sobota, 14 lutego 2015

Dziesiąta fala feminizmu




Kręgosłup Ziemi drży, kiedy po trzeciej fali feminizmu naciąga dziesiąta – fala miłości –potykając się o czasoprzestrzeń historii. Żeby nie było nudno, pędzi reprodukując sama siebie w trzech postaciach: dziewczynka-kobieta-staruszka. Wszystkie odsłony i przetasowania jej oblicza są wspaniałe i pogrążone w samozachwycie nad klarownością ukrytej przed oczami zwolenników i zwolenniczek zwanego Bogiem siłą rozspójnionej struktury - klarownością powracającej więzi między jedną-lecz-nie-tą- samą-Sobą.

Nie po raz pierwszy strumieniami przetacza od jednej do drugiej strony niepokojące widoki, rozwarstwienia terenu, drażniące, niepisane wypełnianie godzin, kolejnych dni i wieków. Świat staje się giętki, gdy obleka go miłość. Świat staje się cierpki, gdy znajduje się w jej cieniu. Wzbierają jej piersi, że za chwilę ich nie ma. Wahają się ramiona sięgające powietrza. Nie odchodzi cała od przytwierdzenia, lecz odradza warunki swej niesławnej kariery. Wy też powinniście znać swoje, bo jeśli kiedyś w was uderzy, to przynajmniej jedno ucho będzie wtedy duże jak bak autobusu.

środa, 21 stycznia 2015

O WSTAWIENNICTWO DO HILDEGARDY

 Pisze kartka, że nieczynne, ale walę i dupa...
 Nie wiem czy mnie wysłyszy..
Skończyłam wczoraj dwudziesta pierwsza coś
tak testuję co u kogo można zjeść
który pies jest leniwy, zje a potem przez 5h stoi
a ja już swoje wyciągnęłam
też suka potrafiła ze mną spać do nie wiadomo której
Że ja zawsze sprzątałam jak coś upadło to podnosiłam
czy wszystko się ulatnia jak śnieg?
Trochę popadało w nocy, wiesz
Wczoraj był wernisaż wystawy o włosie
ale co ja bym bardzo chciała to sierść
mińska kawałek ale jestem grymaśna
jednak nie zawsze chcę jeść

Przepraszam, ktoś do mnie dzwoni,
To chyba Hildegarda:
Halo, co tam, cha cha cha cha
No gdzie! W kolejce, Stocznia chyba, yhm,
ale gdzie ty jesteś? Gdzie na górnym?
Na górze, acha.

Mówiła, że jechała innym środkiem transportu
i mówi, że nie stanie koło KFC.
Nie ma sensu się tak spieszyć
Wiesz co nie wiem jak to tam było
Jeszcze przecież na początku jeden autobus jeździł ,
ale ona się nie zabrała. Tak jak mówiłyśmy,
że trzeba było coś tam rezerwować,
ale ona nie chciała. Jakiś szok.
Ale mówi, że doprowadzi mnie tam, gdzie mam dojść.
No i amen


niedziela, 18 stycznia 2015

PUZZLE HENRIETTY



W przededniu wyprowadzki z rodzinnego domu do własnego mieszkania miało miejsce zajście niemal cyrkowe, częściowo wynikające z faktu utracenia przez Henriettę czujności - wystarczającego jednak, aby narazić ją na niebezpieczeństwo cielesnego nadużycia ze strony dawnej znajomej. Około trzeciej nad ranem tamta zaproponowała jej nocleg w przestronnej kawalerce. Wydawało się to do przyjęcia po tym, jak wraz z kilkoma koleżankami kobieta postanowiła wyjść do centrum na parę drinków i poszaleć na parkiecie. Był czas karnawału, z automatu pozwalający niektórym osobom rezygnować z potrzeby wyrzekania się, jakby ten okres w ciągu roku dodawał im niespotykanej w innych okolicznościach  odwagi do drażnienia się z ich poukrywanymi na co dzień demonami oraz do żądania wszystkiego na raz.

Nie podejrzewała, gdy w znikającej ciemności poranka na chwilę podniosła głowę znad poduszki, że nachyli się nad nią głodna wrażeń twarz, a obca dłoń w sposób odrażający zacznie szpachlować ją po policzku. Zwalisty brzuch tamtej całkiem blisko jej brzucha...Krótko ostrzyżone, farbowane włosy o zapachu nikotyny na linii jej wzroku, który ze wszystkich sił odmawiał dalszego ładowania tego widoku. Potwór, który kołysał się nad nią, tam i z powrotem, niczym trącona niechcący stara lampa od lat ciężko zwisająca nad stołem, zastawił na jej ciało sidła. Tkwiła więc w półmrocznym areszcie pragnień obcej kobiety, wyznaczanym czterema nieustępliwymi punktami jej kończyn, rozstawionych po bokach jej ciała. Zła na siebie, że dwie godziny temu nie wsiadła w taksówkę do domu, dając się skusić ofertą niespodzianie przyznającą tak szczególną rolę orkiestrze zniekształcającej dźwięki odwzajemnionej potrzeby miłości.

Całe to uwięzienie było przez Henriettę odczuwane po wielokroć, ponieważ wyprowadzka była tak naprawdę na tym etapie jej życia jedynie płonną nadzieją, która osiadła na dnie materii koszmarnego snu, poprzedzającego zajście nacechowane tak ordynarną przemocą. Zabrakło jej przy tym w tamtym momencie siły do zaprotestowania. Wobec błyskającego uśmiechu biesa w pidżamie w granatowe serduszka leżała przymuszona i podporządkowana, rozłożona na łopatki niczym rozskrzydlony motyl na wystawie rozzuchwalonych koneserów.

Sen miał jednak również to do siebie, że rozciągnął w przestrzeń metaforyczną czas uporczywego przesiadywania w czytelniach, które miały tę przewagę nad jej obecnym miejscem zamieszkania, że były w znacznym stopniu anonimowe. Nie zmuszały do odkrywania przed nikim tajemnic własnego serca. A jednocześnie, przechwytując dowolną książkę z regału, mogła zaszyć się pośród studentów i studentek, których motywacje przypuszczalnie mogły być niekiedy zbliżone do jej - wydostać się gdzieś, przedostać do innego wymiaru silnikiem własnego intelektu, mocą wyobraźni, która szybując traciła cierpliwość do kwestii dających się ująć w sposób literalny i uchwytny dla byle ciułacza wiedzy. Następnego dnia ten sam sen nawoził jednak zakończenia przewrażliwionych nerwów Henrietty łudzącą wiarą, że materialne w upragnionym kształcie może nie przyjść...

Nie pozwalając nikomu przysiąść się do zajętego przez siebie stolika, ani obdarzyć swej osoby skrótowym choćby zainteresowaniem w drodze do regularnie rozstawionych metalowych półek, kobieta miała po prostu ochotę iść się wyrzygać. Uderzyć z buta do kibla i rozluźnić w ten sposób kumulowane od tygodni napięcie, którego w efekcie doznanej przykrości nie sposób już było utrzymać na poziomie umożliwiającym znośne funkcjonowanie pośród ludzi, a nawet całego społeczeństwa. Konspiracją XXI wieku była bowiem nauka uprawiana na własny koszt, wymagająca w jej przypadku rezygnacji z podstawowych udogodnień, a w tym z własnego lokum, wytwarzająca myśli, że rychło, gdy tylko złoży w całość wszystkie elementy aroganckiej teorii swej rozprawy, coś się zmieni, a następne dni wreszcie ułożą się w mniej niespokojną konfigurację.



Nie będąc jedną ze szlochających starych panien, złożyła lekki ukłon nad zlewem, sprawnie i zamaszyście na raz wypuszczając z ust grudki, które do połowy wypełniły jego komorę. Były one delikatne, zrobione jakby z opłatków, a ich poszarpane kształty upodabniały je do puzzli. Tak wiele ich jednak zwymiotowała, że żadna z bibliotekarek, które przyszły z pomocą, nie byłby w stanie nic sensowego wywróżyć z fragmentów ciała w masowym środku przekazu wody. Henrietta natomiast wiedziała, że oto są jej puzzle, możliwie pełne zeznanie na ten dzień, małe co nieco w formie okruszków, które tkwiły w jej gardle. Uruchomione zostały tym dręczącym wspomnieniem karnawałowej nocy, podczas której niedopuszczalne rzeczy miały miejsce. Zapakowała się w autobus i wróciła na chatę, rezygnując w drodze powrotnej z części przywilejów języka polskiego.

sobota, 17 stycznia 2015

ZNIKĄD DONIKĄD



W połowie stycznia, z prawej strony horyzontu zaczęło nadciągać tornado o niespotykanej sile. Natychmiast zrodziło lęk, że nie ocaleje nic materialnego, co znajdzie się na jego drodze, a wszystkie cenne kontakty międzygatunkowe obróci w niwecz.Chociaż raczej wypadało powiedzieć "jej" lub "ich", ponieważ w istocie były to dwie trąby powietrzne, wyrastające jedna z drugiej, niczym dwa smukłe ciała kobiece splecione w namiętno-niszczycielskim uścisku.Podwójna trąba różnicowała się ponadto w obrębie własnego trzonu, który impetem chybotliwego ruchu rozganiał chmury po niebie, uderzając zarazem węższym krańcem w spękaną ziemię, częściowo pokrytą lodem.

Nawet z dystansu, który skracał się niepomiernie, tworzyły oszałamiający widok, który nakazywał zatrzymać się i nie pozwalał spieszyć do ukrycia przed niebezpieczeństwem.  Dlatego mimo poruszających się na alarm szyb i parapetów,stała patrząc w osłupieniu jak ogłupiana jest cała przestrzeń wokół tej pary nasyconej mechaniczną siłą, dającą wgląd w najbardziej ukryte pośród codziennych widoków prawa Kosmosu. Paraliż wiązał się natomiast z koniecznością wzięcia w siebie tańca szaro-czarnych kolosalnych habitów powietrza, odrywających się od siebie, a za chwilę tulących się jeden do drugiego w procesie ciągłej zmiany, jakby tratującej walki, w której stawką było utrzymanie równowagi między stanem tożsamości i nieprzystawalności tego fenomenu do ludzkich kryteriów ich rozpoznania i adaptacji.


Te momenty, w których rozstrojenie kształtu tornada znikało, pozwalały z kolei przypuszczać, że w DNA upostaciowienia żywiołu wdrukowana została jakaś wewnętrzna potrzeba spoistości, jakby i w jego tymczasowości starzało się pragnienie oderwania od wszystkiego, co znane i nakaz bezwzględnego poddania się zamieraniu. Cała para wirującej kolumny powietrza jakoś dawała się w ten sposób oswoić, jakby wymuszając przez tę majestatyczną emanację potrzasku bolesną empatię dla wszystkich, najbardziej pokrętnych przejawów życia, po to, aby czerpać moc z każdej, policzonej minuty tak rozpaczliwej podróży po nieznanym lądzie.






Po wszystkim, kiedy trąba przepadła bez wieści, kobieta wyjęła z kieszeni dowód osobisty. Wyglądał jak kawałek boazerii. Jej zdjęcie sprzed dwunastu lat przypominało zamknięty sklepik ze słodyczami. Rozlegał się rumor klapki od sedesu. Zwierzęta futerkowe, które miała pod opieką mieszkając na cichym skraju miasta, pochowały się na czas zajścia meteorologicznego armagedonu w muszli klozetowej i należałoby je teraz wypuścić oraz uspokoić w poczuciu doznanego chaosu. Lecz zamiast tego usiadła na na desce i spuściła je, przyglądając się swoim leciutko owłosionym nogom.

niedziela, 11 stycznia 2015

SZTUKA PROMOCJI


Jak to się pisze, mając bloga: Wybaczcie, dawno mnie tu nie było. Tyle się działo. A teraz do rzeczy:

                                                                         ***

Zostałam poproszona o poprowadzenie promocji publikacji. Rzędów było ze dwadzieścia z góry na dół, a ja miałam na sobie wystawną sukienkę do kostek. Koordynator prac koncepcyjnych stał w rogu sali, tuż przy wejściu i wyraźnie zakłopotany telefonem od dr. Kadeny, która w ostatniej chwili poinformowała go, że nie poprowadzi spotkania, rozglądał pośród nielicznych gości. W dłoniach obracał paciorki buddyjskiego naszyjnika tak nerwowo jakby to był łańcuch czołgu. Padło na mnie.

Nie, to nie była to książka kucharska, ani powieść. Publikacja dotyczyła sztuki. Wywołana do tablicy, nie mając jeszcze naukowego stopnia, zaczęłam przedstawiać na szybko zaimprowizowany scenariusz spotkania.

- A więc wchodzę tędy do ostatniego rzędu - mówię do niego - Idę, idę, idę. Dalej idę prosto, aż wyjdę z rzędu i zejdę kawałek w dół, a potem slalomem wejdę w rząd środkowy. Znów idę, idę, tak jak poprzednio, i wychodzę z drugiej strony. I powtarzam cały układ w pierwszym rzędzie.

- Ok. To brzmi jak dobre wejście - zauważył pytająco.

- Tak, ale na tym koniec. Wchodzę na scenę i kłaniam się nisko publiczności oraz autorom książki, a także pozostałym gościom zaproszonym przez Ciebie, Jacku, do dyskusji. I schodzę.

- Ale jak to?! Ja potrzebuję osoby do poprowadzenia rozmowy.

- Sorry. Tak to widzę. Mam na sobie akurat czerwoną sukienkę, którą trzeba wyeksponować, ale nie bezpośrednio na scenie. Daj jej czas gdzieś w tle. Żeby było tajemniczo i ciekawie, bo jak zacznę w niej gadać, to - uwierz - nikt nie kupi tej książki.

Zastanawiał się. Był coraz bardziej zdenerwowany, ale starał się to ukryć. Ostatecznie odpowiadał za poziom spotkania. Jak to przy sztuce, nie przyszło jednak zbyt wielu zainteresowanych, więc może jego dobre imię nie zostanie zanadto naruszone.

- No nie wiem. Sam nie wiem. Ale chyba nie mam innego wyjścia.

- O! - prawie weszłam mu w słowo. - Mam jeszcze jeden pomysł. W walizce za sceną widziałam czarne skórzane buty z suwakiem. Pewnie były częścią jakiegoś przedstawienia. Może jego akcja działa się w odosobnionym pokoju, na scenie, po której z hałasem, godnie stąpały? Wyglądają mi na buty, które w walizce leżały obok sukienki i torebki.

- Dobrze, już dobrze - klasnął w dłonie. - Nie mamy więcej czasu. Trzeba się spieszyć. Goście już są.

Idąc, zgodnie z zapowiedzią, niespiesznym krokiem między rzędami sali teatralnej, bardziej przedstawiłam się publiczności jako piosenkarka, czy osoba od PR niż ktoś, kto będzie w stanie zapanować nad złożoną materią rozmowy na temat sztuki. Niemniej nikt nie miał wątpliwości, że dr Kadena jest w dobrej formie. Dziwiono się tylko, że tym razem nie chciała nic mądrego powiedzieć.

                                                   Marina Abramović, The Artist is Present, 2010.