niedziela, 27 lipca 2014

Życie prywatne a nauka. Albo z helu do Kocborowa.

Ostatnio, siedząc na dachu i obserwując kocie dąsy i gody, przy entym nocnym browarku, rozmawiałam z Izą Kowalczyk na temat wpływu różnych sytuacji z życia osobistego na pracę naukową. Obie, choć na  różne sposoby, nie odmawiamy przenikania naszej codzienności, różnych emocji, które nam towarzyszą, mniej lub bardziej skomplikowanych sytuacji, w których się znajdujemy na charakter i kształt pisarstwa każdej z nas. Zanim uda się nam napisać kolejny wspólny tekst, poruszający ciekawe zagadnienie i oczywiście wstrząsający posadami polskiej historii sztuki ;-), postanowiłam już "ugryźć" zagadnienie; robiąc to najbardziej bezpośrednio jak potrafię, w nieznośnie upalny i prawie niezdatny do pracy umysłowej dzień,  póki co wyłącznie lekko i z przymrożeniem oka.

Otóż, podstawowy wpływ w zakresie prywatności, nie ukrywam, ma w moim przypadku skomplikowana, po stokroć uwarunkowana sytuacja osobista: mnisze życie raz na jakiś czas przetykane romansami, albo - nieudanymi jak dotąd, próbami stworzenia tzw. związku. Załączona na obrazku mapa, pokazująca jak ja widzę linię polskiego wybrzeża na północy Polski wraz z Zatoką Gdańską w ponad 30 st. upale, również ma coś wspólnego z tą samotniczą, a jednocześnie bardzo konsekwentnie domagającą się miłości naturą.



Wszystko na tej mapie jest popierdzielone wedle moich naukowych zainteresowań. Dla tych co nie wiedzą, koncentrują się one wokół budowy alternatywnego modelu czasu w historii sztuki; modelu nielinearnego. Ten nielinarny charakter to główna cecha narysowanej przeze mnie mapki. Dlaczego ona tak wygląda jak wygląda? Dlaczego te miejscowości zostały poprzestawiane w nieswoje miejsca? Otóż dlatego, że nie chcę wracać do punktu wyjścia! Jadąc na rowerze, zaglądam na fejsa, a tam co trochę jakaś Igrasińska wstąpiła w związek małżeński, albo znalazła sobie nowego chłopaka. Ludziom to jakoś tak łatwo wychodzi. A jednocześnie to są kobiety, które wybrały wzgardzony przeze mnie model linearny, realizowany przez fejsbuka na osi ze strzałką czasu. Jadąc z Pucka do Redy, mam czas żeby na kanwie prywatnego dotknięcia niekorzystną sytuacją, w której tak niewiele kobiet konstruuje własne modele czasu i wyskakuje z linearyzmu, zbudować w głowie całą figuralną konrtę na ten linearym i nigdy prze-nigdy nie wracać do tego, co było na fejsbuku w 2011.

To że model damsko-męski jest linearny, a nie taki jak pokazuje moja mapa, w sposób nie do porównia z niczym innym potężny napędza mnie do pracy intelektualnej, która nie zna granic. Mogę przejechać na rowerze tę trasę tam i z powrotem i zawsze mi wyjdzie figura zamiast linii prostej. Tu nie ma przykrej niespodzianki. Nawet gdy skwar niemiłosierny leje się z nieba. Nawet gdy nie ma wiatru. Im więcej widzę pierścionków zaręczynowych na bulwarze, im bardziej przemocowo uświadamiają mnie różne media w linearnym charakterze miłości między ludźmi, tym ja bardziej będę upierać się przy figurze. Wstawię nawet dodatkową miejscowość na mapę, jeśli będzie trzeba; może to być "Mickey Mouse", żeby zagrać na nosie wszystkim widocznym i niewidocznym zmianom w zakresie statusu życia prywatnego.

Tak więc wstępnie uważam, że choć oczywistym powinno być dziś, że życie prywatne przecina się z naukowym na różnych poziomach, to jednak tylko wybrane trakty - te, na których realizuje się podmiotowa elan vital - przynoszą rewolucyjne zmiany w topografii nauki, sprawiając, że nie mogąc oddzielić tego kim jesteśmy, od tego, w jaki sposób myślimy i działamy, stajemy się dla świata bardziej lub mniej wiarygodni, a nasze teorie spójne z tzw. "resztą".

Ejjjj-men!

sobota, 26 lipca 2014

ROTKA: NIE MA ŚMIERCI NA WYSOKOŚCI!



 - Izuniu kochana, dziś zmarł Pikuś, dziesiąty spośród moich kotków, przybłęda zaraz po Asanie, wiesz tym buldogu, co to mam ich obecnie ze trzy.
- Ewcia, strasznie mi przykro. Co się stało?
- Chorowity był. Oczko mu wypadło. Płaczę po nim od rana. Czy możesz wpaść dziś do mnie pomóc mi go pochować?
- Tak. Przyjdę z Rotką.
- Jasne. A Rotka to twój nowy kotek, tak, Ewcia?
- Tak, imię dostała po amerykańskim malarzu, co mnie się osobiście nie specjalnie podoba. Dlaczego kotka ma się nazywać po jakimś tam malarzu!

Rotka została tak nazwana przez poprzednią właścicielkę, bo jej futerko jest delikatne i wielokolorowe jak obrazy Marka Rothki, a jej osobowość jej wielowątkowa. Jednak pewne jej cechy wybijały się na pierwszy plan przy innych kotach. Fakt, że Rotka okazywała się dominująca i terytorialna sprawiał, że jeszcze bardziej kotka przypomina małą rotę.

Mając obecnie ponad rok zdążyła już zaliczyć chyba z sześć domów. Zewsząd ją jednak wywalają, bo chociaż dla człowieka jest największym słodziakiem na świecie, to nie potrafi się dogadywać z innymi przedstawicielami i przedstawicielkami swojego gatunku. No chyba, że ma do dyspozycji ogród, w którym może wytracać naddatek pierwotnej kociej energii, która przypomina nam, ludziom-głuszcom, że kot jest pradawnym zwierzęciem, które oglądało puszczę i zna odgłosy wydawane przez wiele dzikich zwierząt. 



Gdy Rotka nie ma wybiegu walczy z innymi kotami, ganiając je po całym mieszkaniu, albo myje je tak wytrwale, że zostają pozbawione ochronnych zapachów. Taką łysą i bezbronną pozostawiła drugą kocicę-matronę poprzedniej właścicielki. Bo chociaż tam był balkon, przez który Rotka mogła wychodzić na dach i nie wracać przez wiele godzin, to wyelegantowanej sąsiadce zaczęło przeszkadzać, że jakiś obcy kot wchodzi na jej taras i grzebie w doniczce.

Słyszałam o kocie, który był w podobnej sytuacji. Codziennie przedostawał się do sąsiadów, tyle że miał tam własną miskę i fotel, na którym spał przez godzinę, a potem wracał do siebie.  Do takiego dobrego domu, otoczonego ponadto wielka doniczką, właśnie trafiłam.

Ale teraz gdzieś ją chcą zabrać. Zapinają jej smyczkę ze wzorkiem w trupie czachy i wkładają sobie pod pachę. No dobra. Może być fajnie. Czemu nie. Jak będę się mogła ponapierdalać z innymi kotami i pokazać im gdzie ich miejsce. Ach, żeby się tam zjawił taki kot Borys, jaki jest tu, co to umie się mi postawić i spod nastroszonego ogona wypuścić wysoko strumień ciepłego kociego moczu na caaaaałą doniczkę; ten strumień-fontanna zrobił na mnie wrażenie. Potem Borys pogonił mnie na drzewo w ogrodzie i nie pozwalał zejść, łypiąc na mnie iskrzącymi oczami z przeciwległej gałęzi. Nareszcie czułam, że żyję i że moje syczenie w niebogłosy nie poszło na marne.

Ale że mnie teraz Iza gdzieś zabiera, a mnie wspomnienia tuptają w głowie, to już nie wiem o co chodzi. Przecież między kotami nie może być pełnej zgody. Ja chcę tu zostać! Jak jest nas trójka to jesteśmy Kot A, B i C i wiadomo, że nikt nie chce być C. Benek może być teraz C, ale nie ja! Ja ci, to wszystko, Iza wytłumaczę.

- To jesteśmy. Rotka niech sobie biega, a ja ci pomogę wykopać dół.
- Czekaj, gdzie jest łopata? Tam! Nie mogę tego zrobić, choć przecież nie raz już to robiłam, mając za sobą karierę kociary z trzydziestoletnim stażem. Ten kotek był taki słabiutki…
- Rotka, Rotka, nie zaczepiaj tamtego kotka! No chodź tu, pokaż się Ewuni.
- O jaka śliczna. Futerko miękkie jak u królika. Jak dobrze ubrana. Tu czarne niepospolite spodnie w zebrę, pod szyją biała koszula i wszędzie te samoistne rdzawe pręgi. A powiedz kochana, jak ci idzie pisanie nowej książki, teraz gdy masz pod opieką trzy koty, męża i dwójkę dzieci?
- Wiesz co, bardzo dobrze. Jadę rozdział za rozdziałem, a w każdym z nich pojawiają się zupełnie nowe feministyczne koncepcje. Nowy kot przynosi mi zatem dobrą passę w pisaniu. Wszyscy się kotłujemy w domu i to zależy kto się kim opiekuje.
- Bardzo się cieszę. A powiedz…

Gdy panie sobie rozmawiały, a jedna z nich kopała w ziemi dół dla Pikusia, który leżał sztywny na trawie, Rotka wymknęła się spod ciepłej ręki ludzkiej znajomej. Podeszła do martwego kota i zaczęła go obwąchiwać. Najpierw nie wiedziała co to jest. Czy to mop czy to pies? Nie był to chyba kot. To by wiedziała, bo przecież od razu by pogoniła. A jednak coś jej podpowiadało, że to jednak był kot. Tylko trochę inny, jakiś nieskory do zabawy, do pogonienia muchy. rozdeptania pająka, ani A, ani B, ani C…coś dziwnego, co było jej kompletnym przeciwieństwem. Biedny był. Nie miał na nic siły, a takiemu nie można dowalać.

Rotka położyła się na nim. Dosłownie rozpłaszczyła się na jego ciele, jakby go chciała całego objąć i jakby on wcale nie byłby ziemią, do której można ot tak wrzucić kota, którym również nie był. I wtedy zaczął się powoli ruszać, reagować na bodźce, na dobre jakby podejście do złej sytuacji, w której się znalazł.

- Ty, Iza, patrz co się dzieje!
- Nie wierzę!
- Kot mi zmartwychwstaje!
- Ale przecież to niemożliwe?!
- Skąd ta twoja Rotka się wzięła?
- No od Eweliny ją dostałam niedawno.

Pikuś poruszał już trzeba kończynami i biały ogon mu zaczął drgać na czubku. To znak, ze odebrał pierwsze sygnały życia. Rotka zaczęła go gryźć w szyję, zupełnie jakby w poprzednim wcieleniu była wampirem. Taka wstawką trochę z Harlequina. Przecież tu chodzi o dobrą zabawę, a jak mam się bawić z kotem, który się nie rusza? Zaraz się na niego zasadzę i go pogonię tak jak to mam w zwyczaju. Że sobie zapamięta, samiec to czy samica, żywy czy klapnięty, że jestem kotem o silnej i wybujałej osobowości, a siła obrazów Rothki, przez które to niby miały przebijać „tragedia, ekstaza, dramat” to przy mnie naprawdę małe Mickey. Miału, jestem kotką, która przekracza granice życia i śmierci ot tak dla igraszki!

- Iza, lecę po drugą łopatę. Tam pod drzewem leży mój ukochany kundelek Roxy, a także owczarek szwajcarski Pekin.

Nie minęła godzina, a te i inne zwierzęta biegały po ogrodzie, a Rotka je ganiała. Trochę były jeszcze fizycznie niemrawe, ale zasadniczo zadowolone z tego, że zostało w nie znów tchnięte życie. Chętniej odwzajemniały potrzebę wypuszczania w świat energii, śmierć była energetyczną blokadą, którą można powstrzymać, a życie miało coś wspólnego z Rotką.