niedziela, 17 stycznia 2016

"Kolonizacja"


"Kolonizacja" to obraz, który ma dwie autorki- obie amatorki malarstwa. Rok temu, kiedy powstawał, nie wiele sensownych rzeczy byłabym w stanie na jego temat powiedzieć. Powstawał po omacku, dostał intuicyjny tytuł, właściwie był elementem erotycznej gry. Na etapie produkcji, widocznym na pierwszej ilustracji, brakuje jeszcze mostka łączącego dwie wyraźnie od siebie oddzielone pod względem koloru i wyrazu części płaszczyzny płótna. wkrótce pod mostkiem umieszczony został napis mający dosłowny podtekst, który zainspirował jego tytuł. Napis brzmi: "go and fuck".

Dziś jednak, kiedy nad relacją pożądania zawisła chmura pytajników, obraz nabrał dla mnie szczególnego wyrazu i znaczenia. Uderzające stało się dla mnie to, że malowałam część, z której emocjonalnym wyrazem moja konstrukcja psychiczna  w zasadzie się nie identyfikuję. Przedstawia ona jeden z symboli haitańskiego voodoo, spod którego wyłania się totemiczna twarz zimnej kobiecej bogini. Oba elementy umieszczone są na białym tle z niebieskimi pociągnięciami pędzla. Chłodna w tonach barwnych część obrazu reprezentuje założony dystans ukazanej postaci. Jej symboliczny atrybut z najeżonymi czterema ramionami dziś wydaje się mieć wartość ofensywno-defensywną.

Ciekawe jest to, że płomienie trawiące lewą, utrzymaną w bardzo ciepłych kolorach, część obrazu - malowaną przez współautorkę, zatrzymują się niemalże dokładnie w jego połowie. A są one jakby z piekła rodem... jakby ktoś wyrwał bestii wszystkie zęby i wrzucił je do kotła, a one z niego trzaskały i wylatywały poza obszar rondla niczym prażona kukurydza! Ale reprezentacji zębów tam właściwie nie ma. Jest ona naddatkiem projekcji, czymś na wyrost, co jest mi właściwie. A jednak jawi się fantastycznie w tych płomieniach, które nie są w stanie przedrzeć się na nie swoją połowę. Na tej połowie mieściło się natomiast przedstawienie jakby ołtarzyka z czarną postacią ukazaną w ruchu, skierowaną w prawą stronę, której wartość symboliczną - z podstawowej dla tego prymitywistycznego dzieła perspektywy biograficznej - określiłabym jako dążenie.

Jest to zatem obraz, którego przedmiot oraz tytuł określiły się i zaktualizowały w szczególnych okolicznościach życiowych określonych przez upływ czasu i wspólne życie. Chociaż dziś nie wisi on już na "mojej" ścianie, myślę o nim intensywnie. O tych dwóch nieprzejednanych połówkach, których dostęp do siebie został pewnie zbyt wąsko zdefiniowany, żeby nie mógł zostać utracony... O ograniczeniach odwiecznej międzyludzkiej gry miłosnej w ciepło-zimno. Ale także ewentualnych warunkach przemiany tego, co zostało ukazane jako nieprzejednane - pożądania - w coś bardziej dojrzałego. Nawet jeśli ceną za to miałaby być utrata części własnego terytorium, własnego komfortu życiowego i psychicznego, a także własnego iluzorycznego spokoju.

Wówczas mechanizm kolonizacyjny, równoważony przez mechanizm obronny, musiałby zostać zastąpiony czymś zupełnie innym, a czarny kontr podreślający oddzielność dwóch terytoriów, skruszeć.



Ale równie dobrze obraz ten może być obrazem pewnego niezmiennego status quo. Portretem sztywnego podziału, braku elastyczności i niemożliwości zmiany. Wówczas, z mojej perspektywy, byłby to obraz, który spełniłby się doskonale w funkcji wiedzy wizualnej z zakresu szóstego zmysłu co do początku i końca, które są kluczowymi etapami tak ważnych biograficznych wydarzeń, jak związki między ludźmi, między kobietą i kobietą, kobietą i mężczyzną itd. Zastanawiający jednak w takim wypadku i pełen wypieranej niezgody na rozpad, pozostaje element empatyczny obrazu, tj. sytuacja "wymiany stornami" podczas jego tworzenia. Może świadczyć ona o głęboko ukrytym "drugim dnie" tego, co znaczeniowo rozpoznajemy jako "gorące" i jako "zimne" - o ich nieodwołalnej komplementarności ponad obojętnością.

Ten obraz pozostaje jednak dla mnie zagadką.

                                                                                                W chmurze pytajników z poważaniem.

piątek, 15 stycznia 2016

Z PIASKU POWSTAŁAŚ W PIASEK SIĘ OBRÓCISZ


RzeźbĘ pt.: "Włosy z piasku" wykonałam na plaży. Mniej więcej miesiąc po tym jak zaszczepiłam się na tężec & błonicę, którzy tym samym stali się współautorami mojej pracy. Podobnie jak niewidocznego gołym okiem nurzańca, którego nocą nachodzi potrzeba rozkoszy na ludzkiej twarzy, naszło mnie, żeby pogrzebać w piasku.  Nic nie knułam zawczasu. Chcę również powiedzieć, że nie tak ważne kto zrobił, ważne że powstała ta efemeryczna rzeźba z dostępem do wszystkich, którzy mają wi-fi, albo zasysają net przez kabel. A także to: vivat posthumanizm i nadmorskie okoliczności, które również rozpraszały antropocentryczny mroczek duszy spragnionej światła, sprzyjając pracy o piętnastej pięćdziesiąt w styczniu.

Gdy zatem fale szyły białe kołdry, chmury jechały swoje sound cloudy, wiatr ciachał w piasku całe kawałki dźwięków na coś w stylu szybujące pomiędzy sosnami na wydmach na-na-na, a te ukryte przed historią pajęczaki ponadto uwijały się na brwiach, rzęsach i włosach tej, która tylko przyniosła glinę na plażę - ach to było coś! Uniesienie jakieś pomieszane z potrzebą zaznaczenia granicy piaskowego bytu oraz tego, którym ja za chwilę się stanę.

Ważna sprawa, żeby ten modelunek był osobny i wynikał z jakiejś umiejętności. A ponieważ de facto nie potrafię rzeźbić, to postanowiłam zacząć od podpisu pracy: "Z piasku powstałaś, w piasek się obrócisz", albo prościej, a też w temacie "C'mon!"

Rety. Przyznała się, że nie potrafi rzeźbić, tylko pisać. To mało. A i ta zdolność kuleje, bo to wszystko literatura dawno temu już poznała. Pochyl głowę. Nie bądź taka skromna. Najlepiej żeby to w ogóle nie była literatura, tylko coś młodego, najlepiej dwudziestoletniego, płci męskiej, jakiś Istagram. Sweterki w romby już nie takie modne, ale gimnazjalny wygląd - tak. Świadoma, spiętrzona pobytem na plaży refleksja, co się układa w figurę rebeliantki przeciw skrajnie egocentrycznym tendencjom, to się nie sprzedaje wśród ludzi. To się samo ośmiesza jako wkład niezrozumiały. Starzeje się budując obraz jakiegoś doświadczenia. Nikt nie będzie chciał  w to wnikać. Nikt nie będzie mógł. Bardzo życiowa sprawa. Nic pod słońcem nowego.

Niemniej jednak upatrzyłam już sobie tę rzeźbę na plaży i zamiast koła garncarskiego mam słowo nagie, bez wizualnego wsparcia z Istagramu. Widzę to tak. Kręcimy. Popiersie zwrócone na północ, reszta wedle swoich kierunków i rozmiarów. Ja dłutem wykonuje żłobkowanie wzdłuż całej powierzchni głowy i twarzy. Włosy mają być długie, sięgające aż do ramion, żeby dużo znużonych wyjałowioną energią nużeńców tej, która bije na alarm na plaży znalazło swój nieśmiertelny dom. Długo się sypać. Potem wracać w garść. Tej różnorodności i dynamiki poruszenia całego ustroju nigdy dość przed uzyskaniem tego stanu, o którym tyle  się niedawno pisało. Ten stan topowy i pożądany, no wiecie, że jest spokój i równowaga.

Trzeba zatem nabrać w garść pisaku  i pac na głowę. Jest i wiatr. Najlepiej żeby ktoś wyłączył już kamerę i schował aparat. Już nawet dokumentacja nie jest potrzebna. I co ważniejsze, dizajn odpada. To wszystko są jednak sprawy kulturowe. A czy są jakikolwiek inne? Przychodzi moment, że odczuwalne jest każde ziarenko piasku, które składa się na jeden z tysiąca kosmyków. Chodź, chodź. Wydaje mi się, że mam to kadrowanie bez poprawki. Ale męka z tą świadomością pielęgnowanej tęsknoty za życiem bez sztucznej wrażliwości.