sobota, 12 października 2013

DRUT SZATANA





W podziemiach pewnego budynku mieściło się biuro Szatana, autora sławnej Biblii. Każdego dnia, o określonych godzinach, różni ludzie przychodzili tam obciągać mu kolczastego druta. Robili to mimowolnie, na stojąco i na kolanach. W zamian za ułatwienie mu funkcjonowania w świecie w grę wchodziła pomoc finansowa, naprawa kajaku, przyspieszenie biegu spraw nie cierpiących zwłoki, miłość i tym podobne kwestie. Jednak współpraca ta nie była pełna.

Gdy wprowadziła się tam Kalina J., w przyznanym jej mieszkaniu brakowało wszystkiego. Nie było umywalki, ani prądu. Nie było też czego przesuwać, aby móc się urządzić. W nowym lokum nie miała przy sobie nikogo, kto byłby jej wsparciem w trudnych chwilach. A jednak nie zeszła na dół zadzierzgnąć znajomość z Księciem Ciemności. Raz tylko, gdy wzięła dzień urlopu na żądanie, otarła się o niego na klatce schodowej. Pomyślała wtedy, że kiedyś sporo paliła i byłaby w tym dobra.

Któregoś dnia miała z sąsiadem taką rozmowę:
„Druta? Jakiego druta? Są takie rodzaje drutów: drut wiązałkowy żarzony, drut ocynkowany, lakierowany, naciągany, ostrzowy. O drucie Szatana nie słyszałam...”
„Ale kiedy trzeba, pani Kalino” odpowiedział niemal szeptem. „Nie chce pani spróbować? W przeciwnym razie gówno nie będzie się samo usuwało…”

Przez długi korytarz przeleciała czarna, śmierdząca chmura i przez chwilę spoczęła na plecach Kaliny J. Wszyscy bili wtedy brawo, zacierali ręce.

Mijały tygodnie. Chociaż nikt nie zmuszał jej do robienia tego, co robili wszyscy, to właśnie fakt, że wszyscy regularnie znikali ze swych mieszkań na godzinę, czy dwie dziennie, sprawiał, że wyrosła pomiędzy nią a sąsiadami psychologiczna zapora. „Mamy zawalone…” odpowiadali na jej „dzień dobry”.

Mozolna musiała być ta metafizyczna procedura, którą okupione było gładkie życie, płynne przez nie przejście.

Z czasem, obok naturalnej niechęci do odwiedzenia Szatana, pojawił się lęk. Kalina zaczęła żyć w ciągłym strachu, że prędzej czy później on upomni się o nią, albo że mieszkańcy zaniosą ją mu w prezencie na tej chmurze, co to składała się z ich porannych oddechów aprobaty dla niego. Chociaż codziennie używała odświeżacza do ust, tak zostało zapisane i nie mogła znać dnia, ani godziny, kiedy to się stało.

A stało się to po raz pierwszy prawdopodobnie tuż po mszy, odprawianej w niedziele w południe. Równolegle do mszy katolickiej. Na korytarzu, na pierwszym piętrze tłoczyło się kilka osób, a ona przechodziła pomiędzy nimi. Chociaż znów wszyscy zachowywali się tak, jakby jej nie widzieli, to jednak wiedziała, że tym razem właśnie ta ich intensywna obojętność niesie ją prosto w ramiona ich Pana. 

„Haj…”
„Haj…”

 „W samą porę!” usłyszała głos z drugiej strony. „Słyszałem, że brakuje ci rodzinnego stada.”
„Nigdy! Jest w miarę!”
„Czy nie chciałabyś…?”
„Czy nie wystarczy ci, że mam wyimaginowane problemy?”
„ Ludzie jeżdżą windą w górę i w dół, bo ja naciskam guzik…i tak to się kręci.”
„ A więc to jest ta twoja druciarnia, Szatanie…”
„Tak. Kiedyś była to drukarnia. Ale dosyć miałem kartek srartek.”
„Cóż dodać więcej.” 
Nogami zaparła się o framugę drzwi.

niedziela, 6 października 2013

Zipiś Newmana*




Jak jamnik sytuujący się czasie
będący samą jego rozciągliwością
szczepione rowery nie wytłumaczą tego
że jest zarazem scalony z wiecznością

Tak obrazy Barnetta Newmana
Przez które artysta przeciągnął pasek
Przez panią mogą być zwane jamnikowymi
Przez pana dworną nieskończonością

Bądź grzeczny zipisiu! tak, ładny, kochany,
Nie skupiaj mi się na chodniku,
Teraz kiedy horyzont bytu przed nami,
A, fe, ty musisz zrobić siku!

                                          B. Newman, Horyzontal Light, 1949

*  wierszyk jest wykładnią androginicznej historiografii czasowości, czyli nowej antropologii w historii sztuki, tworzącej się w ramach modelu Figur Nieprzedstawialnego