zanurzyć głowę w ich rzeczywistość. Ojciec zdradza jej wtedy, że w dniu, w którym wywołana została ta fotografia podjął decyzję o odejściu od rodziny i emigracji do Grecji.

Tuż przed dziewiątą obudził ją telefon.
  Czekamy na ciebie na parkingu przed blokiem.
– Za chwilę schodzę. Dajcie mi dziesięć minut.
 Ok. Tylko pospiesz się. Agata źle znosi upały.

Spakowała do plecaka ręcznik oraz strój kąpielowy. Ci w pokoju przechodnim jeszcze spali. Byli dla niej zupełnie obcymi ludźmi. Chłopak tej dziewczyny był studentem z Turcji. Nie mówił po polsku, lecz dobrze władał rosyjskim. Wczoraj pochwalił się jej, że nie znając naszego języka, czuje się zobowiązany do zamawiania jedzenia w tutejszych knajpach. Kiedy dziewczyna próbowała włączyć się do rozmowy, jego szlachetnej urody twarz pochmurniała. Wtedy Majka podeszła do niego i koniuszkiem języka dotknęła jego policzka. Tak chętnie jakby na drugim końcu mieściła się kostka cukru.

Za miastem Karol przypomniał sobie, że zostawił na stole mapę, na której zakreślił trasę dojazdu nad rzekę. Odkąd Agata się do niego wprowadziła, stał się roztargniony. Bujał głową w chmurach.
 Jak to, kochanie, nie pamiętasz, czy miałeś skręcić 500 m przed parkanem pana Antoniego, czy 200 m za parkanem? Niech ktoś włączy google maps.
Bawiło ją to. Bawił ją on. To, że z nim jest było najzabawniejszą rzeczą na świecie. Niczego od niej nie wymagał. Niezbyt ją rajcował, ale jakoś tak czuła, że powinna teraz z nim być. Częściowo wystawiła głowę za okno, jedną ręka przytrzymując się za oparcie siedzenia. Skóra jej dłoni zetknęła się wtedy z kolanem Katarzyny.
 O, pozbyłaś się frotki na nogach. Teraz trochę kłuje – odwróciła się w jej stronę. – Karol, skręć wreszcie w którąś z tych bocznych dróg, bo zaraz się uduszę w tym samochodzie.

Brzeg rzeki kształtował się po łuku. Rosło tam pochylone ku wodzie drzewo, które dzieliło jego połać na dwie części, oferując plamę spłowiałego cienia. Słońce zmieniało kolor wody z zielonego na żółty i złoty. Ze względu na wartki nurt, trudno było przypatrzeć się dnu rzeki. Zrywając po drodze kawałki przybrzeżnych zarośli, cała trójka patrzyła w jak intrygujący dla oka sposób nurt ten zmieniał wgląd jej powierzchni.  
– Agata, posmarujesz mi plecy olejkiem? – zapytał zniecierpliwiony, trzymając w ręce lepkie zawiniątko w foliowym worku. 
– Jasne. A może wolałbyś, abym cię trochę podpiekła i uwędziła na słońcu, a potem schrupała?
Gdy zeszli z pomostu, wyciągnął rękę i dotknął jej rzęs. Były pokryte grubą warstwą czarnego tuszu, który roztarł między kciukiem i placem wskazującym.
– Wyrwałeś mi jedną, ty beznadziejny głupku! – uderzyła go po plecach i pobiegła do wody.

Karol znał Katarzynę kilka lat. Nie rozmawiali na poważne tematy. Miał wrażenie, że nudzi ją śmiertelnie w zwykłej konwersacji. Zauważył, że im bardziej stara się zainteresować ją jakimś tematem, tym większy wyraz zniecierpliwienia jego osobą pojawia się na jej twarzy. Miała przenikliwe spojrzenie osoby, która nauczyła się nie dzielić zbyt pochopnie ze światem swoimi myślami. Podobała mu się, lecz na swój sposób denerwowała go również. Jednak kiedy jego nowa dziewczyna nalegała, aby zaproponować jej wspólny wypad nad rzekę, nie protestował. Sam nie wiedział dokładnie dlaczego, ale zastanawiał się, czy powierzchowne układy między nią a nim, nie będą w jego obecnej sytuacji z Agatą przyczyną jej emocjonalnego dyskomfortu. Postanowił przerwać ciszę, jaka im towarzyszyła odkąd wspólnie przyglądali się raz po raz wyłaniającej się z wody głowie Agaty.
– A ty się nie kąpiesz?
– Kąpię. Poczekam aż ona wyjdzie z wody.
– Ok. Wczoraj powiedziała mi, że chciałaby mieć dziecko.
– Ciekawe. Z tobą?
– Powiedziała, że chciałaby mieć dziecko, które od początku byłoby jej dzieckiem.
– Nie dziwię się, że może mieć takie potrzeby po trzyletnim związku, w którym opiekowała się synkiem swojego poprzedniego chłopaka.
– To był skurwiel. Nie rozumiem, jak można rzucić taką dziewczynę jak Agata bez słowa wyjaśnienia.
– A to ty nie wiesz…? Przecież to ona go rzuciła. Nie chciała, nie mogła…

Agata wyszła z wody. Usiadła obok Katarzyny. Jej oblepione piaskiem stopy wystawały poza ręcznik.
– Czemu do mnie nie dołączyłaś? – spytała szczękając zębami. – Mogłabym tak całymi godzinami!
  Jesteś zimna. Tylko mnie nie dotykaj.
– Nie kręci cię to? No, połóż się na katafalczku – wzięła ją w ramiona i przyciągnęła do ziemi, nie spuszczając z oczu Karola, który kiepował papierosa w dołku, oddzielającym ich ręczniki. 

W południe nad rzeką pojawili się jacyś młodzi ludzie o satyrycznym nastawieniu do rzeczywistości. Była ich również trójka, dwóch chłopaków i dziewczyna. Rozłożyli swoje rzeczy po drugiej stronie drzewa. Wprowadzili atmosferę twórczej pracy, ponieważ wyciągnęli sztalugi, na których postawili czyste płótno, wspólnie pokrywając je farbami. Ani Kaśce, ani Karolowi, ani Agacie nie pozwolili podejrzeć, co właściwie malują. Poprosili ich wręcz grzecznie na początku, aby zajęli się swoimi sprawami i nie przeszkadzali im. Trwało to jakąś godzinę. Lecz kiedy skończyli, zdjęli płótno ze sztalug i beztrosko wskoczyli z nim do wody. Nie była to głęboka rzeka. Dziewczyna trzymała obraz wysoko, aby się nie zamoczył. Katarzyna zbliżyła się do brzegu, jeszcze raz próbując zobaczyć, co przedstawia obraz, lecz dziewczyna wymachiwała nim raz w tę, raz w tamtą stronę, wypełniając swym obfitym ciałem widok świetnie bawiących się ze sobą przyjaciół, którzy hipnotyzowali ją nie mniej niż obraz.

– Czy jesteś pewna, że chcesz z nimi pływać? – spytał Karol. – Jeszcze cię utopią. Widać, że to wariaci nie z tej ziemi.
– Absolutnie.
– Zostań z nami, artysto! Przecież to nie jest rzeczywistość.

Wchodząc do rzeki, złapała za gałąź. Nurt stawiał opór jej atletycznemu ciału. Trzymała w dłoni cyfrówkę i gdy wreszcie znalazła się tuż obok nich, zapytała czy może zrobić im zdjęcie.
 – Wręcz przeciwnie! Nie możesz! – krzyczeli jedno przez drugie – Ale pojedź z nami do naszego domku nie opodal, a zobaczysz po co to wszystko.
Entuzjazm Moniki, która wymachiwała obrazem jak flagą, ośmielił ją do tego stopnia, że przytrzymała ją za nadgarstek. Zobaczyła wówczas, że dolna jego partia pokryta została maźnięciami farby rdzawego odcienia. Barwna plama była intensywna w środku, po bokach natomiast we wszystkich kierunkach rozchodziły się nieregularne ślady pędzla.
  Jestem tu ze znajomymi – powiedziała, udając, że nie domyśliła się, iż obraz sprawiał wrażenie, jakby został namalowany krwią menstruacyjną.
  Nie martw się, potem odwieziemy cię do domu. Monika robi świetne sosy do potraw z ogniska. W bezpiecznym miejscu zdradzimy ci, dlaczego nie pozwoliliśmy wam patrzeć i fotografować.

Na podwórku było mniej zielonych pól do leżenia niż nad rzeką. Ziemia została tu skopana przez rozstawione wszędzie statywy do kamer. Był to dom rodziców Andrzeja, który zaproponował Katarzynie, aby została z nimi na noc. Nie zgodziła się. Monika i Krzysiek znosili z szopy drewno na ognisko. Kiedy Andrzej dał mu znak, przyprowadził na smyczy dwa wielkie psy, należące do rasy, która powszechnie uważa się za niebezpieczną. Ich muskularne cielska częściowo zasłoniły jego sylwetkę. Dopiero teraz Katarzyna zauważyła, że chłopak był łysy i miał bardzo szeroko rozstawione ramiona.
  Rothko! Rothko! – tak mają na imię, powiedział, zaciskając w dłoniach czarne, skórzane smycze.
Gęsta ślina zwisała z ich pysków.
 Gdzie jest Monika? – zapytała, próbując ukryć niepokój.
 Przygotowuje sos do mięsa. Nie obawiaj się, nie zostaniesz otruta – zaśmiał się Andrzej.
– Tak się składa – dodał Krzysiek – że masz to, czego cała nasza trójka nie posiadała…nawet Monika w najsłodszych snach.
– Co takiego?
– Smukła szyja.

                                                       Mark Rothko „Yellow, Orange, Red”

Na komendę psy przyłożyły do niej swoje mokre nosy. Andrzej uruchomił kamery. Zwierzęta tworzyły nad nią dyszący zakleszcz, jeden z jednej, drugi z drugiej strony. Została ostrzeżona, że każdy jej najmniejszy ruch mógł sprowokować je do ataku. Uznała, że był to chyba jakiś gatunek filmu pornograficznego, w którym trawnik pełni rolę przykrótkiego łóżka panoramicznego, a cały plan zdjęciowy przypomina kojec dziecka, na które z góry patrzy rozgniewany dorosły. Chcąc uwolnić się od takiego mebla, tarła stopą o trawę, co nie prowadziło jednak do przebudzenia. I gdy już prawie była pewna, że za chwilę stanie się  jeszcze bardziej nieodłączną częścią tej dziwnej atmosfery, w której brakowało jedynie komendy „na pożarcie!”, Krzysiek odciągnął psy.

   Pomyślałby kto – powiedział –  że takie psy są po to, aby ludzi przestraszyć. Aby zabrać im radość i wycisnąć z nich łzy. A to są strażnicy dialogów z „Dynastii”.
    To ja mówię "ciecie"!



czwartek, 6 czerwca 2013

DZIECI JADĄ DALEJ




Pociąg Pennsylvanian z Pittsburga do Nowego Jorku wjedzie na tor czwarty przy peronie pierwszym. Uwaga! Pociąg zatrzymuje się na stacji za zakrętem. Pasażerowie proszeni są o odsunięcie się od platform. Thank you.

Przy stoliku, w kawiarni, nieopodal dworca, siedziała kobieta, obserwując nadjeżdżający pociąg. Jego przód wciąż był słabo widoczny w oślepiającym blasku słońca, a ona wyglądała na nieobecną, gdy jej mąż przypomniał, że powinna już iść odebrać dzieci.
– Kochanie – powiedział spokojnie, rozwiewając jej wątpliwości – twoja matka na pewno wsadziła je do tego pociągu.
– Ja mogę pójść. To żaden problem – zaoferowała się ich przyjaciółka, widząc jak  rozmarzenie Anny gra na anielskiej cierpliwości Karola. Pewnie wyobrażała sobie, jak go zdradza z niewiadomo kim w którymś z lokalnych barów, na tarasie eleganckiej willi, lub gdziekolwiek. – Powiem więcej. Stawiam wszystko, że zdążę odebrać wasze dzieci, wchodząc na peron z drugiej strony dworca.
Anna wybuchła histerycznym śmiechem:
– No to leć, dziewczyno, bo nie zdążysz! W międzyczasie porozmawiam z Karolem o naszych codziennych sprawach…


Nigdy wcześniej nie była na tym dworcu. Spojrzała w dół z podestu, na którym mieściła się kawiarnia. Tory przecinały się i plotły ze sobą jak rozrzucone z rozmysłem pensety. Brukowana uliczka, okalająca dworzec wydawała jej się jednak znajoma. Pełna nastroju, nie była jednak tak dopieszczona jak uliczka Prowansji. Za szeroka jak na tę w Wenecji, ale też zdecydowanie wizualnie lżejsza od gdańskiej. Puściła się po niej. Kiedy pociąg wyhamował na zakręcie, powoli wtaczając się na peron, została nagle zatrzymana przez dwie kobiety siedzące na zewnątrz zadaszonej kawiarni. Poznała je. Były na wczorajszym balu charytatywnym z okazji dnia dobroci dla zwierząt. Obie, o ile dobrze pamięta, bardzo aktywne działaczki – jedna na rzecz polepszenia losu bezpańskich psów, druga działająca na froncie bezdomnych kotów. Wymieniły z nią kilka rzeczowych uwag na temat konieczności sterylizacji zwierząt domowych. W pewnym momencie, po kilku drinkach i kresce koksu, jedna z nich podniosła ją i ucałowała w policzek, szepcząc do ucha „You are so sweet”, a druga „…and so lovley.”

                                            Dawn in Pennsylvania,1942, Terra Foundation
– Quo vadis, domina?
– Hola chica!
Zasalutowała im.
– Na dworcu czekają na mnie dzieci przyjaciółki. Czy tamtędy na peron? – wskazała drugą ręką.
– A może napijesz się z nami cydru?
Było jej przykro. Miały tyle czułości dla szczeniąt i kociąt, a dla ludzkich dzieci obojętność! Naprawdę nie chciała jednak opuszczać dłoni z czoła. Wyprostowana, lub zgięta w łokciu ręka to było coś. Na wielu facetach nie robiła wrażenia. Ona tego przynajmniej nie dostrzegała. Wiedząc, że powinna była natychmiast biec dalej, z jakiegoś powodu przedłużała tę chwilę o kolejne sekundy. Prawda. Dawno nie widziała dzieci Anny. One, jak wszystkie inne dzieci, szybko się zmieniają. Mogła ich przecież nie rozpoznać od razu, podobnie zresztą jak one jej. Pociąg był taki ogromny. Platforma taka długa. A dzieci? Czy nadal malutkie? Wiedziały, że mają wysiąść na tej stacji? Bo jeśli nie, to przecież nie będzie jej wina, jak pojadą dalej. Plotła ze sobą trzy po trzy. Dzieci to dzieci. Trzeba je odebrać.
 Zdaje się, że nie jesteś stąd… To może chociaż zostaniemy znajomymi na fejsie?
– Tak! Czemu nie? Nasza wspólna przeszłość trwa przecież nie od dziś – nawiązała do wczorajszego spotkania, lecz nie wyszło to zbyt naturalnie.
– Ok. Więc wypijmy za to. To jest Tatiana1, a ja jestem Katrina.
Jednak kiedy kobiety stuknęły się szklankami, ona wbiegała już po schodach na platformę. Brzęczący w jej kieszeni telefon powiadomił o nowych znajomościach.

Platforma była pusta. Spóźniła się. Dużo wydarzeń w ciągu ostatnich trzech minut. Powinna była teraz bezzwłocznie zadzwonić do Anny i poinformować ją o tym, że pociąg odjechał, jednak gdy tylko próbowała wykręcić jej numer, wyskakiwało jej w aplikacji społecznościowego portalu kolejne okno czatowe. Tatiana1, Katrina. Lecz poza imionami nie było w nich żadnych treści. To chyba jakiś wirus. Jak Londyn, który się odwiedza w snach. Wirusy łatwo można odróżnić od ludzi. Tamta Tatiana1 oraz Katrina miały więcej do powiedzenia! Po cydrze dźwięk ich imion wydawał się bardziej bulwiasty, a nie jakieś tam pik. Stosowały wymyślne powitania, roztaczając atmosferę międzygatunkowej, bałamutnej kultury podrywu. Nauczyły się od zapchlonych jeży i szympansów. To o nich myślała. Ale nawet wirus miał w sobie jakąś magię, która czyniła brak wiadomość intensywnym. Magię wycofania, która pozwoliła jej uświadomić sobie, że dorośli są bezbronni jak nie potrafią jeszcze być dzieci.

Widziała z platformy tę kawiarnię, w której siedzieli Anna z Karolem. Wydawało jej się, że patrzą w jej kierunku. Układała dialogi między nimi. „Czy widzisz dwie walizki?
„Nie będzie musiała użyć windy, żeby się do nas z powrotem dostać” „Powinieneś wsiąść w samochód i odebrać je z następnej stacji.”. „Tak zrobimy, kochanie”.

wtorek, 4 czerwca 2013

W stronę androginicznej historiografii czasowości




Pytania dotyczące kształtu episteme współczesnej historii sztuki biorą się zarówno z poczucia braku, jak i nadmiaru, odczuwanych w momencie, gdy chcemy przedstawiać historię. Do takich pytań należy kwestia relacji czasowości i gender, węzłowej dla problematyki poruszanej w tej pracy. W jakiej jeszcze postaci istnieje czas historyczny w dyscyplinie, jeśli jej rozbudzonej świadomości fragmentarycznego dostępu do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości przypisujemy wartość krytyczną?[4] Kiedy przedstawianie historii wiąże się z czasem utraconym, a kiedy z odzyskanym?[5] Wreszcie, dlaczego w ogóle warto „tracić” czas na roztrząsanie w kontekście androginicznym problemów związanych z jego nieprzedstawialnością? Pytania takie nasuwają się w związku z męską matrycą, która w przeważającej mierze strukturyzuje badawcze pole abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Męskie, wyłaniające się z oświeceniowo-racjonalistycznego projektu artystycznego modernizmu, formy czasu, o których w pierwszym rozdziale pisałem z perspektywy braku, nie wyczerpują jednak problemu czasowości, który w tym rozdziale analizowany będzie z kolei z uwagi na jej nadmiar. Paradoksalnie wiążę go z kobiecą, znacznie skromniej reprezentowaną, a także, jak zamierzam pokazać, nieznaną jeszcze odsłoną historii nurtu.[6] W rozdziale tym dokonuję reorientacji altermatywnego modelu czasowości z rozszczelnienia i ufiguralniania wybranych aspektów męskiego wizerunku artystycznego modernizmu na rzeźbienie w czasie figury Gmachu Abstrakcyjnego Ekspresjonizmu – metafory „straconego” czasu historii sztuki.

Komponując odpowiedź na zmaskulinizowane oblicze amerykańskiego modernizmu w historiograficznym dyskursie historii sztuki, w miejsce reprezentacji, których status określa oczywistość i pewność wiedzy uniwersalnej i jednorodnej, posługuję się historiograficzną figurą, która podaje w wątpliwość strukturę porządku ufundowanego przez zachodniocentryczny, biały, męski, heteroseksualny podmiot. Zakłada ona również alternatywną koncepcję podmiotu piszącego historię, jego oraz jej znakiem charakterystycznym czyniąc momenty satysfakcjonującego rozegrania relacji nadmiaru i braku czasowości, konceptualizującego słabo dotychczas widoczne, lub nieistniejące jeszcze w historii sztuki typy przedstawień historii. Figura Gmachu Abstrakcyjnego Ekspresjonizmu, będąc jednym z nich, uzmysławia się w efekcie problematyzacji własnego ontologicznego statusu i jako taka stanowi kontrpropozycję dla wytworzonych przez męskie podmioty reprezentacji historycznej-artystycznej wiedzy. Wpisuje się ona w myślenie o historii, która nie jest, lecz uczasawia się, co oznacza, iż uchyla się pełnej obecności przedstawienia, oferując paradoksalną pozytywowość (figuralność), opierającą się na nieprzedstawialności czasu. W takiej historii nacisk położony jest na proces powstawania krytycznych kształtów oraz wyobrażeń wzajemnie urelacyjnionych ze sobą dziedzin przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości, które stają się zmysłowo i jakościowo odmienne od tych, które uprawomocniły się dzięki męskim uczestnikom historyczno-artystycznego dyskursu abstrakcyjnego ekspresjonizmu.

To z czym mamy tu do czynienia to określam figuralną historią abstrakcyjnego ekspresjonizmu oraz z androginiczną historiografią czasowości. Jest to szczególna propozycja włączenia do historii sztuki kobiecych podmiotów. Gmach Abstrakcyjnego Ekspresjonizmu wznoszony jest w niej bowiem dzięki subwersywnemu przepisaniu jednego, fundacyjnego dla męskiej historii nurtu, zdania.[7] Wyrastając z historiograficznej problematyki kierunku,  niepewna konstrukcja historyczna, określana Gmachem, osadzona jest następnie w problematycznej materii średniowiecznej wizji Hildegardy z Bingen, w której kluczową rolę również, lecz na innej zasadzie, odgrywa architektoniczne wyobrażenie. Kontrapunktem dla poszukiwanego przeze mnie odniesienia w historii kobiecego pisarstwa czynię z kolei poświęconą abstrakcyjnemu ekspresjonizmowi współcześnie wydaną książkę artystyczną Agnieszki Grodzińskiej, która dopełnia pomysłu de(kon)strukcji historii nurtu. W każdym przypadku chodzi o powtórzenie – w nowym kontekście – tezy mówiącej o tym, że czas nie jest wyłącznie treścią abstrakcyjną, spekulatywną, intelektualną[8], lecz ma swój udział w sferze zmysłowości, która przekształca skończone formy (czas) w wymykający się im rodzaj przedstawień. I vice versa, strona abstrakcyjna zagadnienia bierze aktywny udział w znoszeniu esencjalizujących dychotomii umysłowe/męskie i zmysłowe/kobiece, zapośredniczając dobrze znane już wątki historii nurtu wewnętrznie zróżnicowanymi pojęciami modelu. Ich praca służy efektywnemu wintegrowaniu „starej” historii nurtu w nowy tekst,[9] którego istotnym wyznacznikiem jest afirmacja bogactwa figury, uwalnianego dzięki oporowi nieprzedstawialnego, w efekcie którego uwidoczniana jest temporalna konstrukcja wiedzy w rewizjonistycznym dyskursie historii sztuki.

Pomysł taki nawiązuje do wybranych wątków myśli Teresy de Lauretis, która z perspektywy feministycznej analizuje sprzeczność konstytutywnie wpisaną w relacje kobiet do wiedzy. Włoska badaczka pisze o nieredukowalności figuralności wtedy, gdy przez wieki ograniczane milczeniem kobiety, nie chcą dłużej mówić „językiem mężczyzn”.[10] Według niej to właśnie dzięki pracy wyobraźni pojawia się wołanie o coś, co (jeszcze) nie istnieje i co zarazem nie stałoby się pełną dyskursywnością.[11] W eseju Figures of Resistance, wygłoszonym z okazji setnej rocznicy wstąpienia kobiet na akademię w Irlandii, Lauretis konstruuje własną kobiecą genealogię, dla której przewodnim motywem jest pożądanie intelektualnej kreatywności przez kobietę. Powołując się na postaci realnie istniejące (Elena Lucrezia Cornaro Piscopia oraz Anna Maria von Schumann) oraz fikcyjne (np. Sfinks), które łączy ze sobą to, że są podmiotami wiedzy ukształtowanymi przez miejsca odosobnienia, wyróżnia ona dwa poziomy rozumienia figury. Rozpoznaje je bowiem jako figury władzy oraz reprezentacje współtworzone przez mężczyzn, które mogą stanowić również wzorce identyfikacji dla kobiet. Po chwili dodaje jednak, że wpisana jest w nie również „inna, bardziej uwodzicielska figuracja: możliwość pożądania, wizja, która jest przekazywana w spojrzeniu <<niemym jak wielki kamień>>, wiedzy, która okrywa siebie milczeniem, lub, co jest tym samym, spowija prywatnym, ukierunkowanym na siebie językiem, w neurozie, szaleństwie, narcyzmie, symptomatycznych zachowaniach”.[12]

W tekst na temat temporalności w sztuce i jej historii również wpisany jest element szaleństwa. Dotyczą go również kwestie związane rozumieniem płciowej różnicy, rozgrywane w kłopotliwym obszarze cielesności konstruującej go, androgynicznej podmiotowości. Jednakże podczas gdy de Lauretis, pisząc o „kobiecości jako wypartym męskości, nieprzedstawialnym ekscesie, którego wykluczenie podpiera stabilność i porządek racjonalnego świata”[13], wskazuje na jednokierunkową relacje między płciami, to semantyczne pola obu pojęć składających się na model figur nieprzedstawialnego zdecydowanie wskazują na relacje wymienności i dwukierunkowości sytuacji pozornie niemożliwej. W takim samym bowiem zakresie odpowiadają sobie, co zdradzają wewnętrznie w stosunku do siebie zróżnicowane, nie pozwalające im całkowicie do siebie przylegać. Każde z nich zawiera tak elementy wspierania i zawierania treści związanych z pojęciem sąsiadującym, jak i ich wypierania. Dla proponowanej tu możliwości przedstawiania czasu w dyskursie historii sztuki ma ta zgodna odwrotność kluczowe znaczenie, ponieważ mówi o sytuacji uzewnętrzniania nadmiaru oraz wzmożonej krytycznej aktywności, w której jedno bez drugiego nie może się obyć. Na tego typu genderową optykę nakłada się zarazem ta, wywiedziona z doświadczenia oglądowego obrazów abstrakcyjnych ekspresjonistów, nasycając androginiczne pojęcia figury i nieprzedstawialnego nieustannymi splotami, jednoczącymi podziałami, czy też uwarstwianiam się i interakcją znaczeniowych zakresów wizualnego doświadczenia. Indywidualizując pojęcia kolektywności i współwystępowania, jednocząc rozdzielenie postrzegania i odmianę podmiotowo uwarunkowanej, samozawierającej niewystarczalności,  androginia modelu staje się zarazem określeniem jego uspołecznienia.

Czym dla historiografii jest figura nieprzedstawialnego? Uzmysławia nam ona temporalny status naukowego tekstu, pełniąc przy tym funkcje odnoszące się do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Po pierwsze, poprzez uzmysławiającą inkorporację różnicuje w dyskursie historyczne, męskie porządki i reprezentacje wiedzy. Po drugie, stawia opór współczesnej ekonomii jej wytwarzania, która poddając piszące podmioty rozmaitego typu regulacjom i parametryzacjom, wywiera na nich presje związaną właśnie z dążeniem do ustandaryzowana i sformalizowania pojęcia czasu w obszarze nauki. Jednym z celów zinstytucjonalizowanej edukacji jest dziś jak najszybsze i dające wymierne efekty przyporządkowanie wiedzy aktualnym intelektualnym modom.[14] Pracując nad konceptem feministycznej historiografii czasowości, staram się w mojej teraźniejszości odwracać negatywną konsekwencję tego procesu, a także unikać sztywnych i jednoznacznych ram badawczych. Wycofane z czasu w najbardziej własną, jak pisał Heidegger, modalność – czasowość – dojrzewają we własnym rytmie, dochodząc do siebie w niepodobieństwach różnic, bez uwzględnienia których zasiliłyby kompendia wiedzy oraz akademickie podręczniki. Z oporem wobec produktów edukacji, powtarzających i stabilizujących znaczenia, związał pojęcie figury Lyotard, który tłumacząc uwikłanie swego myślenia o nieludzkim w problemu czasu, pisał: „Rozwój zakłada oszczędzanie czasu. Iść szybko oznacza szybko zapomnieć, zachować w pamięci jedynie te informacje, które będą przydatne potem, jak w ‘szybkim czytaniu’. Lecz pisanie i czytanie, które podążają wstecz w kierunku nieznanej rzeczy ‘wewnątrz’ są powolne.”[15] To, co figuralne byłoby, według francuskiego filozofa, efektem nieuzgodnienia (unharmonizable), rodzącego pokusę ucieczki od tego rodzaju człowieczeństwa, które podlegając procesom zinstytucjonalizowanego edukowania, wymaga od nas bolesnych rezygnacji. Wyraźnego określenia się i pozbycia, można dodać w kontekście tych rozważań, własnego nadmiaru czasowości.

Po trzecie wreszcie, niedopasowanie figury do ustandaryzowanych struktur wiedzy ujawnia się w efekcie jej (dys)komfortu – niekompletności związanej z nieprzedstawialnością czasu. Jej skutkiem jest tego typu zaburzanie przez figurę linearnej struktury i ciągłości wiedzy, które pozostawia ją jednocześnie stale otwartą na przyszłość; pozwalając na takie odniesienie figury do istniejących już tradycji uprawiania dyscypliny, w których przestrzeń na modyfikacje i korekty aktualnych spostrzeżeń i odczuć piszącego podmiotu odnośnie przedmiotu swych badań pozostaje rozciągliwa i nieszczelna. Otwieranie przyszłości przez figurę w dyskursie temporalności historii sztuki ściśle natomiast wiąże się z uelastycznieniem przyczynowo-skutkowej narracji. Figura odnajduje bowiem zbywalnymi jednostajnie przyspieszone konstrukcje jednokierunkowego wywodu, a związany z nimi typ uobecniającego przedstawienia zastępuje tomograficznym zapisem zmysłowego napięcia między jednostkową badawczą wyobraźnią oraz znaczeniotwórczym potencjałem rozbijanych form zastanych przez nią artykulacji wiedzy. Innymi słowy, przyszłościowy zapis jej dyskursywnych przedstawień czerpie z zachodnich dualizmów odrzucany przez nie nieprzedstawialny nadmiar czasowości, co do której trudno byłoby przypuścić, iż posłuży komuś do demontowania rządzącej nimi tradycyjnej logiki. Zwłaszcza zaś zasady hierarchicznej relacji zawierający/zawierany, w której jednemu z członów przyznany jest status (nie)dopasowanej szczeliny, drugiemu zaś jej uszczelnienia.

W androginicznej historiografii czasu przyszłość, której w swych rozważaniach o czasie Heidegger przyznał prymat, antycypowana jest przez (nie)materialny „obiekt”, jakim jest uczasowiany tekst, co raz to na nowo realizujący „tu oto” nieprzedstawialnego „tam oto” naukowej reprezentacji. Pragnąc być kształtem, wyobrażeniem, figurą, próbą uchwycenia i jednostkowym urzeczywistnieniem toczących się na marginesie historii sztuki losów stawiania oporu łatwym rozwiązaniom, tekst taki forsuje ich granice. Przenosząc w ten sposób na płaszczyznę historiografii oraz umieszczając w kontekście feministycznym problemy dotyczące temporalnego statusu dzieł sztuki oraz rozpoznania ich tożsamości w jej historii. Poruszyła je w znanym eseju, Żałoba i metoda, Michael Ann Holly, pisząc:  „Materialność obiektów, z którymi mamy do czynienia stawia historyków sztuki wobec interpretacyjnego paradoksu nieobecnego w innych historycznych badaniach, ponieważ dzieła sztuki są zarówno utracone jak i odnalezione, zarówno teraźniejsze jak i minione, w tym samym czasie.”[16] Można bowiem dodać również, iż „tracony” i „odnajdywany” może być także status pisanych przez nas tekstów. Chociaż często odczuwamy dezorientację z powodu ich sposobu bycia w czasie, zdarza się jednak również, że staramy się bardziej świadomie czerpać z obfitości i wieloznaczności tego faktu. Dotyczy on tekstów w takim samym stopniu jak obiektów artystycznych. Zupełnie jakby aktualność pisarstwa o sztuce zależała właśnie od dyspozycji badaczy wobec subtelnych komplikacji, których gęstości i intensywności nigdy jesteśmy w stanie całkowicie przewidzieć.

Jeśli zatem, nawiązując do Heideggera, przyjąć, że czas jest horyzontem bycia, ogarniającym wszystkie dziedziny czasu, to utrata tego horyzontu z tekstu oznaczałaby zarazem pozbawienie tekstu jego indywidualnej, wewnętrznej narratorki-narratora, a co za tym idzie, nieproduktywną, opartą na rezygnacji „spójność” naukowego świata. Mówiąc językiem feminizmu, chodziłoby o to, aby z procesu konstrukcji nie uczynić wyłącznie instrumentalno-pojęciowej metody odzyskiwania utraconej części, lecz – podobnie jak w dziele Prousta – wyznaczyć rolę twórczości, uobecniającej to, czego w danym momencie najbardziej brakuje w aktualnej wizji historii.[17] Brakowi przeciwdziałam, wykorzystując tok pisania tekstu od lewej do prawej strony, który nie jest jedynym znaczeniotwórczym trybem jego lektury. Niejednokrotnie spycham również tradycyjną naukowość do przypisów. Pomysł interferowania powierzchni dyskursu historii sztuki realizuję z kolei poprzez uwewnętrznienie języka ojców – nie tylko abstrakcyjnych ekspresjonistów („ich” krytyków oraz historyków sztuki), ale także ojców historyków sztuki z Zakładu Historii i Teorii Badań nad Sztuką Instytutu Historii Sztuki w Poznaniu.[18] Młodym badaczom trudno uniknąć wpływu kultur badawczych tego specyficznego środowiska naukowego, którego myślenie i pisanie o sztuce w znacznej mierze opiera się na spuściźnie Heideggerowskiej, bądź też dialogu z nią. Niniejsza praca jest właśnie dialogiem – nieuniknionym również ze względu na wkład tego filozofa w temat czasowości – wymagającym jednak dodatkowego wyjaśnienia. Postheideggerowski język mojego tekstu ma bowiem bardziej przewrotny sens, uzgodniony z założeniem androginicznej historiografii czasowości.

Stąd uzasadniając jego użycie, odwołam się do tradycji brzuchomówstwa w nauce, począwszy od zapładniającego ją mitu o Zeusie, który połknął brzemienną boginię mądrości, potrafiącą zmieniać kształty. Jak pisze Andrzej Marzec: „pożarta Metyda miała z wnętrza brzucha udzielać Zeusowi swych rad i wskazówek oraz dzielić się z nim swoją własną wiedzą. To właśnie ona jako jedna z pierwszych rozpoczyna tradycję brzuchomówstwa, którą między innymi w swych feministycznych  pracach  wykorzystuje  Luce  Irigaray 4 . Według  niej  większość  teorii filozoficznych pożarło, wchłonęło to, co materialne, matczyne, kobiece, cielesne, dlatego też zaproponowana fizjologiczna strategia brzuchomówstwa ma pozwolić na udzielenie głosu temu, co przez długi czas pozostawało nieme, niemalże pogrzebane. Stąd tak typowe dla tej myślicielki mówienie z wnętrza męskiej teorii, przejmowanie stylu danego filozofa, wręcz mówienie nim samym, ukrywając się w wnętrznościach jego koncepcji.”[19] W przypadku mojego tekstu sytuacja jest  jednak odwrotna i o tyle trudniejsza, że połknąłem żabę-Heideggera i mam niestrawność, której próbuje się pozbyć na uświęconym obszarze historycznego uniwersum abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Swój poświęcony analizie temporalnych warunków reprezentacji tekst traktuję zatem nie tylko jako moment przepracowania tzw. „lęku przed wpływem”, ale również jako okazję krytycznego przepisania głównego przesłania abstrakcyjnych ekspresjonistów, jakim było wyrażenie siebie.

Odwołam się tu do obserwacji, jaką Hanna Buczyńska-Garewicz poczyniła, omawiając dzieło autora W poszukiwaniu straconego czasu? Powiada ona: „Powszechna jest wewnętrzność czasu, natomiast indywidualny i niepowtarzalny jest jego swoisty kształt”?[20] Jaki z niego pożytek dla hiper-naukowej dyscypliny, jaką stała się historia sztuki? Od dawna jest sprawą oczywistą, iż żadna z naszych historyczno-artystycznych narracji nie jest z góry dana, jedynie obowiązująca, raz na zawsze ustalona. Jednakże niektóre z nich – a do tych chciałaby zostać  zaliczona i ta –  de(kon)strują[21] reprezentacje historycznej wiedzy, oczywistości czyniąc mniej oczywistymi, a zadęcia mniej zadętymi. Optując za doświadczeniem historiograficznym jako zmysłowo doznawaną rzeczywistością, a nie wyłącznie teoretyczną fikcją,[22] ponownie zatem skłaniam się ku bardzo dobrze pod wieloma względami zbadanej przeszłości abstrakcyjnego ekspresjonizmu. Po to jednak, aby poprzez ufiguralniony metatekst o niej zasugerować czytelnikom przeżycie czasu. Podczas gdy kafkowski geometra przybywał do Zamku z przyrządami mierniczymi, do wykonania tego zadania mam do dyspozycji dwa pojęcia, które pracują na rzecz przemiany sposobów uprawiania historiografii. Podczas gdy Walter Benjamin znaczenie tomów Marcela Prousta upatrzył w tym, że niosą „ze sobą kruchą, bezcenną rzeczywistość: obraz”[23], w tym przypadku czytelnicy będą mieć do czynienia z nieprzystępną i na swój sposób owocną rzeczywistością historiograficznej figury Gmachu Abstrakcyjnego Ekspresjonizmu.


[1] H. Damish,  Strategie 1950-1960, w: Idem, Okno w żółci kadmowej albo o tym, co kryje się pod spodem malarstwa, przeł. M. Prosowska, Gdańsk 2006, s. 128.
[2] Franz Kafka, Zamek, s. 7. uzup
[3] Św. Teresa z Avila, Twierdza wewnętrzna (mieszkanie pierwsze) uzup
[4] Pytanie takie zakłada pluralizm istniejących oraz konkurujących ze sobą koncepcji czasu. Ze względu na pojęcie „historii” w rozdziale trzy z nich zasadniczo stanowią – każda na swój sposób – wyraźnie rysujący się w zróżnicowanym pejzażu historii sztuki, i na jej marginesach, krytyczny punkt odniesienia dla formułowania niniejszej propozycji: czas linearny, transcendentalne „Teraz” (kojarzone z modernizmem) oraz czas anachronistyczny, preposteryjny (kojarzone z postmodernizmem). 
[5] Por. H. Buczyńska-Garewicz, Przeszłość odzyskana, w: Eadem, Metafizyczne rozważania o czasie. Idea czasu w filozofii i literaturze, Universitas, Kraków 2003, s. 60.
[6] Przeglądając antologie tekstów na temat abstrakcyjnego ekspresjonizmu (D. i C. Shapiro, Abstract Expressionist: A Critical Record 1990; C. Ross, Abstract Expressionist: Creators and Critics 1990, E.G. Landau, Reading Abstract Expressionism. Context and Critique”) uderza fakt iż ich autorami – z nielicznymi, lecz znaczącymi wyjątkami jak wielokrotnie przywoływana już w tej pracy Ann Gibson – są głównie mężczyźni.  
[7] Zob.: podrozdział Dziecięctwo abstrakcyjnego ekspresjonizmu albo doglądanie umatkowionych fundamentów w tym rozdziale.
[8] Takie jego wyobrażenie zostało już częściowo zakwestionowane w pierwszym rozdziale.
[9] N. Bryson, Art in Context, w: R. Cohen (red.), Studies in Historical Change, Charlottesville 1982, s. 18-42.
[10] Idigaray brzuchomówstwo
[11] T. de Lauretis, Figures of Resistance, w: Eadem, Figures of Resistance. Essays in Feminist Theory, P. White (red.), University of Illinois Press, Urbana and Chicago 2007, s. 235-260, wstęp, s. 16.
[12] Ibidem, s. 241.
[13] Ibidem.
[14] Por. I-A. Bois, Painting as a Model Uzup
[15] J.-F. Lyotard, The Inhuman. Reflections on Time, tłum. G. Bennington, R. Bowlby, Polity Press 1988, s. 2-3.
[16] Compelling Visuality: The Work of Art in and out of History, edited Claire Farago and Robert Zwijnenberg, Minneapolis: University of Minnesota Press, 2003, s. 159.
[17] Ibidem, s. 74. Zob. też. P. Markowski, Pragnienie obecnościuzup
[18] Za sugestię stematyzowania tego, oraz poprzedzającego go elementu mojego pisarskiego projektu dziękuje dr hab. Marcie Smolińskiej.
[19] A. Marzec, Widma, zjawy i nawiedzone teksty – hountologia Jacquesa Derridy, czyli o pośmiertnym życiu literatury, w: [w:] Wymiary powrotu w literaturze, red. M. Garbacik, P. Kawulok, A.
Nowakowski, N. Palich i T. Surdykowski, Wydawnictwo LIBRON, Kraków 2012, s. 257.
[20] Ibidem, s. 75.
[21] Przypis. Z Marty.
[22] Mieke Bal, ahistoryczne są właśnie te tradycyjne, nieświadome sposoby uprawiania historii
[23] Benjamin tekst-wspomnienie Prousta porównuje również do tkaniny o „gęstym splocie”, wskazując na jego ukazywanie „praw rządzących pamięcią” (mémorie involontaire), w której „poszczególne momenty wspomnienia – już nie jako pojedyncze obrazy, lecz luźne, bezkształtne nieokreślone i ważkie formy – zaświadczają o całości, tak jak ciężar sieci informuje rybaka o wyniku połowu.” Idem, Do wizerunku Prousta, w: Anioł…op. cit.., s.73-88.