piątek, 18 kwietnia 2014

NARODZINY NORMANA BATESA



                             

Znaleźli się na pustym placu przed przeszklonym budynkiem, którego Norma nigdy wcześniej nie widziała na oczy. Jego niebieskie ramy trzymające okna były nadal widoczne w przygasającym dziennym świetle i przypominały jej kolor własnych oczu.
- To znak, że mieścimy się w godzinach pracy i wszystko idzie dobrze! – zauważyła zapobiegawczo z właściwym sobie ochoczym nastawieniem do nowych przedsięwzięć, z których to miało być jednym z najbardziej tajemniczych w jej życiu. – Czy to jest na pewno ten budynek? Czy ktoś może mi przetłumaczyć napis na tabliczce?
- Jeśli sztuka pan toalety, jest zaraz po prawej strornie za przeszklonymi drzwiami, naprzeciwko człowieka oczekującego na krześle.
- Thank you.
Kiedy wróciła w okolice recepcji, do szyby przy drzwiach wejściowyc ciekawsko przyklejali twarze różni ludzie. Nie mogła uwierzyć, że kompletnie nikt nie zwraca tutaj na nią uwagi. Podobnie jak nie mogła dojrzeć przez nich, co stało się przedmiotem tak licznej uwagi. Kiedy wreszcie udało jej się, zobaczyła grupę Muppetów opuszczających busa i zbliżających się w ich stronę.
- Co to jest? Jakaś parada? – zaśmiała się, przecierając spocone czoło.
Ludzie odwrócili się, rozstępując się jak Morze Czerwone, co onieśmieliło Normę, sprawiając, że wycofała się nieco, opierając się z koniczności o dużych rozmiarów donicę z egzotyczną rośliną. Nareszcie miała to, czego chciała. Odrobinę uwagi, być może wsparcia.
Kolorowe Muppety kroczyły teraz prosto w jej stronę: Miś Fazi, Scooter, Kermit, Sam Orzeł, Piggy, Gonzo, Szwedzki kucharz i wreszcie Wielki Ptak kroczący na ich czele.
Na widok kołyszącego biodrami ornitologicznego zjawiska Norma Bates, z domu Bates, matka Dylana Massetta oraz młodszego od niego, Normana, który następnie utożsamił się z nią w schizofrenicznej więzi, siostra brata Caleba, który ją rzekomo gwałcił w dzieciństwie, mocniej uchwyciła się dłońmi glinianych obrzeży donicy. Nie mogła nie wierzyć, że to nie był sen. Ktoś tam w środku musiał poruszać tym niezgrabnym stworzeniem, które wywoływało w niej tak mieszane uczucia, które były niemalże nie do udźwignięcia.
- Chcę informacji na temat Normy Bates – odezwał się do niej uprzejmie, ale stanowczo Żółtodziób. Jego upierzenie kontrastowało z chłodnym kolorem jej oczu, z tłem błękitno-fabrycznych ustawień Windowsa, z aparaturą Worda, z… Ale z pewnością nie z kolorem jej majtek, które były proste i skąpe w kroju oraz czarne jak piekło! Przy nich stawało się bardziej złote, sytuując całą tę absurdalną scenę w porządku wieczności.
    Norma położyła palec wskazujący na ustach:
- Szwyyyyyy…


                                                                    ***
Droga do poznańskiego oddziału szpitala NFZ przypominała Normanowi drogę do Fairvale. Zaprzestał jednak doszukiwać się podobieństw, kiedy jego biały Ford Coupe został zatrzymany przez pewną kobietę, która spytała go o drogę. Jej mowa, podobnie jak cała jej postać wydawała się mu trochę dziwna i niezrozumiała. Jakby nie z tej epoki, z innego miasta, stanu, państwa. Innego prywatnego kosmosu, z którego pewnego dnia, łapiąc przypadkowy wiatr we włosy, postanowiła się wyrwać, ale jej misterny plan nie do końca wypalił i teraz błąkała się po odludziach z ekskluzywną walizką w duże kropki, trochę przypominające sadzone jaja. Jej polski był naprawdę biedny. Mówiła z robotniczym akcentem.
- Myślę, że byłem tu już kiedyś, mając kilkanaście lat mniej, może kilkanaście kilogramów więcej, w innym ciele.
- Kurwa, nie obchodzi mnie to. Pytam czy wiesz, jak trafić do firmy, o której wspominałam, chłoptasiu…
Jej głos trzeszczał jak zdarta płyta, jakby ktoś nadgryzł szklankę.
- Szczerze mówiąc, nie, ale mogę panią tam podrzucić. To znaczy możemy razem spróbować poszukać tego miejsca, jeśli nie ma pani nic przeciwko mojemu towarzystwu.
- Zazwyczaj podróżuję sama, ale może tym razem faktycznie skorzystam z pomocy. Wyglądasz jak dziewczyna. Czy ktoś ci to już mówił? Ale uprzedzam nie wezmę twojego kutasa do ust. Nawet o tym nie myśl. Trzymaj się z dala ode mnie.
Była ubrana w elegancką czarno-białą sukienkę, luźno powiewającą i sięgająca niewiele za kolana. Jej twarz był piękna, już prawie spowita mrokiem, spotęgowanym nagłą zmianą pogody. Kiedy siedziała obok niego, prawie wcale się nie odzywając, zaczął padać deszcz. Wyobrażał sobie, jak rozkłada dla niego nogi, dłonią sięgając ku cipce, która na całej powierzchni przeszyta jest gumkami recepturkami przeważnie czarnego koloru, ale jej wargi sromowe zasadniczo pozostają wolne. Wkłada w te gumki palec wskazujący niczym drut w oczko, które następnie rozciąga. Jedna po drugiej, gumki pękają, a wraz z nimi przerwane zostają fragmenty jej skóry, odsłaniające przylegający do nich ochłapek ciała. Jej cipka staje się czymś cierpkim w smaku i strasznym dla oczu.
Poczuł, że jego wyobraźnia zmierza w niebezpieczne rewiry, lecz zarazem nie mógł jej zatrzymać. Kiedy wycieraczka przecierająca szybę po jego stronie się zepsuła, poczuł, że bardzo chciałby teraz móc zaszyć się w wydrążonym wnętrzu jednego z ptaków, które hobbystycznie wypychał. Musiałby to być jednak naprawdę duży ptak. Tak duży, że po wejściu do środka nadal pozostawałoby miejsce dla czegoś jeszcze. Nie chciałby przecież udusić się w tej ciemności. Jedyne czego pragnął to, aby w tej chwili ktoś zrobił to za niego: odrąbał mu głowę, odsunął go od kobiety.
Gwałtownie zatrzymał samochód i bez słowa zostawił ją na skrzyżowaniu. Dalej jechał sam, ślizgając się dłońmi po skórzanej kierownicy.
- Nie zostawiaj mnie w tej dupie, dziwko!



środa, 16 kwietnia 2014

SZAFKA NA POŚCIEL





Kiedy byłam dzieckiem, oglądałam pewien plac zabaw z perspektywy barana.  Było to bezpieczne miejsce, niedosiężne dla złego dzika z bardzo ostrymi kłami. Niemalże codziennie, z policzkiem rytmicznie opartym o ramię ojca przyglądałam się różnym pordzewiałym, ażurowym konstrukcjom, które umieszczone zostały na polanie przy wejściu do lasu. 

Z czasem podchodziliśmy bliżej. Niektóre były bardziej abstrakcyjne, inne przypominały tramwaj, albo jakiś pojazd.  Już wówczas były kupą kolorowego złomu, która dla mnie miała szczególne znaczenie ze względu na swą skalę i niejasne przeznaczenie. Pamiętam również, że ten plac zabaw był częścią terenu sanatorium dla dzieci. Słowo, którego nie rozumiałam i które przydawało mu  tajemniczości, wymawiałam: dis-anatorium. 

Nie przypominam sobie natomiast, abym kiedykolwiek widziała bawiące się tam dzieci. Możliwe, że byłam jedynym dzieckiem na tym opuszczonym placu zabaw – uświadomionym, że znajdujące się tam sprzęty mogą być skażone. Kiedy sobie przypominam to miejsce, drążąc przeprute przestrzenie drabinek, przemierzając rozległą przestrzeń między jednym obiektem a drugim, pojawia się trudne do opisania podniecenie. Chciałabym móc wrócić do czegoś, co już nie istnieje. Chciałabym móc wyguglać z mojej pamięci różnej rozdzielczości zdjęcia najwcześniejszych wspomnień.

Św. Augustyn określił pamięć pałacem. Dla mnie jest ona wiosennym browarem, albo małą szczeliną, przez którą bezkarnie można przecisnąć się do różnych rzeczy. Podróżując tam i z powrotem można je ze sobą łączyć w nieprzewidywalny sposób. Szafka na pościel, którą otwieram za każdym razem, gdy przyjeżdżam do rodzinnego domu nad morzem, staje się czymś, czym jeszcze nie jest. I która jest tylko szafką i niczym więcej, kiedy nie jest żoną Zboka, ale dzisiaj po raz pierwszy natychmiast skurczyła się w moich oczach. Efekt Alicji w Kranie Czarów po kilku biblijnych zawirowaniach, związanych z odczuwaniem ponownych narodzin, działa zupełnie tak jak w przypadku tego placu zabaw, którego obraz tak różni się od realnego placu zabaw, który będąc w stanie pomieścić potrzeby powracania tam i reflektowania, jednak próbuje się z nim zestroić.

Ustawiłam więc szafkę z pościelą obok tramwaju i zaczęłam się wspinać palcami po wykrochmalonych prześcieradłach niczym po szorstkich metalowych szczeblach.