niedziela, 27 lipca 2014

Życie prywatne a nauka. Albo z helu do Kocborowa.

Ostatnio, siedząc na dachu i obserwując kocie dąsy i gody, przy entym nocnym browarku, rozmawiałam z Izą Kowalczyk na temat wpływu różnych sytuacji z życia osobistego na pracę naukową. Obie, choć na  różne sposoby, nie odmawiamy przenikania naszej codzienności, różnych emocji, które nam towarzyszą, mniej lub bardziej skomplikowanych sytuacji, w których się znajdujemy na charakter i kształt pisarstwa każdej z nas. Zanim uda się nam napisać kolejny wspólny tekst, poruszający ciekawe zagadnienie i oczywiście wstrząsający posadami polskiej historii sztuki ;-), postanowiłam już "ugryźć" zagadnienie; robiąc to najbardziej bezpośrednio jak potrafię, w nieznośnie upalny i prawie niezdatny do pracy umysłowej dzień,  póki co wyłącznie lekko i z przymrożeniem oka.

Otóż, podstawowy wpływ w zakresie prywatności, nie ukrywam, ma w moim przypadku skomplikowana, po stokroć uwarunkowana sytuacja osobista: mnisze życie raz na jakiś czas przetykane romansami, albo - nieudanymi jak dotąd, próbami stworzenia tzw. związku. Załączona na obrazku mapa, pokazująca jak ja widzę linię polskiego wybrzeża na północy Polski wraz z Zatoką Gdańską w ponad 30 st. upale, również ma coś wspólnego z tą samotniczą, a jednocześnie bardzo konsekwentnie domagającą się miłości naturą.



Wszystko na tej mapie jest popierdzielone wedle moich naukowych zainteresowań. Dla tych co nie wiedzą, koncentrują się one wokół budowy alternatywnego modelu czasu w historii sztuki; modelu nielinearnego. Ten nielinarny charakter to główna cecha narysowanej przeze mnie mapki. Dlaczego ona tak wygląda jak wygląda? Dlaczego te miejscowości zostały poprzestawiane w nieswoje miejsca? Otóż dlatego, że nie chcę wracać do punktu wyjścia! Jadąc na rowerze, zaglądam na fejsa, a tam co trochę jakaś Igrasińska wstąpiła w związek małżeński, albo znalazła sobie nowego chłopaka. Ludziom to jakoś tak łatwo wychodzi. A jednocześnie to są kobiety, które wybrały wzgardzony przeze mnie model linearny, realizowany przez fejsbuka na osi ze strzałką czasu. Jadąc z Pucka do Redy, mam czas żeby na kanwie prywatnego dotknięcia niekorzystną sytuacją, w której tak niewiele kobiet konstruuje własne modele czasu i wyskakuje z linearyzmu, zbudować w głowie całą figuralną konrtę na ten linearym i nigdy prze-nigdy nie wracać do tego, co było na fejsbuku w 2011.

To że model damsko-męski jest linearny, a nie taki jak pokazuje moja mapa, w sposób nie do porównia z niczym innym potężny napędza mnie do pracy intelektualnej, która nie zna granic. Mogę przejechać na rowerze tę trasę tam i z powrotem i zawsze mi wyjdzie figura zamiast linii prostej. Tu nie ma przykrej niespodzianki. Nawet gdy skwar niemiłosierny leje się z nieba. Nawet gdy nie ma wiatru. Im więcej widzę pierścionków zaręczynowych na bulwarze, im bardziej przemocowo uświadamiają mnie różne media w linearnym charakterze miłości między ludźmi, tym ja bardziej będę upierać się przy figurze. Wstawię nawet dodatkową miejscowość na mapę, jeśli będzie trzeba; może to być "Mickey Mouse", żeby zagrać na nosie wszystkim widocznym i niewidocznym zmianom w zakresie statusu życia prywatnego.

Tak więc wstępnie uważam, że choć oczywistym powinno być dziś, że życie prywatne przecina się z naukowym na różnych poziomach, to jednak tylko wybrane trakty - te, na których realizuje się podmiotowa elan vital - przynoszą rewolucyjne zmiany w topografii nauki, sprawiając, że nie mogąc oddzielić tego kim jesteśmy, od tego, w jaki sposób myślimy i działamy, stajemy się dla świata bardziej lub mniej wiarygodni, a nasze teorie spójne z tzw. "resztą".

Ejjjj-men!

sobota, 26 lipca 2014

ROTKA: NIE MA ŚMIERCI NA WYSOKOŚCI!



 - Izuniu kochana, dziś zmarł Pikuś, dziesiąty spośród moich kotków, przybłęda zaraz po Asanie, wiesz tym buldogu, co to mam ich obecnie ze trzy.
- Ewcia, strasznie mi przykro. Co się stało?
- Chorowity był. Oczko mu wypadło. Płaczę po nim od rana. Czy możesz wpaść dziś do mnie pomóc mi go pochować?
- Tak. Przyjdę z Rotką.
- Jasne. A Rotka to twój nowy kotek, tak, Ewcia?
- Tak, imię dostała po amerykańskim malarzu, co mnie się osobiście nie specjalnie podoba. Dlaczego kotka ma się nazywać po jakimś tam malarzu!

Rotka została tak nazwana przez poprzednią właścicielkę, bo jej futerko jest delikatne i wielokolorowe jak obrazy Marka Rothki, a jej osobowość jej wielowątkowa. Jednak pewne jej cechy wybijały się na pierwszy plan przy innych kotach. Fakt, że Rotka okazywała się dominująca i terytorialna sprawiał, że jeszcze bardziej kotka przypomina małą rotę.

Mając obecnie ponad rok zdążyła już zaliczyć chyba z sześć domów. Zewsząd ją jednak wywalają, bo chociaż dla człowieka jest największym słodziakiem na świecie, to nie potrafi się dogadywać z innymi przedstawicielami i przedstawicielkami swojego gatunku. No chyba, że ma do dyspozycji ogród, w którym może wytracać naddatek pierwotnej kociej energii, która przypomina nam, ludziom-głuszcom, że kot jest pradawnym zwierzęciem, które oglądało puszczę i zna odgłosy wydawane przez wiele dzikich zwierząt. 



Gdy Rotka nie ma wybiegu walczy z innymi kotami, ganiając je po całym mieszkaniu, albo myje je tak wytrwale, że zostają pozbawione ochronnych zapachów. Taką łysą i bezbronną pozostawiła drugą kocicę-matronę poprzedniej właścicielki. Bo chociaż tam był balkon, przez który Rotka mogła wychodzić na dach i nie wracać przez wiele godzin, to wyelegantowanej sąsiadce zaczęło przeszkadzać, że jakiś obcy kot wchodzi na jej taras i grzebie w doniczce.

Słyszałam o kocie, który był w podobnej sytuacji. Codziennie przedostawał się do sąsiadów, tyle że miał tam własną miskę i fotel, na którym spał przez godzinę, a potem wracał do siebie.  Do takiego dobrego domu, otoczonego ponadto wielka doniczką, właśnie trafiłam.

Ale teraz gdzieś ją chcą zabrać. Zapinają jej smyczkę ze wzorkiem w trupie czachy i wkładają sobie pod pachę. No dobra. Może być fajnie. Czemu nie. Jak będę się mogła ponapierdalać z innymi kotami i pokazać im gdzie ich miejsce. Ach, żeby się tam zjawił taki kot Borys, jaki jest tu, co to umie się mi postawić i spod nastroszonego ogona wypuścić wysoko strumień ciepłego kociego moczu na caaaaałą doniczkę; ten strumień-fontanna zrobił na mnie wrażenie. Potem Borys pogonił mnie na drzewo w ogrodzie i nie pozwalał zejść, łypiąc na mnie iskrzącymi oczami z przeciwległej gałęzi. Nareszcie czułam, że żyję i że moje syczenie w niebogłosy nie poszło na marne.

Ale że mnie teraz Iza gdzieś zabiera, a mnie wspomnienia tuptają w głowie, to już nie wiem o co chodzi. Przecież między kotami nie może być pełnej zgody. Ja chcę tu zostać! Jak jest nas trójka to jesteśmy Kot A, B i C i wiadomo, że nikt nie chce być C. Benek może być teraz C, ale nie ja! Ja ci, to wszystko, Iza wytłumaczę.

- To jesteśmy. Rotka niech sobie biega, a ja ci pomogę wykopać dół.
- Czekaj, gdzie jest łopata? Tam! Nie mogę tego zrobić, choć przecież nie raz już to robiłam, mając za sobą karierę kociary z trzydziestoletnim stażem. Ten kotek był taki słabiutki…
- Rotka, Rotka, nie zaczepiaj tamtego kotka! No chodź tu, pokaż się Ewuni.
- O jaka śliczna. Futerko miękkie jak u królika. Jak dobrze ubrana. Tu czarne niepospolite spodnie w zebrę, pod szyją biała koszula i wszędzie te samoistne rdzawe pręgi. A powiedz kochana, jak ci idzie pisanie nowej książki, teraz gdy masz pod opieką trzy koty, męża i dwójkę dzieci?
- Wiesz co, bardzo dobrze. Jadę rozdział za rozdziałem, a w każdym z nich pojawiają się zupełnie nowe feministyczne koncepcje. Nowy kot przynosi mi zatem dobrą passę w pisaniu. Wszyscy się kotłujemy w domu i to zależy kto się kim opiekuje.
- Bardzo się cieszę. A powiedz…

Gdy panie sobie rozmawiały, a jedna z nich kopała w ziemi dół dla Pikusia, który leżał sztywny na trawie, Rotka wymknęła się spod ciepłej ręki ludzkiej znajomej. Podeszła do martwego kota i zaczęła go obwąchiwać. Najpierw nie wiedziała co to jest. Czy to mop czy to pies? Nie był to chyba kot. To by wiedziała, bo przecież od razu by pogoniła. A jednak coś jej podpowiadało, że to jednak był kot. Tylko trochę inny, jakiś nieskory do zabawy, do pogonienia muchy. rozdeptania pająka, ani A, ani B, ani C…coś dziwnego, co było jej kompletnym przeciwieństwem. Biedny był. Nie miał na nic siły, a takiemu nie można dowalać.

Rotka położyła się na nim. Dosłownie rozpłaszczyła się na jego ciele, jakby go chciała całego objąć i jakby on wcale nie byłby ziemią, do której można ot tak wrzucić kota, którym również nie był. I wtedy zaczął się powoli ruszać, reagować na bodźce, na dobre jakby podejście do złej sytuacji, w której się znalazł.

- Ty, Iza, patrz co się dzieje!
- Nie wierzę!
- Kot mi zmartwychwstaje!
- Ale przecież to niemożliwe?!
- Skąd ta twoja Rotka się wzięła?
- No od Eweliny ją dostałam niedawno.

Pikuś poruszał już trzeba kończynami i biały ogon mu zaczął drgać na czubku. To znak, ze odebrał pierwsze sygnały życia. Rotka zaczęła go gryźć w szyję, zupełnie jakby w poprzednim wcieleniu była wampirem. Taka wstawką trochę z Harlequina. Przecież tu chodzi o dobrą zabawę, a jak mam się bawić z kotem, który się nie rusza? Zaraz się na niego zasadzę i go pogonię tak jak to mam w zwyczaju. Że sobie zapamięta, samiec to czy samica, żywy czy klapnięty, że jestem kotem o silnej i wybujałej osobowości, a siła obrazów Rothki, przez które to niby miały przebijać „tragedia, ekstaza, dramat” to przy mnie naprawdę małe Mickey. Miału, jestem kotką, która przekracza granice życia i śmierci ot tak dla igraszki!

- Iza, lecę po drugą łopatę. Tam pod drzewem leży mój ukochany kundelek Roxy, a także owczarek szwajcarski Pekin.

Nie minęła godzina, a te i inne zwierzęta biegały po ogrodzie, a Rotka je ganiała. Trochę były jeszcze fizycznie niemrawe, ale zasadniczo zadowolone z tego, że zostało w nie znów tchnięte życie. Chętniej odwzajemniały potrzebę wypuszczania w świat energii, śmierć była energetyczną blokadą, którą można powstrzymać, a życie miało coś wspólnego z Rotką.




piątek, 30 maja 2014

P-Z STORY TRAMWAJOWA


p-z

Historia ta miała miejsce na pętli tramwajowej, a raczej w zajezdni, gdzie tramwaje zaczynały i kończyły swój bieg. Zaczęła się o niewyobrażalnie wczesnej porze, kiedy grupa przyjaciół opuściła imprezę urodzinową kolegi.

W drodze powrotnej pętla ofiarnie zamroczyła ich oczy. Tory położyły się przed nimi jak widły rozchodzące się równolegle we wszystkie strony, a potem znów zbiegające w jeden trakt.

Przestępujący z nogi na nogę po skrzącym śniegu postanowili poczekać na pierwszy tramwaj. W pewnym sensie wszystko było kapitalną zabawą: oddychanie, mówienie na końcu świata, łagodnienie głupich pomysłów na mrozie, od którego sztywniały palce. Czy gdyby chociaż jedno z nich potrafiło powstrzymać potok słów, nad którymi pojawiały się i znikały - sprawiając wrażenie ciężkich - śmieszne mgiełki, nie doszłoby do tak strasznej tragedii? Nie sądzę. Czy można powstrzymać śmierć nie znając innego idiomu niż życie?

próba mikrofonu
 
- Myślę, że jestem jakąś starą, grubą babą o bardzo nieprecyzyjnej sylwetce. Stoję na przystanku z siatką pełną zakupów i wpatruję się z ufnością w sucharskie reklamy. Dżak mnie nie kocha i czuję z tego powodu wielką ulgę.
- A ja jestem sobą za piętnaście lat. Żaden czytelnik się ze mną nie utożsamia! Mam wąsy, brodę, trochę czuć ode mnie chlorem i smarem. Jadę na dźwigu w Stoczni. Nie mam rodziny, ale mam robotę. Kim ja mogę być, kiedy dźwig pozwala mi oglądać cały warsztat wszechświata?
- Jego latarnią! Kimś, kto nie rozwiązuje problemów całego społeczeństwa z jednej pozycji materaca. To znaczy nie leniuchuje tylko namacalnie. A ty kim jesteś?
- A ja jestem każdym człowiekiem po trochu i wszystkie moje pomysły wydają mi się jakieś średnie. Zdaję sobie sprawę, że wolę szybować niż przebierać nogami.
- Ja za to jestem idealnie zintegrowana z moim dużym formatem. Za ile będzie ten tramwaj? Umieram z zimna i gastrofazy.
- ...a może my jesteśmy jakąś mizerną, pozbawioną skupienia, a pełną tymczasowych przekształceń gwarą jakiegoś pismaka? Niedoborem jakimś i mniemaniem kogoś innego niż my...
- Nie wiem, czy już wspomniałem, ale wolałbym już milczeć. Coś niedobrego czuję. To się zaraz wydarzy. Jakieś wyładowanie.

Media Hipokraka

Wszystkie wypowiedziane tego poranka słowa bezpowrotnie wpadały do kanałów, a wszystkie pierwsze strony zamieściły następnego dnia newsy mniej więcej takiej treści i długości:

Z naprzeciwka, z drugiej strony ulicy Xxxxx, nadszedł wielki mężczyzna, który niósł na barkach pijaną kobietę, Katarzynę Z. Wraz z odjazdem pierwszego tramwaju znalazł się celowo w jednym z kanałów zajezdni tramwajowej, którą grupa osób w wieku od 30 do 35 lat wzięła mylnie za pętlę. Wszyscy zginęli na miejscu śmiercią tragiczną. Mieli poobcinane ręce i nogi. Jak marchew na zupę. Osiłek to spowodował, gdyż podniósł kobietę wysoko akurat w momencie, w którym tramwaj przejeżdżał, powodując rozszarpanie jej ciała na strzępy i wykolejenie tramwaju, który runął z góry - a nie, z fałdy jej grzbietu - na wszystkich oczekujących na fałszywym przystanku.

Przepis na potrawkę ze śmierci.

Śmierć to rzecz pewna. Możecie wszyscy się jej spodziewać. Kiedy bliscy umierają nam w taki sposób, w pierwszym odruchu chciałabym poskładać zdezintegrowane części ich ciał w jakąś nową całość. Ocalić ich. Język, jeszcze niedawno wetknięty do pocałunku w czyjeś usta. Dłoń jakby machającą na pożegnanie. Zabrać coś ze sobą na pożegnanie. Choćby roztarte na miazgę organy wewnętrzne. Potem, w drugim odruchu, kiedy już zdaję sobie sprawę, że nie ma takiej możliwości, pragnęłabym chociaż gorąco zachować fragmenty ich ciał w formalinie. Tę mielonkę, do której mam taki sam czuły stosunek jak do siebie samej. Ani mniej ani więcej. No i wreszcie, prawie nic z nich nie zostaje. Taka wielka dziura, która nie jest w stanie pomieścić wiedzy o tym, co ich czeka osobno.


środa, 14 maja 2014

Jest.



jest większa niż dziura w dupie
jest mniejsza niż satelita
Twoja własna orbita i
sprzęt unoszący się lekko nad ziemią

To jest przetoka w twojej nodze
której nikt nie zobaczy od spodu
która jest zabrudzona jak dyszel
wciągający tyle przestrzeni ile
ci potrzeba,

Krowo.

Ps.
Powlekasz nogą
Gdy coś ci z niej wyłazi
Gdy znajdzie się idiota
z modelem nogi klasycznej.
Oł je.

piątek, 18 kwietnia 2014

NARODZINY NORMANA BATESA



                             

Znaleźli się na pustym placu przed przeszklonym budynkiem, którego Norma nigdy wcześniej nie widziała na oczy. Jego niebieskie ramy trzymające okna były nadal widoczne w przygasającym dziennym świetle i przypominały jej kolor własnych oczu.
- To znak, że mieścimy się w godzinach pracy i wszystko idzie dobrze! – zauważyła zapobiegawczo z właściwym sobie ochoczym nastawieniem do nowych przedsięwzięć, z których to miało być jednym z najbardziej tajemniczych w jej życiu. – Czy to jest na pewno ten budynek? Czy ktoś może mi przetłumaczyć napis na tabliczce?
- Jeśli sztuka pan toalety, jest zaraz po prawej strornie za przeszklonymi drzwiami, naprzeciwko człowieka oczekującego na krześle.
- Thank you.
Kiedy wróciła w okolice recepcji, do szyby przy drzwiach wejściowyc ciekawsko przyklejali twarze różni ludzie. Nie mogła uwierzyć, że kompletnie nikt nie zwraca tutaj na nią uwagi. Podobnie jak nie mogła dojrzeć przez nich, co stało się przedmiotem tak licznej uwagi. Kiedy wreszcie udało jej się, zobaczyła grupę Muppetów opuszczających busa i zbliżających się w ich stronę.
- Co to jest? Jakaś parada? – zaśmiała się, przecierając spocone czoło.
Ludzie odwrócili się, rozstępując się jak Morze Czerwone, co onieśmieliło Normę, sprawiając, że wycofała się nieco, opierając się z koniczności o dużych rozmiarów donicę z egzotyczną rośliną. Nareszcie miała to, czego chciała. Odrobinę uwagi, być może wsparcia.
Kolorowe Muppety kroczyły teraz prosto w jej stronę: Miś Fazi, Scooter, Kermit, Sam Orzeł, Piggy, Gonzo, Szwedzki kucharz i wreszcie Wielki Ptak kroczący na ich czele.
Na widok kołyszącego biodrami ornitologicznego zjawiska Norma Bates, z domu Bates, matka Dylana Massetta oraz młodszego od niego, Normana, który następnie utożsamił się z nią w schizofrenicznej więzi, siostra brata Caleba, który ją rzekomo gwałcił w dzieciństwie, mocniej uchwyciła się dłońmi glinianych obrzeży donicy. Nie mogła nie wierzyć, że to nie był sen. Ktoś tam w środku musiał poruszać tym niezgrabnym stworzeniem, które wywoływało w niej tak mieszane uczucia, które były niemalże nie do udźwignięcia.
- Chcę informacji na temat Normy Bates – odezwał się do niej uprzejmie, ale stanowczo Żółtodziób. Jego upierzenie kontrastowało z chłodnym kolorem jej oczu, z tłem błękitno-fabrycznych ustawień Windowsa, z aparaturą Worda, z… Ale z pewnością nie z kolorem jej majtek, które były proste i skąpe w kroju oraz czarne jak piekło! Przy nich stawało się bardziej złote, sytuując całą tę absurdalną scenę w porządku wieczności.
    Norma położyła palec wskazujący na ustach:
- Szwyyyyyy…


                                                                    ***
Droga do poznańskiego oddziału szpitala NFZ przypominała Normanowi drogę do Fairvale. Zaprzestał jednak doszukiwać się podobieństw, kiedy jego biały Ford Coupe został zatrzymany przez pewną kobietę, która spytała go o drogę. Jej mowa, podobnie jak cała jej postać wydawała się mu trochę dziwna i niezrozumiała. Jakby nie z tej epoki, z innego miasta, stanu, państwa. Innego prywatnego kosmosu, z którego pewnego dnia, łapiąc przypadkowy wiatr we włosy, postanowiła się wyrwać, ale jej misterny plan nie do końca wypalił i teraz błąkała się po odludziach z ekskluzywną walizką w duże kropki, trochę przypominające sadzone jaja. Jej polski był naprawdę biedny. Mówiła z robotniczym akcentem.
- Myślę, że byłem tu już kiedyś, mając kilkanaście lat mniej, może kilkanaście kilogramów więcej, w innym ciele.
- Kurwa, nie obchodzi mnie to. Pytam czy wiesz, jak trafić do firmy, o której wspominałam, chłoptasiu…
Jej głos trzeszczał jak zdarta płyta, jakby ktoś nadgryzł szklankę.
- Szczerze mówiąc, nie, ale mogę panią tam podrzucić. To znaczy możemy razem spróbować poszukać tego miejsca, jeśli nie ma pani nic przeciwko mojemu towarzystwu.
- Zazwyczaj podróżuję sama, ale może tym razem faktycznie skorzystam z pomocy. Wyglądasz jak dziewczyna. Czy ktoś ci to już mówił? Ale uprzedzam nie wezmę twojego kutasa do ust. Nawet o tym nie myśl. Trzymaj się z dala ode mnie.
Była ubrana w elegancką czarno-białą sukienkę, luźno powiewającą i sięgająca niewiele za kolana. Jej twarz był piękna, już prawie spowita mrokiem, spotęgowanym nagłą zmianą pogody. Kiedy siedziała obok niego, prawie wcale się nie odzywając, zaczął padać deszcz. Wyobrażał sobie, jak rozkłada dla niego nogi, dłonią sięgając ku cipce, która na całej powierzchni przeszyta jest gumkami recepturkami przeważnie czarnego koloru, ale jej wargi sromowe zasadniczo pozostają wolne. Wkłada w te gumki palec wskazujący niczym drut w oczko, które następnie rozciąga. Jedna po drugiej, gumki pękają, a wraz z nimi przerwane zostają fragmenty jej skóry, odsłaniające przylegający do nich ochłapek ciała. Jej cipka staje się czymś cierpkim w smaku i strasznym dla oczu.
Poczuł, że jego wyobraźnia zmierza w niebezpieczne rewiry, lecz zarazem nie mógł jej zatrzymać. Kiedy wycieraczka przecierająca szybę po jego stronie się zepsuła, poczuł, że bardzo chciałby teraz móc zaszyć się w wydrążonym wnętrzu jednego z ptaków, które hobbystycznie wypychał. Musiałby to być jednak naprawdę duży ptak. Tak duży, że po wejściu do środka nadal pozostawałoby miejsce dla czegoś jeszcze. Nie chciałby przecież udusić się w tej ciemności. Jedyne czego pragnął to, aby w tej chwili ktoś zrobił to za niego: odrąbał mu głowę, odsunął go od kobiety.
Gwałtownie zatrzymał samochód i bez słowa zostawił ją na skrzyżowaniu. Dalej jechał sam, ślizgając się dłońmi po skórzanej kierownicy.
- Nie zostawiaj mnie w tej dupie, dziwko!



środa, 16 kwietnia 2014

SZAFKA NA POŚCIEL





Kiedy byłam dzieckiem, oglądałam pewien plac zabaw z perspektywy barana.  Było to bezpieczne miejsce, niedosiężne dla złego dzika z bardzo ostrymi kłami. Niemalże codziennie, z policzkiem rytmicznie opartym o ramię ojca przyglądałam się różnym pordzewiałym, ażurowym konstrukcjom, które umieszczone zostały na polanie przy wejściu do lasu. 

Z czasem podchodziliśmy bliżej. Niektóre były bardziej abstrakcyjne, inne przypominały tramwaj, albo jakiś pojazd.  Już wówczas były kupą kolorowego złomu, która dla mnie miała szczególne znaczenie ze względu na swą skalę i niejasne przeznaczenie. Pamiętam również, że ten plac zabaw był częścią terenu sanatorium dla dzieci. Słowo, którego nie rozumiałam i które przydawało mu  tajemniczości, wymawiałam: dis-anatorium. 

Nie przypominam sobie natomiast, abym kiedykolwiek widziała bawiące się tam dzieci. Możliwe, że byłam jedynym dzieckiem na tym opuszczonym placu zabaw – uświadomionym, że znajdujące się tam sprzęty mogą być skażone. Kiedy sobie przypominam to miejsce, drążąc przeprute przestrzenie drabinek, przemierzając rozległą przestrzeń między jednym obiektem a drugim, pojawia się trudne do opisania podniecenie. Chciałabym móc wrócić do czegoś, co już nie istnieje. Chciałabym móc wyguglać z mojej pamięci różnej rozdzielczości zdjęcia najwcześniejszych wspomnień.

Św. Augustyn określił pamięć pałacem. Dla mnie jest ona wiosennym browarem, albo małą szczeliną, przez którą bezkarnie można przecisnąć się do różnych rzeczy. Podróżując tam i z powrotem można je ze sobą łączyć w nieprzewidywalny sposób. Szafka na pościel, którą otwieram za każdym razem, gdy przyjeżdżam do rodzinnego domu nad morzem, staje się czymś, czym jeszcze nie jest. I która jest tylko szafką i niczym więcej, kiedy nie jest żoną Zboka, ale dzisiaj po raz pierwszy natychmiast skurczyła się w moich oczach. Efekt Alicji w Kranie Czarów po kilku biblijnych zawirowaniach, związanych z odczuwaniem ponownych narodzin, działa zupełnie tak jak w przypadku tego placu zabaw, którego obraz tak różni się od realnego placu zabaw, który będąc w stanie pomieścić potrzeby powracania tam i reflektowania, jednak próbuje się z nim zestroić.

Ustawiłam więc szafkę z pościelą obok tramwaju i zaczęłam się wspinać palcami po wykrochmalonych prześcieradłach niczym po szorstkich metalowych szczeblach.

wtorek, 11 marca 2014

Bazylika Żydów Amerykańskich w Rauschenbergu





Mniejsza o to, czy Bob znał scenę z Procesu, w której K. patrzył na rycerza z obrazka w katedrze. Bob nie był w katedrze, tylko w bazylice. Nie był gotowy na konfrontacje z rycerzem. Spodziewał się faceta z pejsami. Skrycie miał nadzieje, że jak wleci po schodach na górę, to coś się wydarzy mimo, że tym razem nie wziął ze sobą butelki Jacka Danielsa. Wzywając go na dach o 7 nad ranem rabin tego zresztą od niego nie oczekiwał. Chciał, żeby Bob był przy pracach konserwatorskich i nic więcej. and Here he goes. Nie da o sobie powiedzieć „śmieciarz-poczciwina”, a jeśli nawet temat zejdzie na Johnsa, zmieni go na inny. 

„Babcia bazylika w białych szatach muru” taka była pierwsza myśl Boba, po przekroczeniu progu bazyliki. Jak samo piekło drążyła ona króliczą norę skumulowanej w nich historii narodu. „Kiedyś była synagogą – budowlą, która często przypomina fundament, a teraz jest dachem pozbawionym fundamentu. Coś w tym stylu”. Tak właśnie myślał Bob, któremu marzyło się zabrać Żydom dach synagogi i zrobić z niego obraz kombinowany – największy jaki udało mu się dotychczas zrobić. Jego marzenia rosły niebezpiecznie z każdym krokiem w górę, aż zobaczył dach z perspektywy, w której nie było widać ziemi ani reszty świata, tylko wielkie kominy i pejsy rabina. 

                                          Monogram, 1955-59, Freestanding

Rabin wreszcie zebrał się i powiedział, że chodzi mu konserwacje myśli puszczonych, czyli takich, które nie mogłyby stać się przedmiotem żadnego uczonego wykładu, a które zarazem umacniałyby poczucie żydowskiej wspólnoty. Ok, yeah, why not, powiedział Bob. Jego żydowski akcent był naprawdę znikomy. „Zrobię konserwację waszych dekoracji na dachu Bazyliki. Mogę również dodać coś od siebie.” „Co takiego?” pyta rabin. „Powiedzmy, że będzie to obraz zwierzęcych głów koszernych zwierząt. Albo mam lepszy pomysł. Głowy kozłów, wystające nie z opony, lecz z ziemi. Nie martw się, rabinie, ten satanistyczny pomysł ostatecznie zobaczą przecież tylko twoi znajomi”, dodał, gdy dostrzegł, że rabin zmarszczył czoło. „Dobrze, ale niech te głowy będą chociaż skierowane w stronę Ameryki.” Sure do!

sobota, 1 marca 2014

In the process






mój stomak to maszynka do mielenia mięsa

maszynka jak nic jak pogruchotany rower

proszę pojedz ze mną do Berlina jednak

zaliczmy wszystkie kible po drodze

poznajmy tajne systemy edukacji

i trzepaki wszystkich wycofajnych kobiet

pomyliłam wejście na festiwal z otrzewną

Gdynię z imieniem mojego promotora

a cały czas świeci nad głową jedno,

rwie się do tego z muszli klozetowej na zewnątrz


niedziela, 23 lutego 2014

O fotografii Thomasa Strutha, kotach i dźwiękach elektrowni jądrowej podczas awarii ...



(...)

Jednak budując między obrazem Rothki a widzem fotografii dystans zakładający pewną formę zbliżenia, The Rothko Chapel, Houston przypomina również o trudnościach związanych z zamieszkiwaniem obrazów na styku naszych ciał i umysłów[1], ponawiając pytanie o adekwatność dyskursów artykułujących to pogranicze. W takiej sytuacji niezagospodarowane, uwarunkowane obramowaniem ław, puste miejsce na jej pierwszym planie staje się miejscem projekcji niestabilnego wspomnienia-wizyty w Kaplicy Rothki; natomiast powierzchnia całej fotografii wizualną matrycą, strukturyzującą owo wspomnienie i zapewniającą ciągłość jego pożądanej postaci w odniesieniu do interesującego mnie modernistycznego, bezczasowego dyskursu Rothki. Innymi słowy, fotografia Strutha może, jak stało się w moim przypadku, moderować obraz pamięciowy w sposób, który nie pozwala wspomnieniu stać się interpretacyjną kliszą doświadczenia twórczości amerykańskiego artysty, o której pojęcie tak niebezpiecznie się ociera. Słowo „ociera” oznacza w tym miejscu ruch odsuwający możliwość zobaczenia w niej ekranu projekcji naszych własnych przeżyć, nastrojów, emocji, stanów duchowych – co najczęściej staje się udziałem obrazów Rothki oraz przyczynia się do podtrzymania określania jego sztuki ponadczasową –  na rzecz uwzględnienia jej specyficznej roli, paradoksalnie polegającej jednak na otwarciu, nie zaś zamknięciu, subiektywnego bagażu życiowych doświadczeń w obliczu wyobrażenia Ikarowych przestrzeni obrazów bezkompromisowego Żyda amerykańskiego, do których dostęp u Strutha prowadzi przez „wąskie gardło” pomiędzy ukazanymi na jego zdjęciu kobietą i mężczyzną. Fotograficznie zapośredniczona ich obecnością płaszczyzna obrazu Rothki rodzi zatem pytanie o umiejętne przeprowadzenie na płaszczyznę werbalną brakującego na niej ‘siebie’ podczas spotkania z obrazami w Kaplicy w Houston.

                                          Thomas Struth, The Rothko Chapel, 2007

***

Znalazłam się tam w historycznym momencie rozpoczęcia obchodów 40. rocznicy jej powstania, których początek przypadł na 15 stycznia 2011. Uroczystość miał uświetnić wykład wielebnego James’a A. Frybesa, poświęcony życiu i spuściźnie dr. Martina Luthera Kinga Jr., legendarnego działacza na rzecz równouprawnienia Afroamerykanów, któremu zadedykowany został Złamany obelisk (1963) Barnetta Newmana.[2] Ustawiona w płytkim stawie przed kaplicą, na osi jej głównego wejścia, wertykalna rzeźba odbijała się w powierzchni wody, której drgająca tafla pozbawiała jej bryłę zwartości, rozpuszczając konkretny kształt „ponadczasowego znaku orientacyjnego”[3], wizualnie naznaczającego mocnym akcentem naturalne środowisko na zewnątrz. Oglądany z perspektywy wycelowanej w niebo, ułamanej rdzawo-patynowej pracy autora Abrahama jej budynek o niezróżnicowanych, pozbawionych okien, przetrawionych teksańskim słońcem elewacjach, bardziej niż wczesnochrześcijakie baptysterium czy grobowiec[4] przypominał przyciężką architekturę militarną. Zmącony obraz obelisku uzupełniał z grubsza wyodrębnioony przysadzisty rys wewnętrznej siły przypisywanej Kaplicy Rothki.

                                         Barnett Newman, Złamany obelisk (1963) (repodukcja horyzontalna)

Około godziny 11, na placu przed jej głównym wejściem oraz na trawniku wokół niej gromadziło się coraz więcej osób chętnych do wzięcia udziału w rocznicowych obchodach. Znalazła się pośród nich  m.in. rodzina Rothki – córka, Kate Rothko Prizel oraz syn, Christopher. Moją uwagę przykuła także barwnie odziana kobieta, do złudzenia przypominająca amerykańską pisarkę i feministyczną aktywistkę, Starhawk (Miriam Simons), a w rzeczywistości członkinię lokalnego środowiska ezoterycznego, w pewien daleki od poczucia swojskości sposób rozbrajającą wrażenie nieprzystępności, żeby nie powiedzieć zabunkrowania, jakie wywierała na mnie kaplica. Podobnie od wyobcowanej bryły architektonicznej uwagę odwracało towarzystwo mnóstwa mieszkających w pobliżu tłustych, oswojonych z ludzmi czternastu rudych kotów, które pańsko wylegując się na trawniku, przypominały chmurzaste kształty z obrazów Rothki (sic!). Akcentując rdzenną przynależność do przykaplicznego pejzażu, nie ujmowanego jednak z tej perspektywy przez żadne książkowe i albumowe reprodukcje – pokazujące ją bardziej majestatyczną i spetryfikowaną niż jest ona w rzeczywistości – koty w liczbie obrazów przeznaczonych do kaplicy same tworzyły ośmiokątny kształt, w którego magicznym kręgu znalazł się Józinek i Rotka, przybysze z Polski.

                                         Mężczyzna z dzieckiem na trawniku przed Kaplica Rothki, fot. E.Jarosz

Przyznam, że wchodząc do jej wnętrza, czułam dreszcz podekscytowania, wywoływany jednakowoż obawami, związanymi z wyniesionym z książek bardzo poważnym wizerunkiem tego miejsca. Wyposażona w podręcznikową wiedzę na temat kaplicy – wiedzę, która tak często nie wytrzymuje próby czasu i której często umyślnie pozbawiamy aktualności subiektywnego spojrzenia – przekraczając jej próg, kierowałam się ukształtowanym przez nią, powracającym i kołatającym w głowie pytaniem, na które niecierpliwie spodziewałam się znaleźć tam odpowiedź bardziej niż w jakimkolwiek innej przestrzeni ekspozycyjnej prac amerykańskiego artysty: „co, do cholery, Rothko znaczy dla mnie?”. To fundamentalne pytanie, proszę państwa, było funkcją „ponadczasowego Rothki” – tego, który uznał malarski wystrój kaplicy za swoje najważniejsze osiągnięcie artystyczne. Zawierał się w nim dźwięk łamania Newmanowego obelisku, czyniący brzemiennym moment mojej wizyty w kaplicy, wypadającej niemalże u końca kilkumiesięcznego pobytu stypendialnego w Stanach Zjednoczonych. Miał zatem miejsce wzrost ciśnienia w pompie, czy jak przypomniała mi, ostatniej idiotce, na Skapje [21:03:21] Marta Smolińska: Zuwachs des Seins… w każdym razie chodzi o przyrost bytu, coś dziejącego się na abstrakcyjnym poziomie sztuki, a zarazem dotykającego generalnych ludzkich oczekiwań. Podczas gdy koty miauczały, obelisk huczał, trzeszczał niczym elektrownia jądrowa w trakcie awarii, zdając sprawę z kwestii weryfikowania wyobrażenia na temat miejsca przez bezpośrednie jego doznawanie. A następnie, z perspektywy momentu pisania o nim, bardziej, of kors, cienko piszczał przemyślaną konfrontacją z dotyczącymi jego charakteru projektami wiedzy, podmiotowości i innymi, uchwytnymi już imponderabiliami, takimi jak tai chi oraz joga.

                                          Sobowtór Starhawk, credits: E.Jarosz

                                         Ludzie from all over the world, credits: E. Jarosz



                                        


[1] Por. Hans Belting, Antropologia obrazu.
[2] Zob. S. Barnes, op. cit., s. 90-99; J.E.B Breslin, op. cit., 438-484. spr
[3] Takie określenie rzeźby pojawiło się w tekście przygotowanym z okazji obchodów 40-lecia kaplicy, dostępnym na jej stronie domowej http://www.rothkochapel.org/index.php?option=com_content&view=article&id=108&Itemid=62 (23.02.2014).
[4] Szczegółowo historię i strukturę architektonicznego założenia omawia przywoływany już Nodelman. Idem, The Archtectural Porgram, w: The Rothko Chapel, op. cit., s.43-78. Zob. też J.EB. Breslin, op. cit., s. 465; uzup. D. Ashton.